Skąd mam chatkę?

Skąd mam chatkę?

Grudzień, 1990

W akademiku istny rejwach. Wszyscy pakują się, biegają, żegnają z kim się da – wyjeżdżamy na świąteczną przerwę. Znamienną, bo po niej sesja, a po sesji – już nie wszyscy pozostaniemy w tych samych pokojach w akademiku… Postanowiłyśmy z Tośką zrobić otwartą Wigilijkę w naszej „dziupli”. Wywiesiłyśmy nawet plakacik na szybie drzwi wejściowych.

Ten wieczór przestawił moje życie na inny tor. Ot, tak, od niechcenia, nie usłyszałam nawet skrzypu zwrotnicy. A podobno zawsze skrzypi. 

Siedziałam przy moim starym ekspresie do kawy, chwilowo służącym jako zaparzacz wody do czerwonego barszczu instant. Tośka stała przy kuchence, szczebiocząc jak zwykle, podgrzewając krokiety. Ludzie przelewali się wręcz przez nasz pokój falami, pełno znajomych i pełno nieznajomych. Każdy przynosił coś do zjedzenia, wyjątkowo nie do picia… Czy to szacunek dla Wigilii? Jakoś nikt nie myślał o piwku. A i tak było fajnie. Wszyscy gadali jak najęci i śmiali się z dowcipów Dagi, siedzącej po turecku na podłodze, z nieodłącznym „Zefirem” w ustach. 

– Cześć, pamiętasz mnie? – znajomy skądś chłopak usiadł z rozmachem obok.

– Niezupełnie. – przyznałam.

– Jasiek. Może poznałabyś, gdybym się rozebrał? – parsknął śmiechem na widok mojej zdumionej miny.

– Aaaa, wiem, pozowałeś nam do aktu na pierwszym roku! – ucieszyłam się.  – Masz kubek na barszcz?

– Fajny pomysł z tą Wigilijką, zawsze to inna jakaś impreza, wszędzie indziej flaszka na stole. Twoje rysunki? – spytał, rozglądając się. Fakt, na ścianach było pełno moich szkiców i studiów postaci. Przytaknęłam. – No, moje. A co? Masz żal, że ciebie gołego nie powiesiłam?

– Eeee, wolę nie wisieć. – zaśmiał się. – Dobrze rysujesz, podoba mi się. Jedziesz na Święta do domu?

– A, dzięki. Do świetności to mi daleko, ale lubię poszkrobać. Jadę do rodziców, do Gliwic. Chociaż nie powiem że mi to pasuje. A ty?

– Jak zwykle jadę do wuja. Ma chatę na szczycie góry. Fajna sprawa, mówię ci.

Rozmarzyłam się. – Super. A w jakich górach? Beskidy? Kurczę, zawsze chciałam mieć dom właśnie na szczycie. Ale za taniochę, mogłaby być i szopa do remontu. Wiesz o czymś takim?

– A wyobraź sobie, że wiem. – Jasiek uśmiechnął się jakby ze zdziwieniem. – Naprawdę szukasz takiego miejsca? To dawaj kartkę, podyktuję ci namiary.                 

Nareszcie minęło to „Triduum świąteczne”, zawsze dość trudne w naszym smutnym domu.  Jadę pociągiem – im dalej, tym lżej oddychać. Ściskam w ręce kartkę od Jaśka, choć znam ją już na pamięć. Przesiadka. W końcu dojeżdżam do Milówki. Wieś wygląda jak małe miasteczko, w centrum sporo sklepów i barów. Pięknie tu, w tym Beskidzie góry są jakby wyższe i bardziej dzikie niż w moim ulubionym, przedeptanym wzdłuż i wszerz Beskidzie Śląskim. Wszędzie leży śnieg, na szczęście nie sięga nawet kostek.

Jest przystanek autobusowy. Dobra nasza, jedynie kilka minut czekam na mój autobus, podjeżdża parskając parą jak koń w zaprzęgu. Szyby są zaparowane, patrzę uważnie nad ramieniem kierowcy, żeby wysiąść na właściwym przystanku. Stąd już wędruję pieszo. W wyznaczonym miejscu skręcam z głównej drogi, teraz jakaś godzina marszu do Modrzewiska, mniejszej wioski położonej nieco wyżej w górach. W plecaku mam niewiele, tylko aparat i parę kanapek na drogę, żaden to wielki ciężar. Chwilami słońce przebija się przez chmury, wędruje mi się raźnie i coraz uważniej przyglądam się domom na stokach gór po lewej. O, może to ten? Nie, jeszcze za wcześnie, idę dopiero 45 minut. Stopniowo czuję, że szosa łagodnie prowadzi mnie coraz wyżej i wyżej. Jestem sztafażem w ilustracji do bajki.

Jest! Zielony dach, dwupiętrowy dom, podwójny garaż. Gdzieś tu mam znaleźć moją ścieżkę. „Podwójna deska przerzucona przez wąski rów, tuż obok słupa energetycznego”.


– Niech cię cholera, Jasiek… – mruczę, obserwując ślady na śniegu przy każdym kolejnym słupie po lewej stronie drogi. To białe świństwo oblepia wszystkie moje znaki rozpoznawcze! Muszę wyglądać jak wariatka! Ale właściwie – co mi tam! Kto mnie tu zna? Zresztą, zapytałabym kogoś o drogę, ale jak dotąd nie spotkałam żywej duszy. Co jakiś czas tylko zrywa się jazgot jakiegoś kundelka przed kolejnym mijanym domostwem.

Wioska jest pięknie wpisana w kotlinę. Po lewej i po prawej, na zboczach gór, świerki oprószone śniegiem wyglądają jak japońska grafika. Zapatrzona w nie z zachwytem, omal nie przegapiłam wydeptanej ścieżki przy słupie energetycznym. Wszystko się zgadza! Czyli za 20 minut będę na miejscu!

Jednak dobrze, że plecak mam lekki, ścieżka staje się coraz bardziej kręta i stroma, mocno zziajana docieram na szczyt Siwego Gronia.   

Na górze jest kilka drewnianych domów, raczej starych i niewielkich, wyglądają na niezamieszkane, jednak czuję dym z komina. Osada pachnie starym, napuszczonym czymś drewnem, chłonę to powietrze z przyjemnością. Hm, dla mnie tak właśnie pachnie słowo „dom”.

Na schodach dużej, jedynej dość zadbanej chaty siedzi starsza kobieta w kwiaciastej chustce na głowie, obiera ziemniaki do dużego garnka który podtrzymuje między kolanami. Szeroka, postrzępiona spódnica otula garnek i opada na schody wokół niej. Przypomina mi to trochę „Pomarańczarkę” Gierymskiego, machinalnie sięgam po aparat. Od fałdów spódnicy odrywają się nagle dwa małe psiaki, biegną do mnie z przeraźliwym jazgotem.

– Dzień dobry! – wołam, podchodząc do znieruchomiałej nagle i przyglądającej mi się wnikliwie kobiety. Przez chwilę mam komiczne wrażenie, że rzuci we mnie ziemniakiem. Psiaki łaszą się do mnie, głaszczę je przez chwilę, nareszcie przestały jazgotać, radośnie popiskują. Kobieta marszczy brwi i nie kryje zdziwienia:

– Ady łone nie lubiom łobcyk. A wy fto? – szczęśliwie ziemniak ląduje w garnku z głośnym chlupnięciem.

– Maryla. – odpowiadam, stając przy otwartej furtce. – Szukam pani Janki Lachowej. Mój kolega, Janek Kręciel, ma tu rodzinę. Podobno jest tu jakiś stary, tani dom do sprzedania.

– Ady jo nie zodno pani, ino Janka. Panie to wy tam mocie w tyk Katowicak! Krynciele byli, ale wcora łodjechali. A chałpy do przedania turystom nimom! – kobieta burczy i po minie widzę, że teraz to już na pewno walnie we mnie kolejnym ziemniakiem.

– A, to szkoda. – mówię z żalem, rozglądając się. Dopiero teraz widzę, jak pięknie położona jest ta osadka. Na szczycie jest niewielki zagajnik, buki i świerki, przy domach mnóstwo drzew owocowych. Zanurzone pniami w niewysokim śniegu, o tej porze bez liści, odsłaniają przepiękną panoramę gór dookoła. – W takim miejscu chciałabym zamieszkać…

– Zamieskać? No, ale jak – zamieskać? – kobieta nagle prostuje się, ożywiona. – Tak na stałe? Nie ino casem, na niedziele?

– Nie, nie na niedzielę. – mówię pewnie. – Chcę mieszkać w takim miejscu jak to. Na stałe.

Twarz Janki nagle się rozpromienia. – Zachodźcie, zachodźcie, ady nie bedem do wos wrzesceć!

Siedzę na krześle w zagraconej kuchni, na piecu stoi już sagan z ziemniakami, jakieś garnki. Zaduch jest niemożliwy, przez zaparowane okno nie widać gór. Kudłaty, biało – czarny psiak leży z pyskiem na moim bucie, Janka krząta się robiąc kawę. Widać, że moja wizyta mocno nią wstrząsnęła, a ja pomału zaczynam rozumieć dlaczego. Starsza kobieta mieszka na szczycie góry sama, jedynie z krowami w obórce i tymi dwoma małymi kundelkami, dokarmiając kilka półdzikich kotów wyrzuconych przez kogoś do lasu.

–  A cukrujecie? – już paruje przede mną szklanka kawy na spodku. Pachnie pięknie, ale tłuste zacieki na szklance i gruba warstwa fusów jakoś zniechęcają mnie do konsumpcji. Stół jest pokryty przetartą ceratą w kwiatki, niezmienianą chyba od lat. Odruchowo wygładzam okrągłe wybrzuszenie po jakimś naczyniu, pewnie stał tu gorący garnek.

– Tak, jedną łyżeczkę poproszę.

– Jednom? To nic nie pocujecie ani! Mój świyntej pamiyńci Józof to śtyry sypoł! – Janka patrzy na mnie uważnie, ale już z życzliwością.

 Ja jestem jej nadzieją na spokojniejsze, bezpieczniejsze życie na tym odludziu. Ona – jest moją nadzieją na własny dom. A ja tak niewyobrażalnie tęskniłam. Za Domem. Dogadamy się.

– Pódźcie, pokozem wom chałpe. –  Janka energicznie odstawia nadpitą ledwo kawę, jakby już podjęła decyzję. Moje tętno przyśpiesza do jakichś niebotycznych wskazań. Nareszcie!

Jakieś 40 metrów od domu Janki, tuż przy ścianie lasu stoi rudera bez drzwi, z powyłamywanymi oknami, nieco zapadnięty dach pokryty jest wyszczerbionymi szarymi dachówkami. Skrzywiony komin sterczy smętnie nad nimi, jakby zrezygnowany. Przy wejściu – waląca się przybudówka z desek, nad nią daszek z połamanych listew. Widok, delikatnie mówiąc, przygnębiający. Nie, nie dam rady, to jednak nie dla mnie. Idę jednak za Janką, podtrzymując nad jej głową jakąś spróchniałą deskę zwieszającą się ze stropu w sieni. 

–  Dwajścio roków nazod, to tu było wesoło! – opowiada Janka, potykając się o resztki podłogi. – Przichodzili tu młodzi ze wsi tańcować, w kozdom sobote zabawy tu mieli w tyj izbie! Kiela tu radości było! 


Pochylając głowy w niskich odrzwiach, wchodzimy do głównego pomieszczenia. Jest duże, ale trudno powiedzieć „przestronne”,  teraz panuje tu niewyobrażalny chaos. Jest ciemnawo, okna są wyrwane, pozabijane deskami i płatami brudnej tektury. Gdzieniegdzie tylko są w nich szpary przez które skośnymi pasami sączy się światło z zewnątrz. Janka klaszcze w dłonie i w powietrzu nagle unoszą się pióra uciekających w panice kur i kaczek. Ptaki, kwacząc i gdacząc hałaśliwie, wyskakują przez szpary w oknach, ciągnąc za sobą smugi przegniłego siana i wirującego kurzu. Mam znowu ochotę wyciągnąć aparat i zrobić zdjęcie… Sporą  część izby zajmuje wielki, zawalony piec chlebowy, kiedyś pobielony wapnem. Na środku stoją dwie masywne, stare ławy oblepione zaschniętymi odchodami, na nich kupki siana i słomy, w których gnieżdżą się kury. Wchodzę ostrożnie, stąpając po resztkach podłogi. Jakaś deska łamie mi się pod nogami, a ze sterty nadgniłego siana wylatuje z wrzaskiem dorodny kogut. Zasłaniam się ręką przed uderzeniem jego skrzydeł.

– Łune tak ino bez dzień, – uspokaja Janka – na noc idom do kurnika, bo lisy tu polujom łotympnie!

Ściany wyglądają okropnie, deski boazerii pomalowane, czy raczej pomazane rzadką warstwą białej farby olejnej, spod niej widać wcześniejszą, w kolorze umbry palonej. Za to sufit – piękny, szlachetnie drewniany i zaskakująco czysty. Zupełnie nie pasuje do całej reszty. Odgarniam patykiem pajęczyny, jakoś udaje mi się dotrzeć do najbliższego okna, choć nie wiem po co jeszcze się tu pcham. Z wahaniem odchylam kawałek zwilgotniałej tektury, wypada mi z ręki i opada z głośnym klapnięciem na coś poniżej, ale ja już nie wiem na co. 

To co widzę wbija mi nogi w tę zbutwiałą podłogę pełną kurzych i kaczych odchodów.

Przed chatą rysują się czubki wielkich jodeł i świerków przeplatane z bezlistną koronką buków i brzóz, schodzące coraz niżej w dolinę, a ponad nimi – szczyty sąsiednich, a jednak dalekich gór, coraz bardziej zamglone i rozmazane w powietrznej perspektywie, wszystko to zatopione w bieli śniegu oświetlonego ciepłym światłem słońca. Z lasu dochodzi mnie szum strumyka i świergotanie ptaków. Chłodne, krystaliczne powietrze wdziera się wgłąb chaty jak długo oczekiwany oddech nagłej wolności.                             

I  wszystko staje się możliwe. Już to wiem: tu będzie Mój Dom!

 

17 thoughts on “Skąd mam chatkę?

  1. Dzień dobry.
    Jestem pod urokiem Twojego opowiadania, choć jeszcze nie wiem dlaczego. Ale sprawiło, że piszę te słowa komentarza. Historia prawdziwa, subtelnymi choć prostymi słowami napisana. Czyta się z dużą przyjemnością.
    Dziękuję, że zechciałaś się nią podzielić.
    Janek (eljot60)

  2. Jak to dobrze, że jestem na emeryturze i teraz naprawdę nic nie muszę. Robię to, na co mam największą ochotę.
    Właśnie odkryłam Twój blog i …. wpadłam po uszy…
    Tak zaczytuję się w Twoich zapiskach. Nawet radio, które w czasie mojej obecności w domu cały czas jest włączone, jakoś dziwnie mi teraz przeszkadza. Od dawna Ci pisałam w Garnku, że bardzo lubię Twój styl wypowiedzi. Stale mi było za mało. Teraz odkryłam piękne źródełko. Mam nadzieję, że będzie tego dużo, baaardzo dużo. Naprawdę powinnaś pisać książki. Masz takie niezwykle swobodne i lekkie pióro.
    Twoje narzędzie to naprawdę pióro-pędzel, bo pisząc, dodatkowo jeszcze malujesz
    Przemyśl, czy naprawdę nie warto spełnić naszych marzeń. Z wypowiedzi innych wnioskuję, że wprawiasz w zachwyt nie tylko mnie. Pozdrawiam Cię serdecznie. Marysia z Kaszub

    1. Dziękuję Marysiu. 🙂
      Zawsze bardzo lubiłam pisać, ale przyznam że to w „Garnku”, dzięki Waszym komentarzom, odważyłam się myśleć o tym nieco śmielej… 🙂

  3. Czytalam to z zachwytem i podziwialam twoja odwage potrafisz taki to wszystko opisac ze czulam sie jakbym tam z Toba byla

  4. No….i sie niezawiodłam….czytalam jak najlepsze opowiadanie….Szkoda ,ze tak krótko…..A Ty nigdy nie próbowalas pisać? ale tak naprawde a nie doszuflady?. bo to jest SWIETNE…..czytając widze to wszystko jak bym to ja byla Toba i patrzyla twoimi oczami…..Ba …czuje nawet ten zapach kurzych pior jak fruna uciekając…..przed wami…..
    Bede tu ciagle wracać mając nadzieje czytać i czytać wicej…….

    1. Próbowałam, wysłałam parę opowiadań na konkursy, jedno nawet nagrodzono. Jeśli Ci się dobrze czyta – to bardzo się cieszę. 🙂

  5. No tego początku to w garnku nie było :)))
    Czekam na ciąg dalszy.
    Każdy kto posiada kawałek ziemi z jakimś domkiem ma takie lub inne historie za sobą ….
    Najważniejsze to znaleźć ten swój kawalek ziemi.

  6. Cudnie piszesz, musisz to gdzieś wysłać i wydać, może jako zbiór opowiadań, może powieść.
    Mi w literaturze brakuje takiego zwykłego życia.
    Odkąd pamiętam zawsze lubiłam czytać biografie, bo to kawał prawdziwego życia (nie mylić z pisanymi pod publiczkę wypocinami dzisiejszych celebrytów). Wielkie dzięki za możliwość podróży na Twoją górę. Niecierpliwie czekam na więcej, pozdrawiam serdecznie:)))

  7. No nie mogłam tu nie zajrzec…praca nie ważna – czytam – co tam faktury :P:P:P:P.
    Historia piękna….ale twoja odwaga to dopiero powala z nóg. Nie odważyłabym sie chyba – ale patrząc teraz na efekty – było warto. Jak szukaliśmy działki zawsze chciałam mieć stary, wiejski domek. Niestety wszystko co znależliśmy przekraczało nasze możliwości finansowe – stwierdziłam wtedy, że nie wazne co bezie na tej działce – ważne w jakim miejscu ona bedzie. No i kupiliśy kawał łaki zaniedbanej łąki, z rozwalonym kawałkiem płotu. Praca kilku lat zmieniło to miejsce – kocham to miejsce – ale domek niestety mam holenderski – i ciągle patrząc na te stare domy wiejskie czuję jakiś niedosyt, jakąs taką tęsknotę.
    Może powinniśmy inaczej zrobić – no cóż – jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma……kocham to miejsce 🙂
    A swoją droga kilka dni temu pomyślałm tez o blogu – ale ja nie mam takie daru pisania jak Ty – cudne są twoje opowiastki :):):)
    Pozdrawiam 🙂

Pozostaw odpowiedź Jan Latosiński Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *