Czasem dobrze, że jakiś dureń pcha się tu zimą…

Czasem dobrze, że jakiś dureń pcha się tu zimą…

Trudno dotrzeć tu zimą, trudno funkcjonować dłużej kiedy śnieg sięga nawet kolan…

Kiedyś sąsiadka spytała mnie, po co przyjeżdżam kiedy śniegu jest tu po pas (bo i tak bywało!). Powiedziała, ze tylko dureń pcha się tu zimą. 😉

Przyszło mi wtedy do głowy, że dzięki temu żyje jeden człowiek. A to już powód!

To była Wielka Sobota, 2003. Krzyś miał wtedy 11 lat, zima była bardzo długa i do samej Wielkanocy utrzymywał się śnieg na metr. I mróz. Jednak ścieżka z dołu przez las była w miarę wydeptana, chodzili nią jeszcze stali mieszkańcy z sąsiedniej góry nieco wyższej niż nasza.

Graliśmy z Krzysiem w Eurobiznes, radio tez grało (samo ze sobą), było wesoło i cieplutko w domu. Na zewnątrz – ogrom śniegu i mróz minus 10. Pomału zaczynało się ściemniać, więc pomyślałam, że póki jeszcze jest w miarę jasno, wyjdę do kibelka, choć nie czułam dużej potrzeby. 😉

Kiedy wyszłam i przymknęłam za sobą grube drewniane drzwi domu, od strony ścieżki poniżej usłyszałam jakieś popiskiwanie. Pomyślałam, że to jakieś zwierzę, otworzyłam drzwi ubikacji. Wtedy popiskiwanie zmieniło się w cichy, niewyraźny głosik: „Pomóżcie, ludzie”!

Zdębiałam.

Głos dochodził ze ścieżki poniżej, był piskliwy i nienaturalny. Jakby ten ktoś był pijany. I to raczej kobieta. Myśli zaczęły przelatywać mi przez głowę błyskawicznie i niespokojnie, wtedy stale zdarzały się u nas włamania, pijacka banda grasowała, kradła i niszczyła co popadnie. A jeśli to oni?

Nie wahałam się jednak długo. Musiałam przecież sprawdzić! Pędem zawróciłam do domu, zarzuciłam kurtkę, wdziałam śniegowce, chwyciłam latarkę i telefon, i poleciłam Krzysiowi zamknąć się w domu na wszelki wypadek. Zbiegłam do ścieżki.

Kolo studni leżał chłopiec, na oko w wieku mojego syna. Był ubrany jedynie w koszulkę z krótkim rękawem, kurtką starał się ogrzać sobie nogi. Przemarznięte, przemoczone adidasy (!!!) leżały obok na śniegu. Krzyknęłam, żeby Krzyś szybko ubrał się i przyniósł koc. To już nie były żarty. Dziecko miało nogi sinozielone, bez czucia. Pomyślałam z przerażeniem, że ten chłopiec zamarza!!!

Matuchno święta, co robić?!

Krzyś przybiegł natychmiast, okryliśmy chłopca kocem, trzeba było go podnieść i posadzić delikatnie na podłożonej kurtce. Bardzo ostrożnie zaczęłam nacierać mu nogi śniegiem. I próbowałam dzwonić na ówczesne odkrycie – numer 112… Słyszałam tylko powtarzające się „proszę czekać na połączenie, proszę czekać na połączenie…”

Nie mogłam czekać.

Eliasz nie mógł wyraźnie mówić, ale przedstawił się i stale prosił o gorącą herbatę…  Oczywiście, taka herbata by go zabiła, więc kolejne pół godziny jedynie stopniowo przywracaliśmy mu krążenie nacieraniem śniegiem. Kiedyś widziałam to na jakimś amerykańskim filmie familijnym, działałam więc jak robot, jednocześnie pilnując się, żeby nie panikować… Krzysiowi z przejecia trzęsły się ręce, ale robił skrupulatnie wszystko co mówiłam.

Udało się. Sama do dziś nie wiem jak, ale się udało.

Już niemal w ciemności przenieśliśmy Eliasza do domu, po chwili już mogłam podać mu letnią herbatę. I zadzwonić do jego dziadka, którym okazał się sąsiad z pobliskiej góry. Wyjaśniłam krótko sytuację, a Bernard zapowiedział że zjawi się po wnuka jak najszybciej.

Okazało się że rodzice podwieźli chłopca do stóp góry, kazali iść po wydeptanej ścieżce którą, nie zbaczając, miał dojść „prosto” do dziadków. Sami – pojechali dokądś, nie mogli go odprowadzić.

W dolinie było już bardzo mało śniegu, wysłali więc syna w… adidasach. Niestety, z tą ścieżką nie było tak łatwo, była rozdeptana, rozgałęziona przez zwierzęta i kłusowników, więc Eliasz zabłądził i przez jakieś 3 godziny (!!!) szukał drogi, przemoczony i przemarznięty. W końcu osłabł, stracił czucie w nogach więc nie mógł iść dalej i postanowił dostać się do domu, w którym zobaczył dym z komina… Jednak nie miał już siły, żeby do nas dojść, więc upadł na ścieżce i usiłował wołać o pomoc. Niestety, grube drewniane ściany domu skutecznie tłumiły głosy z zewnątrz, a do tego radio i nasze śmiechy podczas gry… Nawet nie wiem, jak długo tak leżał rozebrany, kurtką i bluzą usiłując ogrzać sobie przemarznięte nogi.

To chyba Opatrzność podsunęła mi wtedy myśl o wyjściu do ubikacji…

Dziadek Eliasza zjawił się po niego jeszcze tej nocy, razem z dwoma pomocnikami. Chłopiec już wtedy był ogrzany, nakarmiony i poruszał się prawie normalnie. Ubrany w suche rzeczy Krzysia, od bielizny po kurtkę i buty, poszedł do domu dziadka niemal o własnych siłach. Ku mojemu zdumieniu, usłyszałam, że czeka go solidne lanie za głupotę i brak orientacji w górach. Bo przecież był tu latem! 🙁

Na nic zdało się moje tłumaczenie.

Kiedy już leżeliśmy w naszych łóżkach, grubo po północy, Krzyś zapytał cicho:

– Mamuś, a gdybyś nie wyszła siusiu, to byśmy go jutro znaleźli zamarzniętego?

I już do rana obydwoje nie mogliśmy zasnąć.


 

 

9 thoughts on “Czasem dobrze, że jakiś dureń pcha się tu zimą…

  1. Beztroska tych rodziców nie mieści mi się w głowie. Czasami splot zdarzeń ratuje komuś życie, czasami zabiera.
    Kiedyś podczas samotnej wycieczki po górach (niskie beskidzkie góry, blisko Piwnicznej) spotkałam pana, który zapytał czy się nie boję tak samotnie wędrować. Pan wyglądał przyjaźnie i szybko dodał, że nie chodzi mu o możliwość napadu, ale o na przykład skręcenie czy złamanie nogi, a były to czasy przed erą telefonii komórkowej. Od tamtej pory staram się bardziej rozważnie dobierać trasy na samotne wycieczki 🙂

    1. Wnukowi? Nic z tych rzeczy. Zresztą, nie oczekiwałam tego, to nieważne. Mam nadzieje tylko, że go nie sprali na kwaśne jabłko…
      Za to sam Eliasz zjawił się parę dni później, oddał rzeczy Krzysia i podziękował. Miał łzy w oczach, tylko on rozumiał co się naprawdę stało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *