…ciąg dalszy…

…ciąg dalszy…

No, dobra: ciąg dalszy… 😉

Dwa miesiące później byliśmy już z Tadeuszem niemal „parą”. Mieszkaliśmy niedaleko siebie, więc widywaliśmy się właściwie codziennie. Udało mi się znaleźć pracę malarki biżuterii, mogłam więc wykonywać ją w domu i jednocześnie opiekować się Krzysiem, dla którego przedszkole było zbyt ryzykowne. Pisałam tez artykuły do czasopisma, ilustrowałam, jakoś dało się utrzymać.

Tylko w góry wyjeżdżaliśmy rzadko, leczenie mojego synka było skomplikowane, diagnozy ciągle nie do końca trafne, terapie ciągle nie do końca skuteczne.

Tadeusz dużo pracował: dyżury w szpitalu, przychodni, popołudnia w prywatnym gabinecie… Każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem, nie było ich jednak tak wiele. Z powodu choroby Krzysia wędrówki po górach przez jakiś czas ograniczyły się do spacerów uliczkami Wisły i Ustronia, wybieraliśmy się tam z mamą Tadka, która przyjechała na krótko z Austrii gdzie mieszkała na stałe. Ależ byłam wzruszona, kiedy zaproponowała Krzysiowi by mówił do niej „babciu”, a on skwapliwie z tego skorzystał. Bardzo się polubili a pani Anna wspaniale opiekowała się Krzysiem i rozpieszczała go iście po babcinemu.

Pod koniec sierpnia musiałam jednak spędzić parę dni w Chatce, trzeba było zgromadzić drewno na zimę, wymienić pęknięte dachówki. Krzyś został pod opieką babci, Tadek pojechał ze mną. To był nasz pierwszy wspólny weekend.

Pierwszy wspólny i cudowny. To banalne serce które wydawało mi się tak poszarpane, że już nie mogło darzyć uczuciem nikogo poza moim synem, nagle zaczęło bić żwawo na widok brązowych, roziskrzonych oczu Tadeusza. Wszystkie objawy wskazywały na to powszechne choróbsko którego remisji się już nie spodziewałam nigdy. Zakochałam się jak jakaś siksa!

Tej nocy na Siwym Groniu śniło mi się, że chodzimy obydwoje po jakimś bazarze pełnym kolorowych straganów, Tadeusz trzyma mnie za rękę i prowadzi za sobą przez tłum ludzi, śpiewając głośno.

– „Purple light in the canyons, that’s where I long to be….”

Zaraz, zaraz… oczywiście, znałam tę piosenkę. To z westernu, śpiewałam ją wiele razy, przygrywając sobie na gitarze!

Chciałam się przyłączyć do tego śpiewania, ale się nagle obudziłam. Tadek już nie spał, wtuliłam się wygodniej w jego ramię i powiedziałam sennie:

– I tak tu sobie leżysz. A przed chwilką śpiewałeś na targu. Przy ludziach, głośno, po angielsku. I nawet nie fałszowałeś.

Parsknął śmiechem.

– Świetnie, ale zupełnie nie w moim stylu. Nie umiem śpiewać. Jedyne co mi w miarę wychodzi, to taka piosenka z „Rio Bravo”.

Obudziłam się natychmiast, usiadłam i popatrzyłam na niego badawczo.

– Ty żartujesz, prawda?

Zamrugał oczami z lekkim rozbawieniem.

– Nnnnie… Po prostu nie pamiętam innych piosenek. Tyle. Czy to ważne?

– Ale to jest właśnie to, co śpiewałeś w moim śnie! Podglądałeś mi sen? – naprawdę byłam zdumiona takim zbiegiem okoliczności.

Tadek spokojnie przygarnął mnie z powrotem i stwierdził:

– Wiesz, my po prostu musieliśmy się znać w poprzednim wcieleniu. Tak czuję.

Po kilku niezbędnych naprawach przy Chatce, postanowiliśmy wrócić do Gliwic nieco wcześniej. Kiedy żegnaliśmy się z babcią Janeczką, Tadeusz objął mnie i powiedział wesoło:

– Radziła pani, żeby se mnie wzięła? To se wzięła!

Moja sąsiadka wyglądała na wielce zadowoloną.

– No, to chałpy nie sprzedos. – mruknęła z uśmiechem.

Tego dnia wieczorem, kiedy już się rozpakowałam, umyłam i położyłam Krzysia spać, zadzwonił Tadeusz. Zapowiedział, że ma dla mnie niespodziankę i za chwilę po mnie przyjdzie. Uprzedziłam więc mamę, uchyliłam drzwi do jej pokoju, żeby w razie czego mogła usłyszeć budzącego się Krzysia.

Poszliśmy do domu Tadeusza. Bardzo tajemniczy, wyglądał na wielce zadowolonego z siebie. W domu natychmiast pociągnął mnie na piętro, gdzie miał dużą sypialnię, aktualnie zagraconą, pełniącą funkcję garderoby, suszarni i prasowalni. Weszliśmy tam i… wręcz oniemiałam.

Wszystkie garnitury, koszule i marynarki, które wcześniej leżały poukładane dookoła na wielkim podwójnym łóżku, zniknęły, razem z deską do prasowania i setką innych rzeczy. Teraz to była prawdziwa, elegancka i przytulna sypialnia, z zielonymi paprociami na białych komodach. Świeża, kolorowa pościel na łóżku pachniała delikatnie.

– Od rozwodu pięć lat temu nie chciało mi się tu sprzątać, nie było po co. I tak tu nie sypiałem. Podoba ci się?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy pociągnął mnie dalej, do otwartych drzwi na taras.

Taras był niewielki, otoczony koronami drzew. Stały tam dwa łóżka polowe przykryte miękkimi kocami, a między nimi stolik z kubełkiem na lód.

Co więcej, i lód był w owym kubełku, i szampan. A obok stała zapalona świeca i flakon z pąsową różą, którą Tadeusz wyciągnął i podał mi.

– To dla ciebie. Wszystko. Sam posprzątałem. Koszule i marynarki powiesiłem w szafie, resztę oddałem wujkowi. Dobrze, przyznaję, że podłogę umyła pani Flora, pościel też zmieniła. I kurze pościerała. I okna umyła. Ale pomysł był mój! Chcę tu znowu mieszkać jak w domu, jeśli się do mnie przyłączysz… To co, napijemy się szampana? Znalazłem taki jaki lubisz: różowy półwytrawny. Więc?
Słuchałam tego pośpiesznego wywodu nie mogąc wydobyć słowa. Jasne, zagadał mnie, ale i tak gardło miałam dziwnie ściśnięte. Wiedziałam, że lubi romantyczne gesty, ale to…

Co ja miałam powiedzieć? No, wtopiłam na amen!

Niestety.


7 thoughts on “…ciąg dalszy…

  1. No chciałoby sie prosic o ten ciąg dalszy ciągu dalszego ale może rzeczywiście to byłoby wścibstwo i ciekawośc – no ale co ja zrobię, że czyta to się jak dobra ksiązkę…….super piszesz – no ale podobno w życiu piękne sa tylko chwile …… a moze jednak cdn :):):) :P:P:P:P

  2. No iiiiiiii ???
    Zrozumiałe że ciśnie się pytanie takie, ale po sekundzie myśl otrzeźwiająca – toż to wścibstwo karygodne!
    Marzę żeby … żyją długo i szczęśliwie… i tego życzę z całego serducha!
    Cd. ciągu dalszego – jak będzie – poczytam bez oddychania 😉
    Cudna babka żeś!!!
    B.

    1. Hm, to „długo i szczęśliwie” trwało bardzo krótko. Krótko więc jeszcze zakończę ten wątek… 😉

  3. Alez mam dreszcze i gesie skorke jeszcze. Bo to naprawde piekne i opisane swietnie, wcale nie landrynkowo i slodko tylko po prostu tak, tak jakos, ze to tak az chwyta i te skorke produkuje;)

  4. Niewielu ludzi ma wspaniałe życie, ważne żeby było w nim miejsce na piękne chwile, a ta na pewno taką była. Czasami właśnie wspomnienia dają siłę na przetrwanie. Życzę Ci całego pasma (jak Twoje góry) cudownych niezapomnianych przeżyć:)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *