Kurczę, jak ciemno…

Kurczę, jak ciemno…

Cicho, ciemnawo i mokro.

Wchodząc na Groń gadałam wesoło z moją kuzynką Anią, żeby choć trochę rozproszyć ten ponury nastrój. Tym razem telefon zastąpił mi więc tic – taki, nie musiałam nimi nawet grzechotać.

Drzewa wszystkie zmarznięte i zachlipane, w czarnej, mokrej i śliskiej korze już chyba zapadają w sen zimowy. Kolorów ubyło, wiatr wyczesał już większość liści i szpilki modrzewiom. Bure mgły snują się sennie, obijając się o świerki. To mi się jednak nie podoba. Nie dość, że dzień jest krótki, to jeszcze taki ciemny. Jakby wcale go nie było.

Tak, tak, jasne: pogoda była tu pierwsza, to my się musimy dostosować. Jak zwykle, próbuję znaleźć dobre strony sytuacji, nie jest to nawet takie trudne: Żmij nie widać! 🙂

Jeleni niby też nie widać, ale otwierając furtkę już widzę ślady ich bytności przy chatce. Dwie tuje są znowu obgryzione. Ale tylko trochę. O, i róże też trochę. Przecież nie ma jeszcze nawet przymrozków, czy w lesie naprawdę już nie ma jedzenia dla zwierząt?!

Hm, spodobało się im, widać będą już wracać na „wyżerkę”.

W domu lichutkie 5 stopni na termometrze, szybko więc rozpaliłam ogień w piecu, chłopaki jadą już z Warszawy. Chciałabym, żeby weszli już do ciepłej izby, dotrą pewnie późnym popołudniem. Szykuje się nam wieczór rozgrywek w „O, kurde! Country Life” i innych atrakcji. Staszek obiecał przywieźć różowe półwytrawne wino, to już będzie do nocnych pogaduch dorosłych. Po rozgrywkach.

Szczere rozmowy z przyjacielem to teraz coś czego bardzo mi potrzeba. Zresztą, tego zawsze i każdemu potrzeba.

„Ogarnęłam” nieco podwórko, przycięłam wielkie pióropusze przydomowych paproci, obsychają na ogniskowym kręgu. Patrzę na nie przez okno i wygląda to jakby szaman jakiś indiański kucał między ustawionymi pieńkami. Dobrze, może chmury odpędzi, jutro przydałaby się ładna pogoda. Hubert pozwolił mi wziąć drewno ze swojego lasu, coś tam podobno leży pociętego, wybiorę się z chłopakami.

O, temperatura osiągnęła już szaleńcze 14 stopni, nie jest źle! Za niecałą godzinę zacznie się ściemniać, a chłopaków ani widu, ani słychu. Pewnie będą musieli wchodzić po ciemku, co nie jest zbyt sympatyczne. Dla Staszka to nie pierwszyzna, ale jego synowie takiego „chrztu” jeszcze nie mieli. Mam nadzieję, że wzięli latarki…

Moja kawa jest gotowa, idę więc tymczasem posiedzieć na progu, opatulę się kocem i Maćkiem. Jeśli łaskawie przyjdzie, bo znowu siedzi u sąsiadki.

Ech, ledwie dzień się zaczął, a już się kończy. Byle do Sylwestra! 😉


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *