Bo stąd widoki najładniejsze… ;-)

Bo stąd widoki najładniejsze… ;-)

Rozmawiałam dziś z Kostkiem, naszym młodym sąsiadem z Gronia. Chyba marne są szanse na tę studnię głębinową, nie będzie nas na razie na nią stać. Nie tylko mnie, innych także. Uff, przyznam, że nawet trochę mi ulżyło, dla mnie to wyjątkowo nietrafiony czas na takie inwestycje…

Ale przy okazji telefonicznych pogaduch jak zwykle pośmialiśmy się, wspominając wydarzenie do którego często wracamy.

Maj 2013

Przyjechałam na Siwy Groń w czwartek. Czas matur, „odbębniłam” moje zajęcia w trzy dni, wyjątkowo jakoś nie miałam więcej siedzenia na egzaminach, mogłam więc spędzić dłuższy weekend w Chatce.

Pusto, cicho, nikogo poza mną na Górze nie było. Pogoda piękna, powietrze przejrzyste i ciepłe, las rozświergotany i radosny od kwitnących drzew. Zrobiłam porządki wokół domu, spaliłam obłamane gałęzie orzecha nagromadzone jeszcze po zimie, wycięłam wyrastające uparcie dzikie jabłonki i śliwki na poletku Huberta przy moim, prowizorycznym wtedy, ogrodzeniu. Starałam się też podeprzeć żerdziami walące się przęsło płotu Kasi, ale sama niewiele zdziałałam, nadal było mocno pochylone.

Dzień był bardzo pracowity i sympatyczny, wieczorem położyłam się spać wielce z siebie zadowolona.

Obudziły mnie czyjeś glosy. Było ciemno, zegarek pokazywał 1.00, wyraźnie słyszałam męskie rozmowy dobiegające gdzieś z lasu poniżej werandy. Co więcej, te głosy zdawały się przybliżać!

Leżałam bez ruchu, starając się nawet nie oddychać. Cała byłam jednym wielkim uchem, serce biło mi coraz mocniej i głośniej. Byli blisko, gdzieś poniżej domu. Musieli napatoczyć się na jakąś przeszkodę, usłyszałam niewyraźne, lekko bełkotliwe przekleństwa.

O, nie! To było jakieś pijackie towarzystwo!

Ledwo pół roku wcześniej zamknięto złodziei po ostatnim włamaniu. W dodatku nie wszystkich, jeden z nich dostał wyrok w zawieszeniu! Ściśnięte ze strachu gardło utrudniało mi nawet przełykanie śliny.

Wyglądało na to, że było ich trzech, przedarli się chyba przez krzaki jeżyn, w prostokątach okien zobaczyłam błyski latarek i słyszałam stłumione rozmowy.
Rozsiedli się na brzegu mojej werandy, przy narożniku domu.

Co robić?! – leżałam tak i myślałam w popłochu. – Może zadzwonić do tego policjanta? Ale jak? Przecież mnie usłyszą! Może zapalić światło i włączyć radio? Pewnie myślą, że nikogo nie ma w środku.

Głośny psyk otwieranej puszki. Pewnie z piwem. – Co ja, u licha, mam zrobić?!

Minęło dobre pół godziny, rozbłyski latarek przemaszerowały mi pod bocznym oknem i wstrzymałam oddech.
Przeszli za dom, już ich nie słyszałam. Teraz zobaczą wiszący skobel, zdjęta kłódkę. Zorientują się, że ktoś jest w domu. Co zrobią? Odejdą, czy wręcz przeciwnie?

Minuty wlekły mi się w nieskończoność. Od tylnej strony domu nic nie słychać w izbie, ostrożnie usiadłam na łóżku i starałam się wyłowić choćby najlżejszy dźwięk.
Nic.

Minęło kolejne pół godziny. Nic się nie działo, na strychu tylko raz przebiegła kuna, za grubą boazerią zachrobotała jakaś mysz. Poza tym – cisza.

Powoli się uspokajałam. Wcześnie zaczęło świtać, przed piątą wstałam i zrobiłam sobie kawę. Było już zupełnie jasno, kiedy wyjrzałam przez okna, a wreszcie odważyłam się wyjść przed dom.

Ranek był rześki, radosny jak gdyby nigdy nic, słońce wychynęło już zza Grzebyka leniwie rozprostowując promyki. Obeszłam dom w towarzystwie Koty i Czarnego, napełniłam im miski i z przyjemnością pogładziłam miękkie futerka.

Nagle zauważyłam, że pochylone, obrośnięte jeżynami przęsło płotu Kasi jest zwalone zupełnie! Tędy musieli się przedzierać, to znaczy że wcale nie przyszli od strony lasu!
Z czaszką parującą od domniemywań i kombinowania, chwyciłam wiadro i postanowiłam zejść do studni po wodę. Już od drzwi zobaczyłam, że przy studni ktoś stoi. Odruchowo się cofnęłam, ale po chwili rozpoznałam Kostka.

– Cześć, Maryla! To ty jesteś? – kiedy schodziłam kamienistą ścieżką od swojej chaty, Kostek zdziwiony patrzył na mnie zmrużonymi, zaczerwienionymi oczami.

– Jestem. – odpowiedziałam, rozumiejąc już wszystko. – To byliście wy?

Mój młody sąsiad i jego dwaj koledzy wyraźnie potrzebowali zimnej wody na spierzchnięte i obolałe gardła, pili ją prosto z wiadra, łypiąc na mnie jakby z obawą. Miałam ochotę rzucić się na nich z pięściami.

– Co wam przyszło do głowy?! – wypaliłam wściekle. – Macie pojęcie, jak się bałam?!

– Eeej, no, sory. – zaczął się tłumaczyć Kostek. – późno przyjechaliśmy, chciałem pokazać kumplom okolice, od ciebie z werandy widok najładniejszy, to wiesz…

– Widok?! O pierwszej w nocy?! – wrzasnęłam. – Weź ty się w łeb stuknij!

– No, fakt, trochę przegięliśmy. Ale na drugi raz zapukam ci w okno i zapytam, czy jesteś. – Kostek najwyraźniej rozbawiony był swoim nocnym dowcipem. W przeciwieństwie do mnie.

Ale jednak odczułam ulgę. Kiedy już przeszła mi wściekłość, wyobraziłam sobie sąsiada pokazującego kolegom „piękny widok” świecąc latarką w stronę gór i apelując do ich (kolegów, nie gór) bełkotliwej wyobraźni… 😉

Tak, tak, kiedy już zupełnie wytrzeźwiał, przyszedł mnie przeprosić. Popatrzył przy tym na ogrodzenie Kasi i zauważył:
– O, sąsiadce też jelenie rozwaliły płot?

– Tak, – spojrzałam na niego zdziwiona. – Takie trzy, pijaniutkie, ostatniej nocy!

– Serio? – Kostek był szczerze zawstydzony. – To my… tędy?

Dziś wspominamy tę sytuację ze śmiechem, ale wtedy to mi do śmiechu nie było… 😉


2 thoughts on “Bo stąd widoki najładniejsze… ;-)

  1. Ale by sie zdziwili, gdybys ich wystraszyla w nocy waleniem w patelnie! Ale wtedy mialabys jeszcze wiecej sprzatania a chlopani – pranie!!!
    Powinni w ramach rekompensaty ten plot wlasnymi silami naprawic…

    1. Hehe, gdybym wiedziała że to Kostek, to pewnie przyszedłby mi do głowy pomysł z patelnią. A płot został wkrótce naprawiony, już w kilku miejscach się Kasi przewracał.
      Sąsiad się jej chyba nawet nie przyznał, nie wiem zresztą czy mi uwierzył że to jego sprawka.. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *