Zwyczajny, jesienny dzień…

Zwyczajny, jesienny dzień…

10 listopada 2017

Zbliża się wieczór, wczesnym popołudniem przyjechałam do chatki.
Niewiele zdążyłam zrobić, uprzątnęłam jedynie ścinki pozostałe po rąbaniu i piłowaniu zbyt dużych kawałków drewna przywiezionego w ubiegłym tygodniu, niebo było tak ciemne i sine, a wiatr tak przenikliwy i zimny, że spodziewałam się opadów śniegu lada moment. Ale to chyba jeszcze nie ten czas. Na szczęście.

Teraz już siedzę w chatce, w piecu wesoło trzaska ogień, z głośników mojego starego magnetofonu dobiegają dźwięki gitary anatolijskiej. To jedna z nielicznych kaset której dotąd nie ukradli. To dobrze, bo bardzo ją lubię. Przywiozłam dawno temu z Turcji i zawsze wprowadza mnie w miły nastrój, czuję ten charakterystyczny zapach herbaty jabłkowej i lekki powiew ciepłego wiatru na dachu hoteliku w centrum Stambułu…

Pokrzykiwania które czasem dobiegają z oddali to jednak nie nawoływanie muezinów do modlitwy, a odgłosy imprezy urodzinowej po sąsiedzku. 😉

Nie, nie mam nic przeciwko imprezie, córka Zosi przywiozła znajomych i świętuje. O rany, nie mam pojęcia, które to już jej urodziny, nie mogę się doliczyć. Sympatyczni są ci młodzi ludzie, z izby i tak prawie ich nie słyszę, nie są specjalnie hałaśliwi. Fajnie, że są. Hubert też przyszedł się przywitać na chwilę, pogadać o wszystkim i niczym, nowe plotki rozprzestrzenić. Smutny jakiś, spytałam czy wszystko u niego w porządku.

– Ech, Maryla, drzewa mi z lasu powycinali, mówią że to jeszcze ich kawałek, niby na mapce tak stoi. Ale to przecież już na moim!

Oj, w takie odwieczne spory „o miedzę” to ja się wtrącać nie zamierzam, postanowiłam więc poprawić sąsiadowi humor w prosty, wypróbowany sposób:

– A Heinekena się napijesz? – wyciągnęłam zza komina zieloną, schłodzoną puszkę na której widok Hubert chyba uznał, że miedza może poczekać. Już z uśmiechem kontynuowaliśmy plotkowanie o naszym upierdliwym znajomym z doliny.

Sąsiedzkie pogaduchy skończyły się jednak wraz z dogasającym światłem dziennym za oknami, Hubert wrócił do siebie „żeby nóg na tym błocie po ciemku nie połamać”. A ja delektuję się zieloną herbatą i pierniczkami przywiezionymi w ubiegłym tygodniu przez Chłopaków. Największy anioł przełamał mi się wpół przy wykładaniu z pudełka, musiałam więc go zjeść żeby się nie męczył. Pyszne miał te lukrowane skrzydła. 😉

Strasznie szybko kończy się dzień, a przecież jeszcze ponad miesiąc będzie się tak skracał. To jedyne co nie podoba mi się w jesieni i zimie. Mróz, deszcz, śnieg i inne grady – niech tam! Gdyby tylko było jasno do tej, powiedzmy, dwudziestej. No, co by to komu przeszkadzało?

Właśnie przyszła Ewcia – jubilatka, przyniosła mi kawałek kurczaka z grilla. Pachnie obłędnie, zaraz zabieram się za konsumpcję. Baaardzo mi się podoba taka rekompensata za hałasy, tym bardziej, że żadnych większych hałasów nie słyszę (plus grubych ścian z bali). 😉

Miły dzień. Choć taki zwyczajny, szary i jesienny. 🙂


 

5 thoughts on “Zwyczajny, jesienny dzień…

  1. Zwyczajne dni, już nie jesienne lecz zimowe, więc z dnia na dzień coraz dłuższe. Wiem, że się cieszysz światłem. I za pewne bardziej tym naturalnym – słonecznym niż sztucznym – elektrycznym.
    I choć czasem jest pod górkę to być może po to, żeby potem było z górki. 😉

  2. Będąc nastolatką bardzo cieszyłam się na krótkie jesienne dni, zapadająca szybko ciemność była jakaś taka magiczna i dostępna. Moi rodzice pilnowali żebym była w domu przed 20-tą, więc jesień i zima, były jedynymi porami roku umożliwiającymi spacery o zmroku. Na ulicach kręciło się mnóstwo ludzi (mało kto miał wtedy samochody) więc było bezpiecznie. Dzisiaj wracałam o 18.oo z pływalni prawie samotnie idąc chodnikiem, jedynie samochody mijały mnie po drodze. Większość jak nie w galeriach na zakupach to przed Tv albo komputerem. Żadnej magii już w tym moim spacerze nie było.

    1. Coś w tym jest… Ostatnio wracałam z pracy wieczorem, niby nie tak późno, a ulice były zupełnie puste…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *