Stodoła strachu… ;-)

Stodoła strachu… ;-)

17 listopada 2017

Znowu w Chatce. W piecu miło trzaska ogień, za oknami ciemno i zimno, pada coś w rodzaju śniegodeszczu. Ale w domu jest ciepło i sucho, cicho gra muzyka a ja siedzę przy laptopie, popijając zieloną herbatę.

Ziemia na ścieżce była lekko podmarznięta, więc wchodziło mi się na górę całkiem nieźle. Tylko w powietrzu zimna wilgoć nieprzyjemnie przenikała wszystko na wskroś, czupryna moja zamieniła się w jakieś runo baranie blond, skręcając się w  szaleńcze loczki pod wpływem tej mokrej mgły. Było czapkę na dno plecaka pakować? 😉

Chcieliśmy wwieźć jeszcze parę rzeczy do naprawy pieca, dobrze byłoby zrobić to przed zimą. Krzychu, dziecię me pierwo- i ostatniorodne, obiecał mi to już parę miesięcy temu. Ale z finansami jeszcze chudzieńko, więc z czystym sumieniem i ulgą pewną przekazałam mu dziś wiadomość, że nijak warunków na wjazd nie ma! Ryzykować już nie będę.

Natychmiast uśmiecham się na wspomnienie takiego wczesnozimowego wjazdu… To był dopiero „hardkor”! 😉

Koniec listopada2013

Wwieźć trzeba było trochę zapasów na zimę. Śnieg zalegał cieniutką warstewką, ziemia pod nim wydawała się dość zamarznięta, ale nie byłam pewna czy się uda. Stojąc więc w naszym niewielkim supermarkecie w dolinie, zadzwoniłam do Jarka, zaprzyjaźnionego właściciela terenówki.

– Jak myślisz, da się dzisiaj wjechać na Groń? Śniegu na górze nie ma nawet po kostki, leży tylko płatami, ale ziemia nie jest bardzo zmarznięta. – miałam wątpliwości. – A przydałoby się zrobić jakieś większe zapasy, jestem akurat w sklepie.

Jarek, jak zwykle, był nastawiony pozytywnie. Doprawdy, niewielu znam tak optymistycznych ludzi. Jest mistrzem pociechoterapii. I kierownicy. 🙂

– Pewnie, rób te zakupy, spróbujemy wjechać „stodołą”, bo mały jeep w naprawie. – powiedział wesoło.

„Stodoła” to duży terenowy Nissan (kiedy pierwszy raz do niego wsiadłam, z wrażenia zakrzyknęłam: „Toż to wielkie jak stodoła!”, stąd ksywka), jeździ się nim super wygodnie, ale opony to ma jednak nie na takie błociszcza, więc trochę się zmartwiłam.

– Poważnie? Myślisz, że da się teraz wjechać stodołą? – powiedziałam więc do telefonu.

Pani Iza z kasy znieruchomiała z kalafiorem w dłoni i spojrzała na mnie uważnie. Nie miałam jednak czasu niczego jej tłumaczyć, uśmiechnęłam się tylko i powędrowałam z wózkiem w głąb sklepu.

Godzinę później siedziałam już w „stodole” wyładowanej kilkunastoma baniakami wody i kilkoma wielkimi torbami pełnymi zakupów. Oczywiste było dla mnie, że zapomniałam o czymś, co będzie mi potrzebne tuż po przyjeździe do domu, to już norma! 😉

Jak zwykle wesoło gawędząc i słuchając Metalliki, wjeżdżaliśmy na Siwy Groń. Droga była całkiem znośna, zakupy z tyłu postukiwały, podskakując na kamienistym podłożu.

– Eee, fajnie się jedzie! – cieszyłam się. – Niepotrzebnie się martwiłam.

Wyjechaliśmy z lasu trawersem, mieliśmy więc za sobą najbardziej wąski i niebezpieczny odcinek drogi. Zostało jakieś sto pięćdziesiąt metrów zarośniętego z rzadka drzewami i krzakami pola na szczycie, zwanego przeze mnie „Zadomiem Wielkim” (bo mamy je za domem).

Nagle zamilkliśmy. „Stodoła” przechyliła się na prawo i zaczęła bokiem ześlizgiwać się z trawersu w kierunku lasu poniżej. Jarek usiłował opanować auto, ale na próżno.

Jest takie „sztandarowe” wyobrażenie nagłej paniki: trzepiące się dłonie uniesione na wysokości szyi po obu jej stronach, obłęd w szeroko otwartych oczach i wrzask: Aaaaaa!

To ja.

Tylko wrzeszczałam półgłosem. Wstydziłam się na cały regulator, choć miałam na to wielką ochotę! Byłam pewna, ze za sekundę przewrócimy się na bok i poturlamy w dół. Już widziałam siebie i Jarka w kawałkach, między powyginanymi blachami auta… Podmarznięte błoto pod płatami śniegu musiało w ciągu dnia roztopić się i zmięknąć, nie stawiało żadnego oporu kołom.

Jarek jakimś cudem zachowywał stoicki spokój.

– Nie bój się! Nie trzeba się bać, jakoś wyjedziemy! – uspokajał mnie, manewrując energicznie kierownicą.

„Stodoła” zatrzymała się, przechylona, w pół drogi miedzy ścieżką a lasem poniżej. Głupio mi się zrobiło, że tak cykorzę, wiec zaczęłam z czarnym humorem roztaczać przed Jarkiem wizje naszego rychłego końca w tym tam lesie, w kawałkach, między powyginanymi blachami…

Najwyraźniej mocno go to rozbawiło, pomyślałam więc i ja, że może to faktycznie jest śmieszne? Jakoś przestałam się bać, choć nadal byłam mocno przejęta. Po kilkunastu nieudanych próbach, samochód załapał kawałek twardego terenu i wyskoczył z powrotem na górę.

Dojechaliśmy prawie do Chatki. Przed nami został jednak bardzo błotnisty, gładki kawałek pola na którym Jarkowi już trudno byłoby zawrócić. Uznałam, że bezpieczniej będzie nie jechać już dalej. Wyładowaliśmy więc moje zakupy i podłożyliśmy gałęzie pod koła „stodoły”. Ujechała kawałek i znowu utknęła w błocie. Znowu gałęzie pod koła. Kawałek do przodu. I znowu. I znowu.

Minęło dobre pół godziny, zanim Jarkowi udało się wreszcie dotrzeć z powrotem do ścieżki. Zatrąbił stamtąd, machając mi na pożegnanie i zniknął w lesie. Dopiero wtedy, lżejsza o wielki kamień na sercu, mogłam spokojnie wrócić do moich zakupów i zacząć znosić je do domu.


 

4 thoughts on “Stodoła strachu… ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *