A jednak nie urywa! ;-)

A jednak nie urywa! ;-)

19 listopada 2017

No, niezłe zamieszanie się wczoraj zrobiło! 😉

Przed południem zeszłam po niewielkie zakupy. Olej się skończył, kawa „Inka” już prawie też, uznałam że przyda mi się długi spacer, tym bardziej że powietrze nieco pojaśniało i nabrałam nadziei na spełnienie optymistycznych prognoz zapowiadających rozpogodzenie.

Maszerowało mi się wspaniale, kilka razy przystanęłam, rozmawiając ze znajomymi sąsiadami z doliny, pogoda nadal była paskudna, ale wbrew niej humor mi dopisywał. Aż podśpiewywałam sobie pod nosem.

Nawet nie zauważyłam że wyładował mi się telefon, nie słyszałam żadnego ostrzegawczego pipkania.

Kiedy po pierwszej wracałam i wchodziłam już „traperówką” na Groń, niebo od zachodu miało już kilka niebieskich plamek między szarymi chmurzyskami. Słońce pokazywało się tylko na chwilę, sine mgły nadal pałętały się między drzewami, ale i tak zrobiło się sympatycznie. Radośnie otwierałam kluczem kłódkę u drzwi, kiedy Zosia zdziwiona zawołała z okna:

– Maryla! To ty nie wyjechałaś?

– Cześć Zosiu, zeszłam tylko po zakupy. – odkrzyknęłam jej. – A co?

– Jacyś ludzie tu byli, pytali o ciebie, ale powiedziałam że pojechałaś, widziałam rano jak wychodzisz z plecakiem. – Sąsiadka wyglądała na zmartwioną. – Ten facet mówił, że nie odbierasz telefonu, jesteś poza zasięgiem.

–  Aaa, musiałam iść przez Sośninę jak dzwonił, tam nie ma zasięgu. – wyjęłam telefon z kieszonki torby i zobaczyłam w czym problem. – Oj, wyładował się. A dawno byli?

– Będzie z godzinę temu. Zeszli drogą pod Wiśniową, chcieli zdjęcia porobić, to im doradziłam tamtędy. Wybacz, że tak ich odesłałam, ale myślałam…

– E, nie przejmuj się, zaraz sprawdzę kto to, oddzwonię i wszystko się wyjaśni. – pocieszyłam Zosię i weszłam do domu. Jeszcze z plecakiem na plecach podłączyłam telefon do ładowarki.

Paweł! Więc jednak! Kilka dni temu pytał czy będę w Chatce przez weekend, bo wybierają się z żoną w te okolice, może mnie odwiedzą. Oczywiście ucieszyłam się, lubię Pawła i Grażynę. Bardzo dawno ich nie widziałam, ostatnio byli tu chyba z piętnaście lat temu! Teraz ich przyjazd nie był pewny na sto procent, umówiliśmy się na telefon w piątek, ale Paweł nie zadzwonił. Uznałam, że zmienili zdanie.

– Paweł? Telefon mi się rozładował, jestem na Groniu, a Wy? – oddzwoniłam natychmiast.

– Jesteś jednak? – ucieszył się mój szkolny kolega. – My właśnie schodzimy na dół taką daleką drogą, jesteśmy już nad wsią.

– To co? Wracajcie! – zawyrokowałam. – Nie mam co prawda żadnego ciasta, ale jest sporo jabłek, zaraz wstawię wodę na kawę.

Paweł zawahał się chwilę, słyszałam że rozmawiają.

– Wiesz co? Alinka jest trochę głodna, zjemy coś w restauracji, zrobimy zakupy i przyjdziemy. Auto i tak mamy tuż pod twoją górą.

Zgłupiałam. Alinka?! Jaka Alinka?! Źle usłyszałam, czy mi się już jakieś chopki stawiają?

– Nno, dobra, jak wolisz. – zaczęłam niepewnie. – Tylko pamiętaj, że wcześnie robi się ciemno.

– Nie ma strachu, zdążymy. Jakieś winko na wieczór? Specjalne życzenia?

– Czemu nie, może być winko, wam zostawiam wybór. – powiedziałam, uznając, że po prostu źle usłyszałam imię żony Pawła.

Nawet dobrze się składało, miałam trochę czasu na doprowadzenie izby do stanu gościoprzyjmowalnego, za oknem śmielej zaświeciło słońce, więc wywiesiłam na werandzie śpiwory i poszewki do wywietrzenia. Zjadłam sałatkę z tuńczykiem i czekałam na gości, pijąc kawę na progu i wgapiając się w przymglone góry.

Już szarzało, kiedy w drzwiach stanął wysoki, chudy blondyn z kucykiem i szerokim uśmiechem na zarośniętej twarzy.

– Kopę laaat! – uściskaliśmy się serdecznie, a zza Pawła wyszła… obca mi, niewysoka brunetka. Wcale nie Grażka. No trudno, w końcu to Paweł był moim kolegą.

– Cześć, jestem Maryla. – z uśmiechem podałam jej rękę.  A ona mnie – o zgrozo! – „zdechłą rybę”. Tak nazywam ten sposób podawania dłoni. Bezwładnie, lekko, taki dotyk samych palców bez najmniejszego uścisku. Brrr. Bardzo tego nie lubię, ale postanowiłam się tym nie sugerować.

Alinka okazała się być, od sześciu już lat, drugą żoną mojego kumpla, w sumie nie powinnam się dziwić że mi nie powiedział, nie utrzymujemy bliskich kontaktów. Ładna babka, manicurzystka, wyraźnie młodsza od Grażyny.

– No, sory, już się robi ciemno, ale kawulka na werandzie musi być! – Paweł zrzucił plecak w sieni i pociągnął Alinkę na werandę. – Chodź, zobacz ten widok!

– No, teraz widok nie powala. – zaśmiałam się, bo góry już wyglądały szaro i smętnie, słońce schowało się dawno za las. – Pewnie w południe był ładniejszy.

– Ja jednak wolę Alpy. – rozbrajająco uśmiechnęła się Alinka. – To nie są góry, to tylko pagórki.

Jednak kawulkę wypiliśmy w domu, przy stole. Bo Alinka wolała. Zjedliśmy ciasto, powspominaliśmy szkolne wygłupy i parę późniejszych, wspólnych wypraw. Obejrzałam zdjęcia ze ślubu, z wczasów tu i tam. Paweł przywiózł składniki na kurczaka po hindusku którego kiedyś u mnie jadł i „paluszki lizał”, a sam, mimo wziętego przepisu nie potrafił jakoś zrobić, więc przyrządziłam go na kolację. Zagraliśmy nawet w „Chińczyka”, popijając czerwone wino. Było całkiem sympatycznie.

Nie byłam jednak zaskoczona, kiedy późnym wieczorem Alinka zdecydowała o wyjeździe. Dałam im latarkę, widząc że nocowanie w prostej chatce na… pagórku jest ostatnią rzeczą o jakiej marzy żona Pawła. Nie byłam też zaskoczona, kiedy powiedziała, korzystając z jego chwilowej nieobecności:

– Wiesz, tyle się nasłuchałam o tobie i tej twojej chatce. Myślałam, że z ciebie to jakieś cudo, i że dom super. A tu – dupy nie urywa.

– No i dobrze! Ta część ciała się czasem przydaje. – roześmiałam się tylko. Jakie to typowe! Już nieraz słyszałam podobne opinie z ust żon moich kolegów, zawsze wtedy kiedy akurat oni byli na zewnątrz. Ale nie mam zwyczaju obrażać moich gości, choć czasem język świerzbi… 🙂

Pojechali. Szacun dla Alinki, że nie bała się schodzić ciemną nocą, jak widać bardziej bała się spędzić tę noc tutaj. Jednak ciekawa postać, choć zupełnie nie w moich klimatach.

Ha! I znowu zostało mi pół butelki wina! 😉


 

11 thoughts on “A jednak nie urywa! ;-)

  1. Jak ja kocham takie…..paniusie…. a makijaż jej sie nie popsuł po tym spacerze :P:P:P…….. a język to i mnie często świerzbi – tylko podobno ja mam cięty język i nie zawsze trzymam go za zębami….. no cóż miałas urozmaicenie pobytu …i sytuacje do wspominania na przyszłość…..pozdrawiam :):):)

    1. Haha, traktuję to właśnie jako urozmaicenie. A „paniusie” (płci obojga!) często krytykują prostotę, wykazując się prostactwem… A to nieuleczalne.

  2. Wymienił na „nowszy model” ale taktu i kultury nie nauczył. W moich „regionach” mówiło sie Nie widziala d……a słonca itd……A ta ‚zadechła ryba ‚ jest nie do przełknięcia. jak mi tak ktos podaje reke od razu mam ochote swoja wytrzeć…..Pozdrawiam.

    1. Nie pierwszy raz spotykam zazdrosną bez sensu osobę. Jak zauważyłam, dość często się zdarza że kobiety „na wszelki wypadek” atakują inne, które ich mężczyźni darzą jakąkolwiek sympatią. 😉

  3. Skąd się takie kukły biorą to nie wiem. Faceci to jednak małe rozumki mają skoro powierzchowność jest dla nich ważniejsza od wnętrza, bo te jak sądzę (no chyba że się mylę) za ciekawe u tej paniusi nie jest. Pozdrawiam Cię serdecznie życząc samych sympatycznych gości:)

    1. Hm, może w „normalnych” warunkach Alinka jest całkiem OK, może w swoim kręgu przyjaciół i znajomych jest serdeczna i pomocna? Dla mnie liczy się tylko to, że mój kolega ją kocha i jest z nią szczęśliwy. Niech sobie jest jaka jest. Ale fakt: nie będę więcej jej zapraszała. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *