Do trzech razy… ;-)

Do trzech razy… ;-)

26 listopada 2017

Zima wróciła!

Tym razem już spodziewałam się widoku kłaczków bawełny rozsypanych po krajobrazie. Kiedy rano rozsunęłam zasłony, za oknami jako żywo wisiała grafika Hokusaia. Misternie narysowane gałązeczki, obsypane bielą i osnute mgłą na tle sinego nieba. I ta stojąca w powietrzu cisza. I zimno, jakby nikt jeszcze nie wymyślił słońca.

Rozpaliłam w piecu i zrobiłam sobie kawę. Nie, nie wypiłam jej na werandzie, dziś trudno mi było uwierzyć, że jeszcze kilkanaście godzin wcześniej pomykałam po podwórku w krótkich spodenkach. Z siekierą w dłoni. 😉

Niewątpliwie plusem jest, że lodówka w sieni chłodzi bez włączania, ale jednak trochę tęsknię za latem, kiedy drzwi i okna są pootwierane na oścież i w domu unosi się delikatny zapach kadzideł sandałowych przepędzających skutecznie muchy i inne fruwadła.

Po śniadaniu trzeba było spakować brudną pościel, dobrze że w piątek przywiozłam dwa komplety czystej, niedługo z pewnością zjawią się jacyś goście. Zawsze z żalem patrzę na wysprzątaną izbę, wychodząc z chatki. Może jednak jechać późniejszym pociągiem?

Nie, nie, jutro prowadzę zajęcia, jeszcze się trzeba do nich przygotować, materiały skserować. Lepiej wyjechać wcześniej, skoro już dziś wyjechać muszę.

Przed południem wyłączyłam prąd, pozamykałam wszystko dokładnie i ruszyłam w drogę. Jeszcze parę zdjęć Grzebyka, i otworzyłam furtkę. Błoto pod cienką warstwą śniegu było paskudne, z nieba leciało coś na kształt mokrego, drobniutkiego gradu. O, chyba nazywają to „marznącą mżawką”.

Ledwie zamknęłam za sobą furtkę, poślizgnęłam się na tej mlaszczącej brei, zjeżdżając prawym podudziem po stromej ścieżce wzdłuż płotu Kasi.

– Niech to szlag! – nie mogłam powstrzymać okrzyku złości.

Nogawkę spodni miałam kompletnie pokrytą tłustym błotem od kolana w dół. I trochę na… podpleczu. I na torbie. Co było robić? Wróciłam do domu.

Jakież było moje zdumienie, kiedy nie znalazłam żadnych czystych spodni w szafie! Ba! Brudnych też nie, a krótkie wszak na taką pogodę się nie nadawały. Najlepiej byłoby zatem wyprać te ubłocone, przesuszyć nad ciepłym jeszcze piecem i jechać później. Ale co będzie, jeśli znowu gdzieś się poślizgnę? W takich warunkach o to nietrudno, trudniej tego uniknąć.

No tak, w piątek, pakując czystą pościel do plecaka, musiałam zostawić przygotowane do zabrania dżinsy, leżały pod ręcznikiem którego nie wzięłam…

Trudno. Kto mnie tu zna? Oczyściłam spodnie i torbę na ile mogłam, teraz miałam wielką mokrą plamę, ale może trochę przeschnie, zanim dotrę do pociągu. Powtórnie pozamykałam dom i ruszyłam do furtki, ostrożnie stawiając każdy krok.

Cóż… Niechbym dorwała tego, kto wymyślił powiedzenie „do trzech razy sztuka”!

Myślałam, że się wścieknę, kiedy noga (ta sama!) znowu objechała mi po błocie i tym razem miałam brudne także udo. I sweter. Na szczęście nie tak mocno jak za pierwszym razem. Byłam tak zła, że próbowałam otworzyć kłódkę niewłaściwym kluczem, o mało go przy tym nie połamałam. Teraz już mogłam posiedzieć dłużej, wypić herbatę, nie było sensu pędzić na ten wcześniejszy pociąg.

Za trzecim razem wychodziłam, czepiając się sztachet płotu Kasi. Dobrze, że nikt tego nie widział. W przeciwnym wypadku usłyszałabym zapewne ryk śmiechu, musiałam wyglądać dość pociesznie…

Ważne, że do głównej ścieżki doszłam bez przeszkód. A z pociągu wysiadłam w Pszczynie, Krzyś przyjechał po mnie samochodem, żebym nie musiała dłużej wyglądać jak „menelica”. 😉

Oczywiście, dziś już na dnie plecaka zaległy dwie pary zapasowych spodni. 😊


 

8 thoughts on “Do trzech razy… ;-)

  1. Szkoda, że ktoś tego nie zarejestrował na filmie 😉
    Chociaż właściwie po co? Opowiadasz tak plastycznie, że widzę oczami wyobraźni twoje zmaganie się ze złośliwością błotnych ścieżek.

    1. Hahaha, to by dopiero było! Chociaż, jeśli kogoś miałoby to kogoś rozbawić i tym samym poprawić czyjeś zdrowie, to następnym razem poproszę kogoś z sąsiadów o sfilmowanie mojego zejścia po błocie do ścieżki. Na wszelki wypadek. 😉

  2. Kiedys na wycieczce widzialam na Kims takie ceratowe spodnie zakladane na normalne spodnie. Dobry patent, bo jak sie ublocisz to na dole, kiedy juz niebezpieczenstwo minelo zdejmujesz je i chowasz na nastepny raz;)

    1. Tak, patent dobry. Od jakichś dziesięciu lat obiecuje sobie taki patent sprawić, moja sąsiadka Kasia takoż, ale i ona, i ja pamiętamy o tym tylko idąc po błocie… 😉

  3. Znów mnie rozśmieszyłas z samego rana.
    U mnie nadal kwiatki kwitną a śnieg widuje bardzo rzadko w ciągu całej zimy.
    Życzę udanego tygodnia.

    1. Macie rzeczywiście łagodny klimat. Faaaajnie. Ale nie zazdroszczę, bo góry mają swoje plusy. 🙂

  4. No tak….jak pech to pech….pewnie gdybys miała zapasowe spodnie nie poslizgnęła bys sie zaraz za zamknięciem furtki. Dobrze ,ze syn mógł po Ciebie przyjechac samochodem. Nie musialas przynajmniej paradowac taka upackana i nikt ze znajomych Cie nie oglądał….Pozdrawiam.***

    1. Haha, zawsze noszę zapasowe spodnie, jak dotąd tylko raz ich potrzebowałam, więc straciłam czujność. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *