Święta „przełomów”… :-)

Święta „przełomów”… :-)

12 grudnia 2017

Porządkując szuflady w komodzie, znalazłam dziś arkusze kolorowego kartonu, brokatowe kleje i błyszczące koraliki. Pozostałości po mojej Pracowni Plastycznej. Firma przetrwała zaledwie rok, ledwo dawałam radę opłacać ZUS. Choć kartki świąteczne akurat sprzedawały się jak świeże bułeczki, ale ich wykonywanie zajmowało dużo czasu a leczenie Krzysia także.

To wtedy zdecydowałam o kolejnych studiach i zmianie zawodu. Dziewczyny którym dawałam korepetycje uznały że mam charyzmę, że potrafię wytłumaczyć prosto i dowcipnie najbardziej zawiłe zasady angielskiej gramatyki. Dlatego, jako licealistki, prawie trzy lata przyjeżdżały do mnie z sąsiedniego miasta raz w tygodniu. No to zdałam egzaminy na uniwerek i zaczęłam studiować językoznawstwo angielskie. I pracować w szkole. Pokochałam tę pracę.

To był czas nieco podobny do obecnego. Czas przełomów.

Zrozumiałam, że istnieją dwa rodzaje tchórzy: więcny i mimotonny (tak sobie je nazwałam na własny użytek).

Pierwszy boi się, więc nie działa. Drugi – boi się, ale działa mimo to. Wychowano mnie na pierwszego, teraz postanowiłam być tym drugim.

Pojechałam na całe Święta do Chatki. Sześcioletni wtedy Krzyś kończył już rekonwalescencję po najważniejszej operacji, spakowałam do wielkiego plecaka wszystkie potrzebne leki, parę ciuchów i jedzenie. I prezent pod choinkę, oczywiście. 😊

Idąc drogą przez Modrzewisko zastanawialiśmy się ciężko nad tą choinką. Ani ja, ani Krzyś nie zamierzaliśmy ścinać żywego drzewka, nigdy nawet nie tłumaczyłam mojemu synkowi dlaczego. Czuł taki sam smutek na widok ściętej, obwieszonej ozdobami jodły czy sosenki. Umierającej jak klaun ku uciesze ludzi.

Wiem, taka tradycja. I nie mam zamiaru krzywym okiem spoglądać na tych którzy żywe, ścięte choinki zdobią. Bez przesady, nie jestem aż taka „nawiedzona”. Ale zawsze czułam bliską więź z drzewami, to drzewom się zwierzałam jako dziecko, nie ludziom. To nie to samo, ale właściwie nie miałam wyboru. Wyczuwałam dłonią pulsowanie drzewnych soków pod korą. I w jakiś przedziwny sposób Krzyś też to czuł. Uznaliśmy, że znajdziemy jakąś obłamaną gałąź, albo obetniemy najniższą łapę z jakiegoś świerka albo jodły.

– Tak, jakieś drzewko na pewno nam pozwoli. A może ktoś ścinał i zostawił niepotrzebne gałęzie? – zastanawiał się Krzyś, brnąc po kostki w śniegu. Na szczęście białego puchu nie było dużo, a i ścieżka była w miarę wydeptana.

Kiedy dotarliśmy na Groń, Janeczka akurat zbierała się do wyjazdu na Wigilię do córki. Twarz jej się rozjaśniła na nasz widok.

– Maryla, ady Ponbócek mi cie zsyło! Jo do Zosi jade, pojutrze si wrócem, a ty Kajtusiowi dos jeść! I kurki mi nakarmis, i Gwiozdule.

Sapiąc jeszcze ze zmęczenia i łapiąc oddech, potakiwałam Janeczce z uśmiechem.

– Dom. Nakarmię. Jedźcie spokojnie.

Kiedy już weszliśmy do Chatki i zdjęłam z ramion ciężki plecak, a Krzyś wypakowywał podręczne zabawki ze swojego plecaczka, weszła Janeczka z wielką jedliną, rozłożystą i długą na ponad półtora metra. Miała ciemnozielone, jakby nawoskowane igły i rozsiewała przepiękny, żywiczny zapach. Gałąź, rzecz jasna, nie Janeczka. 😉

– Prziniesłak ci takom choine, łobłamała mi się pode śniegiem, przido ci się! Mos Krzisiu, postow tam ka. A runcka ci juz nie dokuco?

Krzyś przejął ostrożnie wielką gałąź i spojrzał na mnie z porozumiewawczym uśmiechem.

– Nie, pani Janko, już mogę ruszać ręką, pan doktor powiedział że nawet ciężary mogę podnosić!

Kiedy w końcu, po życzeniach świątecznych i pożegnaniach, Janeczka oddaliła się ku ścieżce, poprawiając na plecach swoją kraciastą chustę podróżną wypełnioną ubraniami i słoikami, zamknęliśmy drzwi i wnieśliśmy jedlinę do izby.

– To tak: najpierw rozpalimy w piecu, zjemy obiad, a potem ubierzemy naszą choinkę. – zawyrokowałam.

– Mamusiu, a mogę rozpalić w piecu? – Krzyś patrzył na mnie błagalnie, to było takie dorosłe zajęcie, a on przecież był już prawie dorosły! 😉

– OK. – zgodziłam się po namyśle. – Ale pod warunkiem, że ja ci pomogę.

Oczywiście, moja pomoc była… dominująca, ale Krzyś z dumą podawał mi odpowiednie patyki i szczapy, a na koniec podpalił wystający nieco kawałek gazety i zamknął drzwiczki pieca pogrzebaczem.

Po obiedzie przytwierdziliśmy jodłową łapę na płasko do ściany przy drzwiach izby. Genialne! Miała kształt sporej choinki, zajmowała niewiele miejsca i pachniała bajecznie. Pozostało nam tylko ją ozdobić.

Po to właśnie przywiozłam kolorowe papiery, brokat, koraliki i przeróżne wstążki. Porozkładaliśmy to wszystko na stole i zasiedliśmy po obu jego stronach wyposażeni w nożyczki.

Najpierw przygotowaliśmy długi, kolorowy łańcuch złożony z malutkich papierowych ogniw, potem wycinanki i przestrzenne ozdobne bryły przypominające bombki. Krzyś w mig załapał technikę i sam zaczął wymyślać nowe wzory ozdób. Do wieczora radośnie tworzyliśmy barwne, błyszczące cudeńka, w końcu ukoronowaliśmy naszą jedlinę wielką srebrną gwiazdą przyozdobioną naklejonymi koralikami.

– To jest najpiękniejsza choinka na świecie! – stwierdził z przekonaniem Krzyś. – Szkoda tylko, że lampek nie mamy.

– W przyszłym roku przywieziemy lampki. – obiecałam. – A nasza choinka i tak cudnie błyszczy, nie sądzisz?

Sądził. I był szczęśliwy tak samo jak ja. To były wspaniałe Święta, choć spędziliśmy je tylko we dwoje. Śpiewaliśmy kolędy, zanosiliśmy siano do paśnika w lesie, lepiliśmy bałwany i zjeżdżaliśmy na workach z górki za domem.

Kilka kolejnych Bożych Narodzeń świętowaliśmy podobnie, robiąc co roku nowe ozdoby choinkowe. Przybywało lampek, przywiezionych łańcuchów i prawdziwych bombek, ale zawsze szczególne miejsce zajmowały te własnoręcznie wykonane. Przy wtórze śmiechu, radosnego przekomarzania się i ognia trzaskającego w piecu.

W tym roku to się nie uda, ale może w przyszłym namówię Krzycha na wspólną Wigilię w Chatce? Papiery, brokatowe kleje i koraliki wylądowały więc z powrotem w szufladzie. Zwykle wyrzucam stare rzeczy, nie mam do nich sentymentu. Ale tym razem zrobiłam wyjątek. 😊


10 thoughts on “Święta „przełomów”… :-)

  1. Dziękuję, że jednak zdecydowała się Pani napisać to wspomnienie. Jakby nie patrzeć takie pisanie na blogu to dobra okazja do przypomnienia nam czytelnikom co tak naprawdę liczy się w życiu. A wspomnienie wręcz wzruszające.

  2. A co by Pani Janeczka zrobila, jakbyscie nie przyszli? Zostawilaby zwierzyne glodna?

    PS. Myslalam, ze jestes nauczycielka „od zawsze”;)

    1. E, nie, Janeczka bardzo dbała o zwierzaki. Z dołu przyszedłby ktoś je nakarmić, ale… nie za darmo. 🙂
      A mnie „od zawsze” mówiono, że potrafię przekazywać wiedzę, ale nie chciałam być nauczycielką. 🙂

  3. Twoje piękne wspomnienia rozczulają moje serce, bo budzą moje własne, te jeszcze dziecięce …

    A co do czasu przełomu to nadal nie wiem, co za przełom obecnie się dokonał, dokonuje. Cierpliwie poczekam, bo jestem pewien, że przyjdzie ten czas kiedy i o nim napiszesz.

    1. Mam nadzieję, że Twoje dziecięce wspomnienia są takie jak powinny być: beztroskie i szczęśliwe. 🙂
      O obecnym „przełomie” napisze dopiero kiedy minie. I kiedy będzie mnie stać na spojrzenie chłodnym okiem. 🙂

  4. Jak to miło słuchac ,ze komuś szkoda jest drzewek które przyozdobione umierają…..Az mi sie łza w oku zakreciła jak to przeczytalam……i ja mam gałezie które ktos zostawił bo mu nie pasowały do stojaka. A kartki zrobione z malenkich pocietych na centymetrowe patyczki kawałkow i przyozdobione cekinami i złotkiem zawsze u mnie szły tak jak i u Ciebie..masz racje sa pracochłonne ale za to jakie sliczne i nie tuzinkowe. Pozdrawiam serdecznie

    1. Tak, Beatko, żal mi drzew. Choć daleka jestem od stawiania ich dobra ponad ludzkie i potępiania ludzi którzy nie czują tak jak ja. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *