Zabieliło się… :-)

Zabieliło się… :-)

30 grudnia.

Wczorajszy ranek przyniósł puchatą biel za oknem, śnieg zalegał dwudziestocentymetrową warstwą nawet na progu, nocą musiało nieźle sypać i wiać. Z dachu zwieszały się zimne, kryształowe sople i cisza nieruchomo stała w powietrzu. W ramach porannej gimnastyki odśnieżyłam szybko podest i przejście do kibelka, przynajmniej mój ciuchciopodobny chuch wprowadzał trochę życia w otoczenie chatki. 😉

Teraz widok z okna zdecydowanie się poprawił i pobajkowiał. Brakowało tylko słońca, ale i tak oprószone śniegiem nawet najmniejsze gałązeczki i przykryte poduchami łapy świerków i jodeł dawały urzekający efekt. No, stać i patrzeć.

A ja postanowiłam urządzić sobie spacer, po pierwsze trzeba chyba zrzucić trochę tej świątecznej ociężałości z brzuchalka, poza tym jakieś ciacho dla gości by się przydało. Posprzątałam więc trochę w izbie i wyruszyłam.

Śnieg sypał już mniej, ale na ścieżce między domami nawiało go sporo, musiałam wydeptać sobie drogę w dziewiczej bieli sięgającej mi połowy łydek.  Nie jest źle. Szłam jednak techniką pługową, niemal nie podnosząc stóp, żeby jak najłatwiej było mi wrócić tą samą drogą. Nie było sensu schodzić lasem, choć tam śniegu było najmniej, nie przeszłabym bezkarnie bagnistej łąki przy strumyku na dole.

Pięknie, po prostu pięknie. Nie chciałam ranić tej uroczystej ciszy nawet grzechotaniem, więc tic-taki pozostały na dnie torby. Aparat miał mniej szczęścia, musiał trochę powyłazić na mróz. 😉

Jak zrzucać to zrzucać, szłam więc szybkim krokiem do samej wsi, na przystanku autobusowym  tuż przy centrum zdziwiłam się widokiem wypiętych pośladków jakiegoś otyłego gościa. Najpierw myślałam, że ma takie spodnie w bladobeżowym kolorze, ale nie. Spodnie były ciemne, opuszczone do kolan. Nie wiem komu się chwalił swoimi atrybutami, niedaleko stał tylko inny gość płci męskiej, skręciłam w swoją stronę i nie wiem po co była ta akcja podmrażania tego i owego.

Bardzo się ucieszyłam, widząc w sklepie moje ulubione ciasto: karpatkę. Zakupiłam trzy dość pokaźne porcje i zadowolona ruszyłam z powrotem. Szło się fajnie, na dole śniegu jest zdecydowanie mniej, szosa przez Modrzewisko  jest miejscami czarna.  Spotkałam kilka znajomych osób i wymieniłam z nimi już noworoczne życzenia, a niemal połowę drogi z powrotem przejechałam z sympatycznymi sąsiadami, zaśmiewając się z najnowszych plotek.

Przy ostatnim domu pod lasem spotkałam jeszcze znajomego policjanta.

– Pani Marylko, jak tam na górze? Spokój? Czy montujemy jednak tę kamerę?

– Haha, kamerę – bardzo chętnie! Tylko musi pan ją zamaskować tak, żeby złodzieje i jej nie ukradli!

Zamieniliśmy wesoło parę zdań, życzenia sobie poskładaliśmy i obiecaliśmy wrócić do tematu kamery wkrótce. Coraz bardziej się do tego przekonuję.

Kiedy wchodziłam na Groń, śnieg przestał już sypać, niebo było jednak nadal stalowo sine, nawet najmniejszy promyczek słońca nie miał szansy się przedrzeć przez ten pancerz. Agata z Andrzejem zapowiedzieli przyjazd nieco później, więc nie musiałam się śpieszyć, wchodziłam powoli, zatrzymując się i napawając baśniowymi widokami.

Moi goście dotarli tuż przed zmrokiem, wchodzili najdłuższą drogą i nie przypuszczali że będzie na niej tyle śniegu, nieźle się zasapali. Ale szybko odzyskali dobry nastrój i energię, a to głównie z powodu śmiechu jaki gruchnął po spróbowaniu karpatki…

No, plama totalna! Było to po prostu ohydne! Minę miałam podobno tak wymowną, że Agata zrezygnowała ze spróbowania swojego kawałka ciasta. Andrzej – przeciwnie, wielce był ciekaw, jak bardzo można zepsuć wypiek. Uznał że można. Bardzo. Karpatkowy krem, zwykle puszysty i bajeczny w smaku, przypominał twardą, tłustą i osłodzoną margarynę. Teraz, kiedy o tym piszę, nie mogę pohamować się przed tym samym grymasem niesmaku. Fuj.  😉

Pogaduchy przy lampce wina i ogniu trzaskającym w piecu przeciągnęły się do późna, Agata miała co prawda ochotę na ulepienie bałwana, ale śnieg się do tego nie nadawał, więc cały wieczór spędziliśmy w domu. Jak ja lubię te rozmowy z nimi. Bardzo wykształconymi, inteligentnymi ludźmi z fantazją i życiową mądrością, bez zadęcia i snobizmu. Bez wysilania się na żadne pozy, bez zbędnego tłumaczenia rzeczy oczywistych. Brakowało mi tego.

To nie ja, wyjątkowo, wstałam pierwsza tego ranka. Agata obwieściła się skowronkiem, budząc nas bulgotaniem wody w dzbanku i skrzypieniem drzwi do sieni.

– Maryl, słońce wstało przed tobą! – wesoły głos koleżanki zabrzmiał jak wyrzut. Nie otwierając oczu mruknęłam:

– To lekka megalomania, nie sądzisz?

Agata parsknęła i energicznie rozsunęła zasłony.

– O, faktycznie słońce! – Andrzej zerwał się ze swojego posłania. – Gdzie jest mój aparat?

Tym zawołaniem już skutecznie zostałam zmobilizowana do wstania. Izba rzeczywiście skąpana była w złotym, ciepłym świetle zza szyb. Nareszcie. Przez chwilę przy oknach panował trzyosobowy tłum, słychać było tylko spusty migawek. A potem nastała zwykła, poranna krzątanina.

Zwyczajny dzień w Chatce. 🙂


16 thoughts on “Zabieliło się… :-)

  1. „Ciuchciopodobny chuch” – toż to prawie Tuwim wyszedł. Tylko potem te pośladki nie pasują… 😉

    1. Haha, najwyraźniej tak. Ale minę miała jednak nietęgą, chyba wahała się czy mi jednak nie odradzić tej karpatki, teraz to wiem. Wtedy zlekceważyłam i nie wnikałam, a szkoda. 😉

  2. Maryl, fajnie masz – oprócz pięknych widoków i pośladki oglądasz:)))
    Dużo radosnych chwil w Nowym Roku!!!!

  3. O karpatce radzę szybko zapomnieć, choć takie doświadczenie jest pouczające. Radość z zewnętrznego wyglądu nijak się ma (jaskrawo kontrastuje) do niesmaku z tego co w środku. Z ludźmi bywa podobnie jak z tą nieszczęsną karpatką.

    1. O, tak! Absolutnie się zgadzam!
      Hm, w moim przypadku „zapomnieć” to nie lada wyzwanie… 😉
      Ale co tam, i tak lubię karpatkę, raz trafiłam po prostu źle.
      No i z ludźmi też tak jest, nadal ich lubię, choć spotkałam całkiem sporą ilość wstrętnych jako ta karpatka…

      1. A ja Ciebie lubię. Ale to inny rodzaj lubienia niż delektowanie się kolejnym kęsem pysznej karpatki. Lubię Cię, troszkę tak jak lubi się słoneczny poranek, iskrzący w porannym słońcu czyściutki bo świeży śnieg. Troszkę tak jak rozpoczynający się nowy dzień, czas wolny od pracy. Tylko troszkę tak, bo jednak inaczej.

        1. To miłe co piszesz, ale nie biorę tego do siebie. 😉
          Lubisz osobę która sobie wyobraziłeś tylko na podstawie tego co przeczytałeś, nie znasz mnie. 🙂

  4. Witam.
    Z zaciekawieniem czekam na kolejne fotki i kolejne wpisy.
    Na magiczne dla mnie fotki natknąłem się na „G” i od razu nasunęła mi się myśl, że ryzykujesz /jeśli mogę tak pisać zwyczajem internautów/ najazd ciekawskich – nie zawsze kulturalnych ludzi – co opisujesz pod dzisiejszym zdjęciem na „g” . Myślałem kiedyś , o takiej chatce na własność , lecz żona jest klasycznym 100 procentowym mieszczuchem 🙂 i pomysł upadł. Udało mi się zaszczepić własny zachwyt górami synowi, który z kolegami i z żoną 🙂 przemierza je o każdej porze roku i wysyła mi wspaniałe fotki. Pozwolę sobie na maleńką sugestię : może w oparciu o swoje zdjęcia pomyślisz o stworzeniu albumu w rodzaju CZTERY PORY ROKU ……….. Może to jest jakiś pomysł …? Pozdrawiam serdecznie w nadziei na wiele jeszcze Twoich fot i wpisów na blogu, życzę WSPANIAŁEGO NOWEGO 2018 ROKU. Janusz

    1. Dziękuję ogromnie. I życzę Waszej „górskolubnej” Rodzince Wszystkiego Dobrego w nadchodzącym roku! 🙂

        1. Gosiu, musi mi przejść niesmak i zniechęcenie. Jeszcze trochę chyba. Ale bardzo Ci dziękuję za te słowa. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *