Piec, skleroza i… znowu w Domu. :-)

Piec, skleroza i… znowu w Domu. :-)

30 marca 2018

Jest wieczór, pachnie jabłkowa herbata, pod belką na środku stropu wisi lampion od Anutki z palącą się w środku świecą. W piecu wesoło trzaska ogień, a z lasu słychać pohukiwania i pokrzykiwania ptasie. Krzych siedzi po drugiej stronie stołu i czyta, wpatrzony w kolejną stronę książki. Oj, naczekałam się na ten wieczór. Ale w końcu jest, trwa.

Od tygodnia gromadziliśmy materiały do naprawy pieca: cegły szamotowe, zaprawę, belki żeliwne na ruszt, blachę. Elementy rusztu przyszły kurierem przedwczoraj jako ostatnie, dokładnie takie jak potrzebowaliśmy, a jakich zabrakło we wszystkich lokalnych marketach budowlanych. Dziś rano spakowaliśmy wszystko do Maździnki, strawę w ilości sporej dodając tudzież mnóstwo drobiazgów od miesiąca stopniowo wkładanych przeze mnie do plecaka i przepastnej torby. Pan Marek, właściciel traktorka, oznajmił że wjechać będzie można, więc zaszalałam nieco z zakupami. Praca na dwa etaty ma ten niezaprzeczalny plus, że (po spłaceniu długów) „zaszaleć” czasem można. 😉

Ale pieeeec! Piec już bardzo potrzebował naprawy, poskrzypywał o tym żałośnie przy każdym otwarciu żeliwnych drzwiczek. Pręty paleniska się wypaczyły, powyginały i popękały jak i rury otaczające je. Rury miały oryginalnie ogrzewać wodę przepływającą nimi, ale nigdy nie posłużyły do tego celu, za to dawno już popękały i wybrzuszyły się, zmniejszając tym samym przestrzeń paleniska. Trzeba je było wymontować.

Kiedy już przed nami pojawił się jasny pas drogi do Modrzewiska, Krzysiek zapytał:

– Mamo, a w której torbie jest ruszt? Z cegłami, czy z jakimś jedzeniem?

Żartował, oczywiście. Przecież z pewnością żartował, to on przechowywał wszystkie materiały w swojej kanciapce! Ale nie zauważyłam charakterystycznej paczuszki podczas gorączkowego pakowania rano. Na wszelki wypadek jednak spytałam ostrożnie:

– Wziąłeś ten ruszt, prawda? Tak mnie tylko straszysz.

Prawdziwe zdziwienie na twarzy mojego syna rozwiało wszelkie wątpliwości: nie wzięliśmy tego cholernego rusztu! Został pod stolikiem w pokoju gościnnym, schowany tam przed Melką. Kurier przyjechał późno wieczorem, Krzyśkowi nie chciało się już wychodzić do „kanciapki” przy garażu, więc schował szeleszczącą paczkę w bezpiecznym miejscu, informując mnie o tym, a jakże. Tyle, że zmęczona po całym dniu pracy szybciutko drugim uchem wypuściłam tę wieść.

– Kurde. Zapomnieliśmy o ruszcie. – Krzych z wrażenia zwolnił i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Kurde. – przytaknęłam zgodnie. – Ja go nie wzięłam, serio, a ty naprawdę też nie?

– Też nie. Wracamy?

Nie. Nie było sensu wracać. Zresztą pan Marek miał później swoje plany, umówiliśmy się na wjazd o 13.00.

– E tam, trudno. Następnym razem wymienimy ruszt, teraz tylko wymurujemy dookoła palenisko. – machnęłam ręką. – Byle się dało napalić w piecu i ogrzać dom.

Markowy traktorek przechodzi remont, przytroczyliśmy nasze plecaki i rozliczne torby do terenowego wehikułu – składaka. Typu cudaczna rama na kołach. Z dwoma siedzeniami. Z naszymi bagażami przytroczonymi do ramy wyglądał jeszcze cudaczniej. 😉

Krzyś pojechał z panem Markiem, a ja postanowiłam iść pieszo. O, nie, nie poświęcałam się tu absolutnie, zwyczajnie nie miałam ochoty dźwigać tych wszystkich bagaży po przyjeździe na miejsce. Jakoś udało mi się pokonać strumyk na dole, powędrowałam więc tym razem stromą ścieżką przez las.

Dziarsko wspinałam się między znajomymi bukami i świerkami, z czułością pogładziłam zimną korę zaprzyjaźnionego modrzewia. Śpi jeszcze, to co będę z nim gadać. W piętnaście minut byłam na szczycie, szybko minęłam płot Huberta i dotarłam do Chatki kiedy tylko Krzych z panem Markiem skończyli rozładowywać wehikuł. No i o to chodziło. 😉

Dom był bardzo wyziębiony, butle z wodą w sieni mieściły ciągle bryły lodu. Krzysiek więc zabrał się czym prędzej za naprawę pieca, a ja – za rozpakowywanie toreb i ogarnianie chaty po zimie. Przycinałam ochoczo róże, kiedy mój syn stanął na schodach z żelastwem w rękach.

– Stary ruszt zmarł. Damy radę bez palenia w piecu?

Nawet sekator wstrzymał oddech.

– Bez palenia w piecu? – powtórzyłam jak echo. Krzych jeszcze wczoraj miał gorączkę, jest przeziębiony.

– Przecież w domu jest temperatura jak w typowej lodówce, grzejnik jest zepsuty. Co się stało z rusztem?

– E, połamał się. Chciałem naprostować trochę jeden pręt.

Mieliśmy do wyboru: albo wracać do domu po nowy ruszt (co oznaczało minimum cztery godziny jazdy tam i z powrotem), albo jechać do zduna na dole i kupić kolejny ruszt, albo jakoś połatać ten stary. Po chwili zastanowienia, Krzyś wybrał reanimację. Znalazł stare, wielkie gwoździe, gruby drut i z determinacją zaczął swoją „mission impossible”.

Po jakiejś godzinie ruszt – zombie został zainstalowany w piecu, w obmurowanym świeżo palenisku.

– A ile to musi schnąć? Dobę? – rzuciłam wesoło, myjąc wiaderko po zaprawie.

– Strasznie niewyraźnie to napisane, ale chyba… O, jest: 24 godziny, w temperaturze 20 stopni! – Krzysiek parsknął śmiechem, przeczytawszy informacje na kubełku zaprawy. – To co, pakujemy się?

Ogarnęła nas ogólna wesołość. Kolejny wybór był prosty, skoro w każdym przypadku zaprawa nie miałaby warunków do właściwego schnięcia: albo pięć stopni i „święty spokój”  albo od razu full ogień, więc… zapałki w dłoń! 😀

Nareszcie.

Powoli robi się ciepło.  Symboliczny obiad, aromatyczna herbata na werandzie, no i nie wiadomo kiedy zrobił się wieczór. Taki domowy i cichy.

Taki wyczekany.


 

6 thoughts on “Piec, skleroza i… znowu w Domu. :-)

  1. Podoba mi sie jak gadasz (albo nie gadasz) z drzewami;)
    Ja rozmawiam z kwiatami doniczkowymi w biurze – niektore byly przeznaczone na smietnik juz chyba z 10 lat temu…

  2. Zdunem nie jestem, wydaje mi się jednak, że można bezpiecznie palić, chociaż świeża zaprawa popęka od żaru. Ale skoro i tak ma być montowany nowy ruszt…
    Niewielką ilością słów i właściwie bez przymiotników (które ja mnożyłbym bez opamiętania) potrafisz przekazać czytelnikowi urok wyczekiwanego wieczoru w Twojej Chatce.
    Pamiętam takie jeżdżące wynalazki, jak traktorek Marka. Za czasów „komuny” miały powodzenie, i jak czytam mają do dzisiaj.

    1. Pan Marek już robi kolejny wehikuł. 😉
      A piec trzyma się świetnie, okazuje się, że zaprawa wytrzymała. 🙂

  3. A więc rusztu pilnuje Melka?
    Czy Melka jest z Wami, a rusz się pilnuje sam? :)))
    Pozdrowienia dla zduna 🙂

    1. Melka została w „cywilizacji”, kończy akurat pierwszą ruję, więc ma trochę trudny koci czas. Wkrótce będzie sterylka i wtedy już będzie mogła tu ze mną przyjeżdżać. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *