Ponicnierobić jeden dzień… :-)

Ponicnierobić jeden dzień… :-)

19 maja 2018

Dzień kończy się pogodnie i… podejrzanie szybko. Wydaje się, że dopiero co wróciłam z wędrówki…

A wędrowało się cudnie.

Droga przez las była mokra, śliska i błotniście miękka między kamieniami, trzeba było bardzo uważać i patrzeć pod nogi. Las odbijał się w kałużach i kałużkach, więc oglądałam go nie podnosząc nawet głowy, szłam zresztą zatrzymując się co chwila i oczyszczając kolejne poprzeczne korytka na drodze, sporo gliny i kamieni się w nich nazbierało po ostatnich ulewach. Ale droga nie wygląda najgorzej, nawet na tym zniszczonym ostatnio odcinku. Nie zwracałam uwagi na pogodę, zdziwiłam się kiedy zeszłam w dolinę i zobaczyłam rozsłoneczniony krajobraz i błękitne niebo!

Pani Krysia ucieszyła się na mój widok, miała dla mnie tym razem dobre wieści: wygląda na to, że to koniec niszczenia naszej drogi przez złodziei drewna!

– Nieźle ich pani nastraszyła, a dzięki temu filmowi wójt mógł nareszcie im udowodnić…

– Ale co? – zająknęłam się z pewna obawą. – Zgłosił to na policję? Nie chciałam aż tak…

– Nie, – uspokoiła mnie pani Krysia – wójt i nadleśniczy załatwili to z całą ferajną po swojemu, dostało im się porządne upomnienie, grzywna i nakaz naprawienia szkód. Pomogą przy kolejnych pracach z koparką, kiedy będą zakładane dodatkowe korytka. W każdym razie drewna tamtędy już ściągać nie będą i to wasza zasługa! Gdyby nie ten filmik, dalej robiliby swoje!

Uch, co za ulga.

Lekko i wesoło wędrowało mi się dalej, pogadałam trochę z dawno nie widzianym panem Adrianem od grzybów, czasem zachodzi do mnie ze swoim wielkim koszem podczas grzybobrania. Ostatnio jednak twierdzi, że „dopadł go niefart” i od dwóch lat rzadko wybiera się do lasu. Myślę, że ten „niefart” związany jest z wypadkiem jego nieodłącznego, kudłatego towarzysza grzybobrań: Fajek wpadł pod samochód. Pan Adrian jednak myśli już o nowym psie, więc pewnie i na grzyby latem wyruszy.

Pospacerowałam trochę po Milówce, z wielką przyjemnością skonsumowałam moje ulubione lody i z powrotem przyjechałam do Modrzewiska z napotkaną w sklepie córką pani Krysi. Tym sposobem  już o trzynastej byłam na powrót w Chatce i dziarsko zabrałam się za przygotowanie sałatki na obiad. To już nie to co rankiem: las się rozptaszył, rozśpiewał, szum strumyka jest jakiś radosny a kudłate baranki na intensywnie błękitnym niebie dopełniają tylko sielankowego obrazu.

Zjadłam sałatkę na werandzie chłonąc te widoki, zapachy i dźwięki, po czym zabrałam się za odchwaszczanie róż i irysów. Wypadałoby wykosić trawę, ale ostatnio Staszkowi kamień trzepnął w element podkaszarki i trzeba to naprawić. A dziś mi się nie chce.

Wygląda na to, że nowo posadzone róże i dwa inne kwiatki (co zacz – nie pamiętam) się przyjęły, ależ pięknie będzie latem!

Zaraz odpalę jakiś film, zasiądę na kanapie z kubkiem zielonej herbaty, ponicnierobię i ponapawam się jeszcze tym leniwym, miłym dniem. Póki trwa. 🙂


4 thoughts on “Ponicnierobić jeden dzień… :-)

  1. Odchwaszczanie i wedrowke nazywasz nicnierobieniem;) Zbierajmy takie chwile w pamieci. Przydadza sie w listopadzie…

    1. Tak, odchwaszczania było mało a wędrówki dość dużo, w takich ilościach jedno i drugie jest czystą przyjemnością. :-)))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *