Gdzie pies, gdzie dziecko i gdzie ludzki rozum?

Gdzie pies, gdzie dziecko i gdzie ludzki rozum?

21 maja 2018

Uch, 20 maja zaskakujący był.

Nie wróciłam z gór wczesnym popołudniem jak zamierzałam, a sporo później. I nie w nastroju radosnym, a raczej podłym. I nie z napełnionymi dobrą energią bateriami, a niemal bez sił.

Choć niedziela zaczęła się pięknie.

Po spokojnym piątkowym wieczorze i sympatycznej, radosnej sobocie, po porannej kawie na progu i śniadaniu na werandzie w świetle igrającego w liściach lipy słońca, zaczęłam z wolna zbierać rzeczy do plecaka. Napełniłam butelkę wody na drogę, umyłam i wrzuciłam do torby ostatnie jabłko. Zamiotłam podłogę w kuchennym kącie, po chwili wahania postanowiłam jeszcze zrobić sobie herbatę. Krzyś znalazł ostatnio pyszną, bardzo aromatyczną, zieloną, przywiozłam dwa pudełka. No, teraz to już koniecznie muszę zrobić tę półkę na herbaty, jest ich tyle że nie ma gdzie kłaść.

Kiedy wszystko było spakowane, już ubrana do wyjścia usiadłam na progu z kubkiem egzotycznie pachnącego wywaru i z przyjemnością ogarnęłam wzrokiem drzewa i góry dookoła. Jeszcze było sporo chmur, jeszcze potrzebna była bluza, ale zanosiło się na szybkie rozpogodzenie.

Ktoś przechodził od drugiej strony góry. Wsłuchałam się w cienki głos, wyraźnie usłyszałam nawoływanie:

– Rita! Ritunia!

Aha, pewno ktoś znowu puścił psa wolno i nie może znaleźć. Czyli normalka. Kotów raczej nie nawołują. Odruchowo zaczęłam przyglądać się zaroślom na brzegu lasu, nie widziałam tu dziś żadnego psa, nie wiem nawet czego szukać wzrokiem.

Głos się przybliżył, był tylko jeden, dziecięco-dziewczęcy. Wstałam więc, przeszłam na koniec werandy (ludzieeee, jak to fajnie, że deski nie skrzypią!) i wychyliłam się zza domu.

Pod orzechem stała mała blondyneczka w jaskrawej różowej bluzie i kolorowych legginsach. Mogła mieć z osiem lat, miała zapłakaną buzię i cienkie, niedbale zaplecione warkoczyki do ramion. Cała była taka bezradna i niepewna. Widać do „malowanego domu” przyjechała, nawet nie zauważyłam że ktoś tam jest. Ale jednak spytałam:

– Co się stało?

– Nie widziała pani pieska? – zaszlochała jasnowłosa kupka nieszczęścia. – Rita się nazywa.

Otworzyłam  „furtkę” na końcu werandy i zeszłam w trawę.

– Nie widziałam. A jak wygląda?

– Taka biała jest. – dziewczynka gestem pokazała niewielkie rozmiary stworzenia.

Podeszłam do niej, spojrzałam na dom sąsiadów poniżej i zaskoczona spostrzegłam, że jest zamknięty. Nikogo dorosłego w pobliżu nie było. A, to może wnuczka Huberta.

– Jesteś tu sama? – spytałam. – Do którego domu przyjechałaś?

– Do naszego. – odchlipnęła. I mama i tata są w domu. I Franek. I nie dopilnowałam Ritusi, ona mi się zgubiła!

Hm. Mama, tata i Franek. Nadal nic mi to nie mówi.

– A gdzie jest wasz dom? – drążyłam.

Mała zamilkła i, jakby nagle obudzona, rozejrzała się z niepokojem dookoła.

– Ja szłam tą drogą… – wskazała na ścieżkę przy studni poniżej. – Z Modrzewiska, tam na wsi.

– Sama szłaś? Tylko z pieskiem? – zaniepokoiłam się.

– Nie, bez pieska. Ritusia się zgubiła rano, jak ja jeszcze spałam. Jak wstałam, to nigdzie jej nie było. Tatuś powiedział żebym poszukała, bo jej nie dopilnowałam, że to przeze mnie! – mała była naprawdę zrozpaczona.

Coś ścisnęło mnie za gardło. W jednej sekundzie zobaczyłam siebie w wieku tej dziewczynki. Cóż, dobrze, że chociaż drugą wojnę Franek Dolas wziął na siebie, inaczej myślałabym, że to ja jestem winna całemu złu tego świata. Jakże ja rozumiem to dziecko…

– Nie bój się, pomogę ci szukać. Wezmę plecak, pozamykam dom i pójdziemy razem, dobrze?

Czekała na werandzie zajadając jabłko, kiedy zamykałam w pośpiechu okna i zbierałam swoje rzeczy. Z tego wszystkiego zapomniałam o zamknięciu ubikacji na kłódkę, mam nadzieję, że nie zastanę tam żadnych niespodzianek następnym razem.

Zeszłyśmy ścieżką w stronę lasu, nawołując i rozglądając się w poszukiwaniu białego futrzaka. Zajrzałam do wykrotu przy strumyku, pod przepusty, czując jednocześnie że to wszystko jest bez sensu.

Dopiero po dobrej chwili spytałam:

– A w ogóle, jak ty masz na imię? Ja jestem Maryla.

– Wiktoria. A mój brat jest Franek. O, tu wczoraj byliśmy z Ritusią na spacerze. – pokazała ręką ambonę na brzegu lasu.

Prawdę mówiąc, opowieść Wiktorii układała mi się raczej ponuro. Dostała upragnionego pieska, malutką śliczną suczkę w prezencie pierwszokomunijnym od jakiejś cioci. Dwa tygodnie temu. Ale mały piesek okazał się dużym kłopotem, psocił i niszczył obuwie rodzinne ile wlezie. Tatuś szczególnie pomstował, kłócił się z mamusią i zapowiadał, że Ritusia ma zniknąć z domu, bo jak nie…

Tego ranka zniknęła, a tatuś był całkiem zadowolony. Wytłumaczył Wiktorii, że za długo spała, nie dopilnowała swojego pieska, to „się zgubił”. I, że jak chce, to ma go sobie poszukać skoro zgubiła. Miałam niejasne przeczucie, że sam zaniósł psa gdzieś do lasu, a dziecko obarczył winą, żeby nie miało do niego pretensji. Tylko do siebie.

– Sama sobie jesteś winna, sama tego chciałaś! – takie drwiące słowa świszczą jak pejcz nad głową dziecka przez całe lata, kiedy już dawno dzieckiem nie jest. Można je wybaczyć, ale nie da się ich zapomnieć. Dlaczego to właśnie ja musiałam spotkać tę dziewczynkę?! W jej przypadku chodzi o psa, może ona zapomni.

Dotarłyśmy do nowo postawionego, zgrabnego domku w dolinie. Ładna, trzydziestoparoletnia kobieta siedziała na rattanowym krześle i rozmawiała przez telefon. Pewnie zamartwia się o córkę, nie było jej dobrych kilka godzin!

– Wiktoria, jesteś nareszcie! – wykrzyknęła na nasz widok i zakończyła rozmowę.

– Dzień dobry. Przyprowadziłam pani córkę. – wyjaśniłam swoją obecność. – Niestety, psa nie znalazłyśmy.

Kobieta obrzuciła mnie niespokojnym, badawczym spojrzeniem, wpychając jednocześnie Wiktorię do domu.

– Dzień dobry. Pomagała pani szukać? Nie trzeba, sami poszukamy!

Wiedziałam, że powinnam wyjść, ale wiedziałam już na pewno, że Rita nigdzie nie uciekła. A jeśli przywiązali ją gdzieś w lesie do drzewa? To przyjezdni, pewnie dziś będą wyjeżdżać i zabiorą ze sobą upragniony „święty spokój”.

Pierwsze co przyszło mi do łowy, to prosty blef:

– Mówiłam już państwa sąsiadom, zaraz idą z psami do lasu i z tej i z tamtej strony, na pewno któryś znajdzie… A zaraz po drodze wstąpię do nadleśnictwa, przekażę.

Ze środka wyszedł rudy, niewysoki mężczyzna.

– Ale po co od razu nadleśnictwo? Ja zaraz pójdę, wiem gdzie piesek może być! – jego lekka nerwowość upewniła mnie, że rzeczywiście wie, pozwoliłam więc sobie na komentarz:

– Cóż, zwierzę to nie zabawka, jeśli państwa naprawdę nie stać na żywe stworzenie w domu, to lepiej chyba oddać je komuś kto je przygarnie! Na pewno ktoś taki się znajdzie.

Ojciec Wiktorii przeszedł ze mną do furtki i szeptem wyjaśnił:

–  Co pani! To zresztą nie pani sprawa, ale chciał żem dać jednemu tu co ma dom koło sklepu, dzieciom się psiak spodobał. Ale mi uciekła w zagajnik rano, gdzieś tam na pewno siedzi. Zaraz znajdę. U nas warunków nie ma, pani rozumie…

– Nie, nie rozumiem po co pan dziecko oszukuje i jeszcze w poczucie winy wpędza! A że córka pięć godzin po górach sama chodzi i psa szuka, to was w ogóle nie obeszło, jak widzę!

– Po górach? – spytał zaskoczony i… rozbawiony.

– Tak, spotkałam ją zapłakaną przed moim domem, tam! – wskazałam na szczyt Siwego Gronia. – To dwa kilometry stąd, nie wiem, czy trafiłaby sama z powrotem, więc może pan przestanie się w końcu zachowywać jak przygłup!

W pociągu długo nie mogłam przestać myśleć o całej tej sytuacji i nieodpowiedzialnej rodzince. Tak, może i obraziłam gościa, ale ten jego uśmieszek doprowadził mnie wręcz do wściekłości. Może nie powinnam się tym przejmować, może to nie moja sprawa. Ale widok takiej głupoty strasznie boli.

No, nic. Trzeba trochę poczekać z tym „doładowaniem baterii”…


 

8 thoughts on “Gdzie pies, gdzie dziecko i gdzie ludzki rozum?

  1. Ja w takich sytuacjach zaluje, ze nie mam grubszej skory i mniej dobrego wychowania… Z chamem trzeba po chamsku a Ty nie masz doswiadczenia;)) Tylko dziecka i pieska szkoda:(

    1. Z chamem po chamsku – niby wiele razy już się o tym przekonałam, a jakoś, kiedy przyjdzie co do czego – nie pamiętam żeby stosować. Kurczę.

  2. Powiedziałaś facetowi, że jest przygłupem? To fajnie, należało mu się za córkę.
    Hmm, chyba można powiedzieć, że baterię podładowałaś, chociaż inaczej niż planowałaś: wszak Wiktoria mogła mieć kłopoty i to poważne. Uratowałaś ją.

    1. Prawda, trochę podładowałam, w końcu kawałek piątku i sobota to był czas fantastyczny. Myślę, że Wiktoria jednak trafiłaby z powrotem, co nie zmienia faktu, że jej rodzice wykazali totalną nieodpowiedzialność i brak wyobraźni.
      Ale to już nie powinno dziwić, nie są w tym odosobnieni…
      Choćby rodzice Eliasza
      http://chatanasiwymgroniu.pl/index.php/2017/09/29/czasem-dobrze-ze-jakis-duren-pcha-sie-tu-zima/
      – biją na głowę innych…. 🙁

      1. Czytałem, Marylo. Cóż mi powiedzieć… Ten chłopiec był o krok od śmierci z powodu braku wyobraźni swoich rodziców. Dziadek nie lepszy. Jak to mówią o jabłku upadającym blisko jabłoni?
        Pomyślałem o licznych przypadkach straszenia mną dzieci na ulicy:
        – Gdy nie będziesz się słuchać, to ten pan zabierze cię!
        Na pewno nie tylko ja zetknąłem się z taką głupotą ludzi. Ostatnio ochrzaniłem babcię straszącą tak wnuczka. Zrobiłem to z przyjemnością.

        1. Mój syn też wyjątkowo oburza się na zachowania rodziców jakie opisujesz. Rzeczywiście, to niemal powszechne i dziś… 🙁

  3. Oj boli i co gorsza nie ma lekarstwa na głupotę :-/
    Dobrze, że to dziecko trafiło do Ciebie, strach pomyśleć, co by było, gdyby poszła w inną stronę.
    Biedne dziewczątko, cóż, mówią że rodziców się nie wybiera…
    Podziwiam Twoje opanowanie, bardzo delikatna byłaś dla tego … pana.
    Serdeczności Marylko 🙂

    1. Fakt, delikatna byłam, przyznam, że „wzięta z zaskoczenia” bywam ostrożna w wypowiedziach. Bardziej, niż powinnam. Teraz wiem, że i ten… pan i jego żona powinni usłyszeć parę zdań ostro i dobitnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *