Proste prawdy Marysi z leśniczówki…

Proste prawdy Marysi z leśniczówki…

30 lipca 2018

Wczoraj udało mi się trochę powędrować górami i dolinami. Piętnaście kilometrów przemierzonych w skwarze i duchocie – żaden wyczyn, jasne. Ale kiedy wspinałam się już z powrotem na nasz Groń, czułam zmęczenie i z przyjemnością zatrzymywałam się w cieniu, przy krzakach dorodnych jeżyn. Soczyste, słodkie, są idealną odpowiedzią dla przesuszonego podniebienia. A przy okazji niezłym pretekstem dla przystanięcia i wyrównania oddechu.  😉

A na Groniu od wczoraj gwarno i wesoło. Prawie w każdym domu dorośli, dzieci, koty i psy. Na podwórka wyległy grille, stoły i ławy, krzesła ogrodowe, kolorowe leżaki i baseny. Jest nawet dmuchana żyrafa u Zosi po sąsiedzku. Melka wpatruje się w nią zawzięcie z brzegu werandy. W żyrafę znaczy, nie w Zosię.

Dziś od rana gorąco, chmurzy się jednak i zanosi znowu na burzę. Postanowiłam więc załatwić szybko zakupy, pojechać autobusem w jedną stronę, a wracać taksówką. Melka, łazęga moja przebrzydła, jak na złość polazła gdzieś eksplorować sobie tylko wiadome chaszcze lub szopy, pół godziny ignorowała moje wołania i raczyła zjawić się na dwadzieścia minut przed odjazdem autobusu. Zaserwowałam jej szybko drugie śniadanie, zamknęłam w domu i regularnym marszobiegiem pokonałam trasę do przystanku w dolinie. Zadowolona i nawet nie bardzo zziajana, dotarłam pięć minut przed czasem, w przelocie zamieniając jeszcze kilka sympatycznych zdań z grzybiarzami i letnikami z przyczepy campingowej tuż nad doliną. Uch.

Na przystanku stała jakby znajoma mi skądś kobieta z dziesięcioletnią na oko dziewczynką, chyba wnuczką. Przywitałyśmy się z uśmiechem, po czym pani spytała:

– Bedziecie sie wracać hnet? Taksówkom cy autobusem?

Przytaknęłam.

– Będę wracać, chyba taksówką, bo tylko zakupy zrobię.

– To zapiście se mój numer, a jak se załatwicie, to razem sie wrócimy, bedzie taniej, nie?

– Oczywiście, czemu nie. – zapisałam podany numer w telefonie i zawahałam się:

– A jak mam panią zapisać?

– Marysia. Marysia z leśnicówki se zapiście.

– Aaa, to już wiem, skąd mogę panią znać. – uśmiechnęłam się.

Kupiłam piękne warzywa i owoce w moim ulubionym zieleniaku, dwie tuby silikonu do uszczelnienia dachu i inne drobiazgi spożywcze i wcale nie spożywcze (oczywiście, zapomniałam proszku na mrówki). Z plecakiem pełnym zakupów zasiadłam na ławce przy postoju taksówek i zadzwoniłam do pani Marysi, a kilka minut później już jechaliśmy w stronę Modrzewiska.

– Ady co mos takom smętnom mine, Maryjusku? – zagadnęła pani Marysia taksówkarza. – Ło te pieniondze sie mortwis? Jo to nie rozumie, kozdy mo ino jednom buzie coby niom jeść, nie trza mieć wiele, coby być scyńśliwym! A jak kto na kupecke ino, na kupecke odkłado, to mu i mysy w końcu zjedzom!

Po chwili pogodnej, wesołej rozmowy wysiadłam przy mojej ścieżce, a taksówka z Marysią pomknęła dalej, do leśniczówki.  Muszę przyznać że dawno nie spotkałam tak pozytywnej, wesołej osoby. Z uśmiechem więc wchodziłam na Groń, choć plecak dość mocno mi ciążył. Szłam powoli, wspominając inną specjalistkę od prostych prawd, Janeczkę. To tu, na tej drodze, pouczała mnie:

– Ady pocekoj, Maryla! Ka tak lecis, jako te głupie turysty! Idźze se pomaluśku, a nie stowej potym. Pozyjes troche w groniu, to się naucys po nosymu chodzić!

Skwar okrutny. Grzywka uparcie opadała mi na spocone czoło, związałam ją w końcu gumką w kucyk nad czołem.  Musiałam wyglądać strasznie głupio, ale co tam: idę przecież lasem, nikogo nie ma.

Jeżyny znowu smakowały wspaniale, zauważyłam nawet całkiem sporo jagód na krzaczkach. Zatrzymałam się więc, żeby napisać o czarnych kurdupelkach do Anutki. Ma przyjechać za jakiś tydzień, może się ucieszy.  O, i grzybki widać w zagajniku na skarpie! Gniewuski co prawda, ale ładne. Jeden, drugi… do sześciu doliczyłam, ale nie zerwałam, zbyt długo je trzeba przetwarzać.

Podziwiając tak drogie mi widoki odległych i całkiem bliskich gór, doszłam powoli do Bramy Mocarnych a ciężar na plecach przestał już mi przeszkadzać. Na Grzebyku ewidentnie lało, czubki drzew były jak przycięte, przysłonięte ciemnosiną chmurą. I do nas, cicho powarkując, skradała się burza. Weszłam w ostatni odcinek lasu pod szczytem, zagapiona na niebo nad Grzebykiem.

– Dzień dobry! – zaskoczył mnie głos młodego gościa w śmiesznej czapeczce na czubku głowy, parę metrów ode mnie. – Poznaje mnie pani?

Przyjrzałam mu się, szybko zrywając sobie gumkę znad grzywki. Sąsiad z pierwszego domu pod lasem. Ze dwa lata go nie było.

– Aaa, oczywiście że poznaję, Romek! Dzień dobry! – odpowiedziałam, trochę zażenowana z powodu tej mojej głupiej grzywki.

–  Ale naprawdę pani poznaje? – upewniał się przekornie.

Prychnęłam z uśmiechem, przeczesując palcami włosy:

– Haha, no skoro mówię „Romek”, to chyba poznaję!

– A, no tak. – tu z kolei zawstydził się on.

– Na grzybki? – spytałam, widząc koszyk w dłoniach starszego pana, idącego za nim. – Jeśli zbieracie, to tam koło strumyka są gniewuski.

Zanim doszłam do chatki, pogawędziłam jeszcze chwilę z innymi sąsiadami, by wreszcie z wielką ulgą wejść do przyjemnie chłodnego wnętrza, postawić plecak na krzesło i włożyć głowę pod strumień chłodnej wody w sieni. Cudnie!

Teraz strumienie chłodnej wody sieką z nieba, wiadro napełniło mi się deszczówką zaledwie w piętnaście sekund. Ha! Nie opłacało się go nawet zostawiać pod tą rynną, odczekałam chwilę i zabrałam je z powrotem do domu. Super, w takiej wodzie świetnie się pierze.

Zrobiło się rześko i przyjemnie, zrobię sobie kawę i posiedzę na progu. Dzisiaj nic nie muszę i to jest wspaniałe.   🙂


 

 

 

5 thoughts on “Proste prawdy Marysi z leśniczówki…

  1. Nic nie musieć jest wspaniałością. Przyklaskuję i przytakuję.
    Po dziesięciogodzinnej pracy a przed położeniem się spać mam kilka godzin wolnych. Często tak wypełnionych swoimi zajęciami (czytaj: pisaniem i czytaniem), że marzy mi się właśnie taka sytuacja. Nic nie muszę. Siedzę, a myśli same się gdzieś szwendają. Patrzę i nie widzę. Fajne.
    Dużo takich chwil dla Ciebie, Marylo.
    Marysia dorobiła się mądrości, jakiej nie może zdobyć chyba większość ludzi. Pozazdrościć jej.

  2. Tak, to jest wspaniale! Takie chwile to mozna sobie uskladac na kupecke. Zeby kiedys w listopadzie siegnac po nie i sie usmiachnac pod wasem;) A jak ktos nie ma wasa? To pod kocim wasem!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *