Tylko spokojnie…

Tylko spokojnie…

14 października 2018

Taaa… Wczoraj napomknęłam żartobliwie o miłosierdziu szczególnych sąsiadów?

Nie wiem zresztą: czy to oni, czy może „zabawkowe żołnierzyki”, których odgłosy plastikowego strzelania słyszałam znowu z lasu pod domem Huberta. W każdym razie dobrą godzinę zajęło mi naprawianie zniszczonego płotu u siebie, kolejne pół – u Zosi. Nie ma jej, a dziki już zdążyły wejść i zryć jej pół podwórka za domem.

Wcześniej jakoś nie przyglądałam się ogrodzeniom, podziwiając kolory drzew i bezchmurne jak przysłowiowy dzwon niebo. Cieszyłam się, że u mnie nie ma buchtowiska. Dopiero idąc po orzechy aż przystanęłam z wrażenia.

Trzy przęsła płotu miałam wyłamane, ubłocone i rzucone w trawę. Jedno – częściowo tylko, przy orzechu, dwa całkowicie, po przeciwnej stronie podwórka, koło ogniska. Ktoś może powiedzieć, że dziki albo jelenie. Ale jeśli w tych ubłoceniach widnieją odciśnięte, stwardniałe kwadraciki charakterystyczne dla podeszew butów turystycznych lub kaloszy, to już na pewno wiem, że nie czworonóg. Te wszak wyjątkowo rzadko trapery zakładają. Bezsilna wściekłość sprawiła, że naprawiałam płot klnąc pod nosem ile wlezie. A waląc młotkiem w łebki nieszczęsnych gwoździ, wyobrażałam sobie bezmózgie łby wandali. No, może młotkiem bym ich nie potraktowała, ale mokrą rybą przez pysk? Chętnie. Żeby dobrze „siadło”. I na długo smrodem zostało. Technicznie kłopotliwe, ale efekt niezły.

Hubert – jak to Hubert. Głową kręci i ramiona rozkłada.

– Nic nie poradzisz!

Nie tylko w tym kraju przecież ludzie nie mają poszanowania dla cudzej własności, nie tylko u nas jest to wręcz społecznie akceptowane i traktowane z przymrużeniem oka. Ale z tymi pozostałymi krajami to my już utożsamiać się nie chcemy, oczywiste, że lepsi jesteśmy.

Smutne.

W ramach antidotum na tę gorycz zaserwowałam sobie pyszną kremówkę i kawkę na werandzie, słońce już schowało się za Groń i zza niego oświetlało jeszcze Grzebyk i czubek Wiśniowej. Pogaduchy ze Staszkiem przez telefon dopełniły sympatyczną scenkę i w efekcie mogłam położyć się spać z lekkim uśmiechem.

Miałam zamiar pospać do syta, ale ledwo świtało kiedy się ocknęłam na dziwny dźwięk. Jeszcze nie wiedziałam o co chodzi i gdzie jestem, coś gdzieś stukało. Usiadłam na łóżku, z ulgą zorientowałam się że jestem w domu i wsłuchałam w to stukanie. Weranda.

Cicho wstałam, chwyciłam aparat i podeszłam do okna, bezgłośnie starając się odchylić zasłonę. Na balustradzie nic nie widać, stuka bliżej schodów. Rozsunęłam więc wolno zasłony, podniosłam firankę i przykleiłam czoło do szyby.

Przy schodach siedziała śliczna, czarna wiewiórka, stukając trzymanym w łapkach orzechem o deski werandy. Energicznie przy tym machała puszystym ogonkiem w lewo i prawo, jakby zamiatała za sobą powietrze. O sensownym zdjęciu nie było mowy, mój naprawiony niedawno kompakcik za słaby jest na takie wyczyny, tym bardziej zza szyby. Przyglądałam się z uśmiechem pociesznemu brzdącowi, aż zeskoczył leciutko z werandy i zniknął gdzieś pod nią.

Otworzyłam okno, rześkie powietrze liznęło mnie przez twarz. Słońce było jeszcze za górami, ale niebo już je zapowiadało, jaśniejąc coraz bardziej i rozświetlając liście co wyższych drzew na zboczach. Zrobiłam sobie kawę, założyłam gruby polar i usiadłam na progu. Jaka cisza.

– Pyk, pyk, pyk, pyk, pyk, pyk, pyk… – znajomy plastikowy terkot strzelania rozniósł się znowu po lesie poniżej. Odpowiedział mu drugi, podobny. I trzaski łamanych gałęzi. Aha, „żołnierzyki”.

Tylko spokojnie… Po co te jasne cholery pałętające się natychmiast pod nosem? Wstałam, weszłam do domu i włączyłam sobie muzyczkę. W piecu napalę, przy otwartym oknie posiedzę, Kate Bush posłucham. O, właśnie za lipą zabłysnęło słońce, wytacza się powoli zza góry.

Dziś jeszcze poustalam z Hubertem co i jak, pakuję plecak i złażę. Groniem zejdę, jeszcze trochę górami jesiennymi się ponapawam. Tymczasem spokojnie celebruję piękny, niedzielny ranek.

I znowu przerwano mi celebrowanie, znowu jasne cholery pod nos podeszły. Młody, dobrze zbudowany mężczyzna wygramolił się z krzaków poniżej i mozolnie brnął w kierunku mojego płotu, nie zauważył nawet kiedy stanęłam z aparatem na werandzie i przyglądałam mu się w milczeniu. Ewidentnie miał zamiar przeleźć przez ogrodzenie! A a miałam zamiar to uwiecznić.
Dopiero kiedy był o metr przed jednym z naprawianych wczoraj przeze mnie przęseł, zatrzymał simę i rozejrzał dookoła. Najwyraźniej był zaskoczony moim widokiem, zaczął się tłumaczyć:

– Dzień dobry. Ja tu chciałem… drogą… myśmy przyjechali do tego pierwszego domu…

Wskazałam więc ręką za dom Kasi.

– Dzień dobry. Droga jest tam, za tym domem, a teraz proszę przejść te parę metrów dalej i ominąć mój płot, bo nie nadaje się do przechodzenia po nim! Moje podwórko nie jest i nigdy nie było na żadnej drodze.

– Dobrze… – wybąkał niepewnie i zaczął przedzierać się między krzakami jeżyn.

Grzecznie obszedł moje ogrodzenie i poszedł polami do pierwszego domu.
Hm. Byłam akurat na miejscu. Inaczej płot z pewnością znowu byłby połamany. Nieźle wkurzona wróciłam do izby, a kiedy po chwili wyszłam z kolejną kawulką na próg, spod werandy wyskoczyła jak z procy moja znajoma wiewióreczka. Nie sposób więc było się nie uśmiechnąć. Skacze po śliwce za płotem Kasi, zostawiłam jej wszystkie trzy orzechy znalezione wczoraj i weszłam jednak do domu.
Może sobie je weźmie. 🙂


9 thoughts on “Tylko spokojnie…

  1. Trzy orzechy. Prawie dużo nazbierałaś 🙂
    Marylo, a może są w sklepach ogrodniczych jakieś trutki na plastikowych żołnierzyków? Może nie od razu te ostateczne, ale sprowadzające porządną biegunkę niewątpliwie by się przydały…

  2. tez zawsze zachwycam sie wiewioreczkami, sa takie wdzieczne! Ale czarnej jeszcze nie widzialam…Na pewno sie poczestuje orzechami;)

  3. Przyznam, ze zaskoczyła mnie reakcja młodzieńca, bardziej spodziewałabym się czegoś w stylu ” i co się gapisz babo ( nie napiszę przymiotnika), bo różne się słyszy dość często. Dziwi mnie ciągle od dłuższego czasu też i to, że dziewczyny są bardziej zaczepne i wulgarne niż chłopcy. Mój balkon wychodzi na podwórko i aż trudno uwierzyć co można usłyszeć na placu zabaw. Smutne czasy dla ludzi z mojego pokolenia.
    Życzę tylko przyjemnych odwiedzin miłych i mądrych ludzi, trochę ich jeszcze zostało.

    1. Hm, aż taki „młodzieńczy” młodzieniec to nie był. 😉
      Wyglądał na jakieś 25 – 30 lat. Młody facet. Ale i mnie zdziwiła nieco jego potulność. Całkiem solidnej postury był i pewnie bym się obawiała, gdyby nie to że na co dzień pracuję z młodymi ludźmi. O różnych zachowaniach.
      Fakt, wśród tej „trudnej młodzieży” mam także dziewczyny, które „rzucają mięsem” o wiele śmielej niż chłopcy. 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *