Smutki i mgły poranne…

Smutki i mgły poranne…

3 listopada 2018

Ranek dziś już nie taki wczesny i słoneczny jak wczoraj. Niebo siwe od chmur, choć za lipą, dość wysoko już, pobłyskuje od czasu do czasu słońce. Chmury układają się horyzontalnie w zaokrąglone warstwy, wygląda to jakby olbrzymi bazyliszek wylegiwał się za górami i uchylał senną powiekę, ukazując wielkie, złote oko. O, znowu zasnął, pociemniało i powiało chłodem, mgła zaczyna pełzać doliną.

Pochowałam legowiska i zabawki Melki, tutaj też z każdego kąta zerka na mnie wspomnienie małej, wesołej iskierki o szarym futerku. Wszędzie jej nie ma, wszędzie spodziewam się tuptania jej wszędobylskich łapek. Tak lubiła obserwować podwórko z tego parapetu, potem jeden podmuch wiatru w trawie i szybki sus, już jej nie było. Szczęśliwy, młody kotek. Mnóstwo radości wniosła w nasz dom na ten krótki rok. Słowa Arka w ubiegłą sobotę brzmią mi nadal ponurym echem. Poszłam do lecznicy tylko uprzedzić, że nie wróciła na noc, pewnie wbiegła do czyjegoś domu za innym kotem, może ktoś zamknął ją niechcący na korytarzu albo w piwnicy? Może przyjdą coś powiedzieć? Może będą szukać właściciela? Ja teraz idę, popytam…

– Maryla, twoja kotka nie żyje. Miałem nadzieję że się mylę, że to nie ona, ale… jest u nas w chłodni. Wczoraj pod wieczór przyniósł ją facet, przyjechał z psem i widział jak Melkę zabiło auto, jakiś szaleniec pędził stówą żeby wybić się na progu zwalniającym…

Zginęła na miejscu, pewnie sama była zaskoczona. Zostało mi to ponure echo słów Arka i klucha w gardle. Wytrzepałam kocyk z parapetu, pogładziłam i włożyłam do pustego legowiska pod ławą.

Miałam dziś plan wwiezienia zapasów pitnej wody „marhikułem”, może jeszcze się uda. Deszcz padał w nocy, brzeg i poręcze werandy nadal są mokre. Tak czy inaczej, zejdę znów do doliny powędrować, wczoraj nie wypadało mi jakoś odmówić sąsiadom, tak serdecznie zaproponowali podwiezienie i w efekcie większość trasy przejechałam zamiast przemaszerować. Ze dwadzieścia deko pozostało do zrzucenia, dziś trzeba to koniecznie zrobić.

Odwiedziłam wczoraj Janeczkę, zapaliłam znicz na jej grobie w pobliżu brzozy. Zwykle opowiadam co nowego na Groniu, ale wczoraj ludzi pełno było, dzieci pokrzykiwały i jakoś nie było nastroju.

Kiedy stałam przy mogile starego Piotra i patrzyłam na ruchliwe płomyki w zniczach, nie mogłam opanować uśmiechu, przypomniała mi się moja pierwsza wizyta na tym cmentarzu z malutkim Krzysiem. Ciekawe, czy to jeszcze pamięta…

W skupieniu powtarzał za mną słowa modlitwy za zmarłych:

– … racz im dać, Panie… – mówiłam półgłosem.

– … racz im dać, Panie… – Krzyś powtarzał z powagą.

– … a światłość wiekuista niechaj im świeci…

– … a światłość rzeczywista niechaj im świeci…

Uśmiechnęłam się.

– Masz rację, to przecież „światłość rzeczywista”. Chodź, pójdziemy teraz na herbatkę do pani Izy, chyba troszkę zmarzłeś.

Te wczorajsze dzieci wcale nie były skupione, wrzeszczały i śmiały się głośno. Cóż, to już pokolenie Halloween, nie Zaduszek… Mnie jednak szkoda, że nasze piękne tradycje odchodzą, sami wolimy zastępować je tymi obcymi, bardziej atrakcyjnymi. Oczywiście, warto poznawać inne tradycje, ale po co od razu zastępować nimi te nasze? „Pawiem narodów byłaś i papugą…” – widać nadal aktualne, mistrz Słowacki dawno zauważył…

Za oknem tymczasem znowu pojaśniało, mgły oświetlone słońcem zwiewnie snują się za ostrymi czubkami jodeł i świerków, oszałamiający spektakl do uwiecznienia. W takich chwilach żałuję że nie mam dobrego, porządnego aparatu. Mój kompakcik nie odda tego co tu widzę…

Oj, to wczoraj przecież było Święto Zmarłych, a mnie się zupełnie poprzestawiało. Wczoraj wesoły, wcale nie refleksyjny dzień był, a dziś od rana wspomnienia, smutki i refleksje jakieś.

Zaraz zbieram się i schodzę, może mi się te poranne smutki rozwieją razem z mgłami. 😉


4 thoughts on “Smutki i mgły poranne…

  1. Nie wiem co napisać…. Na usta cisną mi się same niecenzuralne słowa… Może rozwalił się gdzieś tym samochodem? I tego mu życzę!

  2. Setka przy ograniczeniu do 20 ???? To jakis koszmar naprawde. A gdyby tak dziecko wbieglo za pilka???? Melka to tez kocie dziecko bylo jeszcze…. Gdzies czytalam, ze koty przychodza kiedy sa potrzebne, maja zadanie do wykonania i odchodza. One znaja powody, my niekoniecznie…
    Chyba sie powtarzam

Pozostaw odpowiedź Maryla Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *