Niespodziewane warsztaty terapeutyczne…

Niespodziewane warsztaty terapeutyczne…

16 grudnia 2018

Niedzielny ranek, na termometrze minus osiem. W domu już przyjemne, ciepłe powietrze, wcześnie wstałam i rozpaliłam w piecu. Tylko przy wychodzeniu do kibelka czuje się nieprzyjemne kłucie mrozu w podplecze…

Rena chyba jeszcze śpi, staram się więc chodzić szeptem po izbie.

Ależ zdziwiłam się wczoraj jej widokiem za oknem. Nieruchoma postać w zielonej zimowej kurtce z futerkiem wokół kaptura nasuniętego na głowę. Stała pod orzechem, opierając się rękami o przęsło mojego płotu i patrzyła na góry w lekkim, prószącym śniegu. Najpierw myślałam że to Zosia albo jej córka Ewa, widziałam u nich otwartą furtkę, ślady i lekki dym z komina.

Ale nie, coś mi nie pasowało. Kobieca postać stała tam zbyt długo, zaczęłam mieć wrażenie, że te przęsła płotu są jak poręcze mostu dla kogoś kto waha się czy skoczyć w dół. Głupie skojarzenie, ale okleiło mi głowę jak zimową czapą i nie dawało spokoju. Zdecydowałam się w końcu wyjść i zbadać sprawę.

Nie bardzo wiedziałam co zrobić, podeszłam więc z wiaderkiem do brzegu domu, wyrzuciłam z niego walcowaty kloc zamarzniętej wody, jakbym właśnie po to wyszła i przy okazji krzyknęła:

– Cześć Zosiu! To ty?

Postać odwróciła się do mnie i odpowiedziała:

– Cześć Maryla. Nie, to nie Zosia, tylko Rena.

Ucieszyłam się i odruchowo rozejrzałam w poszukiwaniu Jacka. Może na wózku? O kulach? Mieli tu pod lasem odbudować dom po Jaśkach, potem jakiś barakowóz postawić? Jacek miał wypadek, nie wiadomo było czy będzie chodził. Ale była nadzieja, ostatnio kiedy rozmawiałśymy przez telefon, miało już być dobrze…

– Rena? Cześć, co tu robisz w taką zimnicę? Wejdź na herbatę! – odstawiłam wiadro i poszłam otworzyć ruchome przęsło ogrodzenia.

Podeszła, wahała się przez chwilę po czym weszła jednak na moje podwórko. Twarz miała mokrą i zaczerwienioną, nie byłam pewna czy od śniegu i mrozu, czy od łez.

– Wiesz, może jednak pójdę, nie jestem w towarzyskim nastroju… – zawahała się znowu, kiedy weszłyśmy do izby i zobaczyła porozkładane na stole i krzesłach lampki świąteczne. Nawet ich nie zgasiłam, wychodząc.

– Nie przejmuj się, jestem sama, nie musisz nic mówić. Usiądź, napijesz się ciepłej herbaty i trochę się ogrzejesz.

Rzeczywiście, dłuższą chwilę nic nie mówiła, jednak nietrudno było domyślić się co się stało.

Postawiłam przed Reną parujący kubek i uściskałam ją tylko.

Nie rozpłakała się, patrzyła nieruchomo jak zbieram i zwijam na kartonik sznur z malutkimi lampkami. A ja, zwijając je powoli i uważnie, w głowie miałam istną galopadę myśli. Jak się zachować?! Coś powiedzieć czy nic nie mówić? Zapytać czy milczeć i poczekać aż sama będzie chciała rozmawiać? Pozwolić jej odejść czy jednak zatrzymać i starać się pocieszyć?

Włączyłam cichą muzykę. Gitara anatolijska rozbrzmiała słodko, dziwnie dopasowując się do wirującego białego pudru za oknami. W izbie dopiero robiło się cieplej, ja nadal miałam na sobie golf i  grubą bluzę.

– Muszę iść po drewno… – zaczęłam.

– Pomóc ci? – Rena odstawiła kubek i wstała z krzesła.

– Jeśli masz ochotę, to super. – uśmiechnęłam się z ulgą.

Nie potrzebowałam aż tyle drewna w izbie, nawet nie lubię kiedy zalega mi przy piecu, wolę przynosić na bieżąco w wiaderku, ale co tam. Skoro to może pomóc…

Rena zebrała szczapy do wiadra, ja – naręcze. Udając wielce zadowoloną, poukładałam je na blasze pod drzwiczkami piekarnika i z satysfakcją otrzepałam ręce.

– No, ekstra. To mamy do wieczora, dzięki. A może zjesz ze mną sałatkę? Niestety jest zimna, ale przywiozłam spory pojemnik.

– Taka jak ostatnio? – Rena uśmiechnęła się blado. – Z tuńczykiem i koperkiem?

– Tak? Częstowałam was nią? – zdziwiłam się i ugryzłam w język po wypowiedzeniu słowa „was”.

Zauważyła moje zmieszanie.

– To już prawie dwa miesiące. – powiedziała. – Nie dało się nic zrobić, nagle się wszystko pogorszyło.

Widać, że chciała jeszcze coś powiedzieć, ale westchnęła tylko i opuściła wzrok.

– Renata, tak strasznie mi przykro… – powiedziałam i uściskałam ją znowu.

– Ale ja nie jestem Renata, wiesz?

– Nie Renata? To znaczy? – zdziwiłam się.

– Rena. Tak mam w dowodzie. Mój ojciec tak mnie zgłosił do urzędu, tak zapisali. – uśmiechnęła się.

– A, to wybacz, myślałam, że to skrót od Renaty. To jak będzie z tą sałatką? Pomożesz w konsumpcji?

Pomogła. Nawet dała się namówić na kawałek ciepłego, podpieczonego dorsza i ryż do tej sałatki. Potem dorzuciła drew do pieca i zasiadła na niskim taboreciku wpatrzona w ogień.

– Fantastycznie jest przy tym piecu, powinnaś urządzać jakieś warsztaty terapeutyczne tutaj.

– Hm, już kiedyś ktoś miał taki pomysł, pewna sympatyczna Angielka uznała, że musi polecić mnie i tę chatkę swoim znajomym, bo właśnie fantastycznie spędziła tu dwa tygodnie i podobno odnalazła siebie. A przynajmniej odpowiedź na ważne pytanie. – przypomniałam sobie.

– I co? Poleciła?

– Tego nie wiem, ale nikt nie skorzystał i na pomyśle się skończyło. – uśmiechnęłam się.

Tymczasem w domu zrobiło się cieplej, za to za oknem stopniowo ciemniało. Cieszyłam się, że Rena nieco się rozruszała, zainteresowała się muzyczką którą włączyłam, nawet zaśmiała się myjąc talerze i kubki w sieni:

– Nigdy nie myślałam, że wejdę do lodówki zmywać naczynia!

Przyznam, że niepokoiła mnie narastająca ciemność za oknem. Nie chciałam spłoszyć mojego nagłego gościa, ale jeśli naprawdę musiała schodzić tego dnia?

– Rena, – powiedziałam w końcu. – Może zostaniesz u mnie do jutra? Jest prawie ciemno, w lesie tym bardziej. Tu są kołdry, śpiwory, czysta pościel, ręczniki i zapasowa szczoteczka do zębów. Możesz spać na tym łóżku, to kąt dla gości. Zapewniam, że wygodny.

Patrzyła na mnie w milczeniu, po czym uśmiechnęła się.

– Nie miałam śmiałości cię o to poprosić, ale chętnie zostanę. Jeśli naprawdę to nie kłopot.

– Kłopot? Co ty! Bardzo się cieszę!

– I… Maryla, dzięki że o nic nie pytasz.

Uff, kamień z serca.

Nie rozmawiałyśmy wiele, ale to milczenie wcale nie było kłopotliwe. Wieczorem śnieg przestał padać, więc posiedziałyśmy na werandzie, odziane w zimowe kurtki i owinięte kocami, z kubkami gorącej kawy zbożowej. Na ośnieżonej poręczy werandy stały dwa lampiony z zapalonymi świeczuszkami w środku.

– Wiesz, złapałam się na tym, że nie mam do kogo zadzwonić. – odezwała się nagle Rena. – Moja siostra płacze już na sam mój widok albo głos, a znajomi powtarzają, żeby dzwonić jak będę czegoś potrzebować. I chyba… tylko wtedy. Chciałam przyjechać tutaj, pomyśleć. Już tydzień temu, ale zepsuł mi się samochód.

– Tydzień temu mnie tu nie było, nie spotkałybyśmy się. – zauważyłam.

– Cóż, widać tak miało być. A mieliśmy takie plany… jakie to wszystko kruche. – mówiła Rena do siebie bardziej niż do mnie. Słuchałam więc.

Dziś jeszcze zjemy śniadanie, a potem Rena podrzuci mnie do Bielska. Auto zostawiła w szopie u krewnych w Modrzewisku, nie będzie trzeba nawet odśnieżać.

A ja tymczasem jeszcze posiedzę na progu, kawulkę w zamyśleniu pocelebruję…


10 thoughts on “Niespodziewane warsztaty terapeutyczne…

  1. Chodzić szeptem. Cudne. Jesteś mistrzynią w tworzeniu takich określeń.
    A o opowiedzianej historii nie wiem co napisać. Wszystkie słowa wydają się niewłaściwe i banalne.

  2. Kochana Maryl!
    Jestes najlepsza terapeutka na swiecie. Zawsze wiesz co powiedziec. I co napisac. To chyba powolanie?
    Dzieki, ze jestes.

    1. Ooo, to zdecydowanie mnie przeceniasz, Moniko.
      Nigdy nie wiem co powiedzieć, zwykle dopiero po czasie wpadam na to, co i jak powinnam zrobić, jakich słów i argumentów użyć.
      Ale czasem chyba ważniejsze jest samo pobycie przy kimś, a nie słowa.

  3. Witam.
    Wszyscy wiemy, że człowiek rodzi się by finalnie umrzeć ….
    Z narodzin wszyscy się cieszą, ale czy ktoś potrafi nie uronić łzy w momencie śmierci bliskich osób …? Znam już to uczucie i wiem, że koleżanka musi sama uporać się ze stratą swojego Jacka. Dobrze, że ma kogoś z kim może wspólnie pomilczeć, może spędzić kilka chwil. Wyrazy współczucia dla koleżanki . A dodatkowo życzę spokojnych i zdrowych Świąt Bożego Narodzenia. Janusz

    1. Dzięki za te słowa, Januszu.
      Rena właściwie nie jest nawet moją koleżanką, wcześniej widziałyśmy się dwa razy w życiu. Ale fakt, czasem i z obca osoba można życzliwie pomilczeć i odpocząć…

  4. Nie wiem jak to napisać……Ale jakoś tak potrzebowałam tego tekstu…….wiem dziwnie to brzmi ale ….kruchość życia to to, o czym myslimy i rozmawiamy- plany, oczekiwania i……pstryk…….wszystko legnie w gruzach….Kartosa Bóg ocalił, uratował z tak strasznego wypadku – rekonwalescencja trwa – pozbieralismy się trochę i nagle zaraz odchodzi mama- nagle w ciągu kilku minut….. ból, żal. Życie jest kruche…tak kruche , że aż boję się go teraz dotykać……Rozumiem Renę ….bardzo rozumiem- trzeba żyć…..dalej żyć- ja patrzę na tatę i pytam sama siebie jak on ma żyć teraz mając 86 lat po 56 latach małżeństwa …..staram się jak mogę…..chodziłam, podtrzymywalam na duchu…..I cóż życie nie może być zbyt proste – jeden upadek na oblodzonych schodach i złamałam nogę w kostce…..
    Jakże trzeba być silnym zeby żyć………..
    Serdecznie pozdrawiam Cię Marylo i uściskaj ode mnie Renę….Tak po prostu bez słowa……

    1. Tak mi przykro, Dosiu. Strasznie to trudne wszystko. Zdumiewające, że takie wydarzenia nadchodzą seriami…
      Trzymaj się, w końcu słońce wychodzi zza chmur i po najgorszej nawałnicy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *