Śnieg pięciolecia… ;-)

Śnieg pięciolecia… ;-)

2 lutego 2019

Krzych z kolegami wyjechał do Chatki na weekend, wczoraj po pracy (a raczej po lekcjach) pomogłam im organizować parking w Modrzewisku, co okazało się nie lada wyzwaniem.

– Mamo, u pani Grażyny się nie da, bo „niełodkidane”. – wyjaśnił Krzyś, prosząc mnie o załatwienie numeru do Kazka po sąsiedzku. – Podobno śniegu wzdłuż drogi po głowę!

– A nie możecie „łodkidać”? – spytałam ze śmiechem. – Trzech chłopa was będzie.

– To chyba śnieg pięciolecia! – usłyszałam już zza drzwi łazienki.

Aaa, to wszystko jasne: najpierw warstwa po kolana poleżała, „siadła”, przymarzła. Nim zdążyła stopnieć, napadało kolejną taką warstwą, zgęstniało, przymarzło. I kolejna, i kolejna. Nawiane zaspy – rzeczywiście sięgają czubka głowy.

Kiedy w mediach pojawiają się zdjęcia aut zasypanych po dach i takich kilkumetrowych zasp przy drogach, okraszone hasłami „Zima stulecia!”, to zauważamy że jakieś pięć lat wstecz było bardzo podobnie. Zdziwiona słucham znajomych twierdzących z przejęciem:

– Takiej zimy to ja nie pamiętam, tyle śniegu to jeszcze nie było!

Cóż, pewnie takie rzeczy się po prostu zapomina, kiedy już miną. Ale około pięć lat temu też brnęłam w śniegu po uda (a był dużo głębszy!), wchodząc na Groń. I kilka razy wcześniej.

Krzyś też pamięta te nasze śnieżne przeprawy i kilka „zim stulecia”, słuchamy więc wieści o takowych z przymrużeniem ucha. Ale zimy w górach nie lekceważymy nigdy, wypadek Eliasza sprzed lat pokazał nam jak niewiele trzeba żeby stracić życie w takich warunkach. Nie tylko w potężnych Himalajach, ale także w naszych łagodnych, poczciwych Beskidach.

Z ulgą więc odebrałam przed północą wiadomość, że Krzysiek z kolegami dotarł właśnie na Groń i rozpala ogień w piecu. Wejście na górę kosztowało ich niemało wysiłku, latarki „czołówki” spisały się na wawrzyn, saperki też okazały się w paru miejscach niezbędne, ale po dwóch godzinach pokonali kilometrowy dystans od samochodu do Chatki.

Wynik całkiem niezły, w podobnych warunkach zdarzało mi się pokonywać tę samą trasę w trzy godziny i dłużej.

Komuś kto taki śnieg widział tylko na zdjęciach i nigdy nie musiał się z nim zmagać, trudno sobie chyba wyobrazić, jaka to potęga.

– Maryl! – zachwycała się kiedyś Kalina, spoglądając przez okno Chatki. – Tutaj jest jak w bajce! Chodźmy na Wiśniową do źródełka, pobiegajmy po tym cudnym śnieżku!

Krzyś, jakoś siedmioletni wtedy, spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem.

– Ciociu, ale po tym śniegu nie da się pobiegać… – zwrócił się do Kaliny. – jest strasznie gęsty i będziesz go miała po pas!

– Oj, tam, wczoraj weszliśmy bez problemu, ten śnieg taki bielutki i puszysty…

– Krzyś ma rację, Kala. – stwierdziłam. – Weszliśmy, bo ścieżka jest wydeptana. Biegać się nijak nie da. Ale możemy spróbować przejść się po wodę na Wiśniową. Ale wyjść musimy już, żeby zdążyć wrócić przed nocą.

– Żartujesz! – zaśmiała się moja przyjaciółka. – To którędy ty chcesz iść? Górą, za domem Janki, jest przecież bliziutko, obrócimy w godzinkę!

Kalina przyjechała do nas dopiero poprzedniego dnia, my byliśmy już wtedy dłużej, wiedziałam więc jak ciężko chodzi się nawet po wydeptanym śniegu, a ścieżka na Wiśniową była zupełnie nieprzechodzona.

– To ja wezmę łopatkę – zaofiarował się Krzyś.

– Raczej wszyscy musimy wziąć łopatki, musimy też zrobić ochraniacze na nogi. – zawyrokowałam.

Dobre pół godziny trwały nasze przygotowania do wyjścia, wdzialiśmy wełniane swetry, czapki i rękawice, a nogi poowijaliśmy folią z worków na śmieci. W świetnych humorach i pełni zapału zaopatrzyliśmy się w butle na wodę, zamknęliśmy dom i dziarsko wyruszyliśmy w kierunku sąsiedniej góry.

To znaczy… staraliśmy się wyruszyć. Rakiety śnieżne byłyby dobrym rozwiązaniem gdyby nie nachylenie stoku, to już wcześniej testowaliśmy i trzeba było z nich zrezygnować. Nogi jednak zapadały się zbyt głęboko żeby normalnie iść. Cóż, trzeba było użyć łopatki. Mieliśmy tylko dwie „porządne”, mnie z konieczności dostała się zwykła plastikowa szufelka, z której po kilku zamaszystych ruchach pozostał mi w ręce jedynie żółty trzonek. Reszta pękła i rozpadła się na kawałki. Zebrałam je i zawróciłam, pocieszając się:

– Skoro jeszcze nie odeszliśmy daleko, zaniosę to od razu z powrotem do domu i wyrzucę.

Po chwili wróciłam z deską do krojenia, Kala i Krzyś odeszli w tym czasie o jakieś pół metra dalej, dzielnie kopiąc tunel przed sobą.

– Hej, deska zdecydowanie lepiej się do tego nadaje! – ucieszyłam się, kiedy moje nowe narzędzie zbierało bez trudu spore kawały gęstego śniegu.

Hm, moje narzędzie – bez trudu. Czego już nie można było powiedzieć o mnie. Po chwili czułam już ból mięśni ramion, Kala zresztą też zaczęła narzekać:

– Kurczę, może zróbmy jakoś zmiany: dwójka kopie, jedno odpoczywa, i tak kolejno.

– Świetna myśl! – ucieszył się zziajany Krzyś. – To mogę pierwszy odsapnąć? Skoro jesteśmy blisko domu, to wrócę się czegoś napić, dobrze?

Chwilę pracowałyśmy we dwie, przekomarzając się, potem Kala miała swoja chwilę odpoczynku (oczywiście, „skoro byliśmy blisko domu”, zawróciła po coś), a ja pogłębiałam drogę z Krzysiem. W końcu przyszła kolej na mój odpoczynek, starłam chusteczką pot z czoła i zerknęłam na zegarek.

– Hej, wiecie, że już tak półtorej godziny kopiemy? I nadal jesteśmy blisko domu!

Kala wyprostowała się i zdmuchnęła grzywkę z oczu. Też była spocona i wyraźnie zmęczona całą wyprawą. Śnieg w tym miejscu sięgał nam niemal do ramion, rozejrzeliśmy się i ogarnęła nas wesołość.

– Przecież my ledwie doszliśmy za ogród Janeczki! – chichotała Kala. – To jakieś piętnaście metrów na godzinę, w takim tempie do jutra nie dojdziemy na Wiśniową!

– To może zamiast tego ulepimy bałwana? – zaproponował Krzyś. – Albo igloo?

– Obstawiam bałwana. – zgodziłam się, zbierając plastikowe butle z dna wykopu.

– Ja też. – przytaknęła Kalina. – Ale może tak po obiedzie? Teraz to ja nic nie ukułam temi biednemi ręcami…

Umęczeni i spoceni, z twarzami zaczerwienionymi od mrozu i wysiłku, zawróciliśmy do domu. Odkleiliśmy i poodwijaliśmy folię ze spodni, poustawialiśmy puste butle pod stołem w sieni, zdjęliśmy kurtki, rękawice i czapki. Jak milo było wejść do ciepłej, suchej izby. Wystarczyło podłożyć szczapę, żeby ogień w piecu rozpalił się na nowo, natychmiast nastawiłam wielki gar wody do mycia.

Kalina podeszła do okna i stwierdziła ze śmiechem:

– Patrzcie, a takie to białe cholerstwo niewinne i urocze przez okno! A człowiek jak w pułapce: nie dotrze nigdzie, choć tak blisko.

– Ale miałaś rację ciociu, prawie obróciliśmy w godzinkę! – pocieszył ją Krzyś.

Humory dopisywały nam i tak, przemrożona woda ze studni była całkiem zdatna do picia, a do mycia użyliśmy stopionej „śniegówki”. Dopiero następnego dnia ulepiliśmy bałwana, miał za to dwa metry wysokości i dorodną marchewę zamiast nosa, a na głowie stary durszlak. Piękny był.

No, nic. Wracam do mojego biurka i wypracowań uczniów. Mam tu dwadzieścia trzy do poprawienia, jedno – to jakieś piętnaście minut, więc nudzić się nie będę.

Chłopaki walczą dziś trochę ze „śniegiem pięciolecia” na Groniu, mnie przy wchodzeniu będzie łatwiej. Kasia też przyjeżdża, umówiłyśmy się już na pogaduchy przy „piesku”.

Hurra, jeszcze tylko tydzień do urlopu! 🙂


 

7 thoughts on “Śnieg pięciolecia… ;-)

  1. Można jeszcze wypróbować dla zabicia czasu: łyżkę do spagetti, durszlak, praskę do ziemniaków, krajarkę do pizzy, tłuczek, pokrywkę oraz (wersja dla zamożnych) Thermomix

  2. Pobiegać sobie po śniegu. Fajne. Jak i wasz humor po śnieżnej przygodzie.
    Znajoma mówiła mi o turystce zdziwionej nieodśnieżeniem szlaku w Karkonoszach, ale jak czytam, i u was w Beskidach drogowcy (czy goprowcy?) też się nie spisali. A wystarczyłoby raz puścić na Wiśniową tę wielką maszynę wydmuchującą śnieg i po kłopotach… 🙂

  3. Trzymam kciuki, żeby ten tydzień szybko Ci zleciał!!!

    Ps: Może zakupisz w dolinie jakiś specjalistyczny sprzęt do tego „śniegu stulecia”?
    Mam na myśli stolnicę – zawsze to większe od deseczki:)

  4. Nawet kuchenne wynalazki nie pomogly na taaaki snieg;)
    A tydzien szybko zleci (juz bardzo niecaly;). Pieknego urlopu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *