Oj, tupnęła nóżką Pani Zima… ;-)

Oj, tupnęła nóżką Pani Zima… ;-)

20 lutego 2019

Nareszcie!

Herbata paruje z kubka i pachnie cytrusami, stopy już suche i ciepłe po wymoczeniu w gorącej wodzie z solą z lubością rozpychają mi się w wymoszczonych futerkiem bamboszach.  Sałatka z tuńczykiem smakuje wybornie, ogień trzaska w piecu a termometr ochoczo wypycha rtęciowy paseczek ku górze.

Dziś nawet nie potrzeba mi muzyki, wystarczy to wesołe trzaskanie palącego się drewna. Jest cudnie.

Wchodziłam dość długo, ale nie było tak źle jak się spodziewałam. Śniegowo-lodowa skorupa  zalega na wysokość pół metra, miejscami zanika, gdzie indziej z kolei wypiętrza się i na metr. Nad głową szare, nisko zwieszające się poduchy chmur, czasem rzednące i ukazujące blady błękit w oddali. Na ścieżce pojedyncze ludzkie ślady i sporo zwierzęcych. Szłam bardzo ostrożnie, starając się trafiać w zagłębienia po czyichś butach, tam podłoże jest bardziej ubite, mniejsza szansa zapadnięcia się po uda.

Chata po „głupim Staśku” zawaliła się już kompletnie, na Wiśniowej też podobno „siadła” jedna z chałup, ostatniego lata wyremontowana na cacuszko.

Ambona przy ścieżce się zawaliła, drzew połamanych też kilka minęłam. Nie ma co, tupnęła nóżką Pani Zima…

Jak się spodziewałam, droga powyżej strumyka była już mniej wydeptana i mocniej ośnieżona. Parę razy tętno podskoczyło mi niebotycznie, kiedy nogi zapadły mi się po same uda, a to prawa, a to lewa. Niby nic, ale łatwo coś zwichnąć lub skręcić. Odpoczywałam więc co parę kroków, szukając najbezpieczniejszego i możliwie najpłytszego  przejścia przez śniegowe skorupy. Zresztą, gdzieniegdzie te skorupy okazały się mocno zmiękczone, śnieg w tych miejscach mokry i lepki, więc nogi zapadały się głęboko raz za razem.

Przy „Bramie Mocarnych” – prawdziwa ulga: zero śniegu na drodze. Pokręciłam się, podeptałam z przyjemnością po brązowej, wilgotnej ziemi, zanim znowu zagłębiłam stopy w biało-przezroczystej mazi zalegającej na śliskiej skorupie. Zrobiłam parę zdjęć i wysłałam Kasi, żeby wiedziała czego jutro ma się spodziewać, przyjeżdżając.

Na szczycie Gronia już, kilka razy zapadłam się w niespodziewane podśnieżne błoto, mając natychmiast nieprzyjemne wrażenie zimnej wilgoci w bucie. Nic to, byle do domu.

Nie było też dla mnie niespodzianką, że furtka zakleszczona jest w grubej, twardej masie, nie sposób ją ruszyć i otworzyć, przerzuciłam więc plecak i torbę na podwórko i sama przelazłam przez płot. W tym akurat miejscu nienaruszony, ale większość przęseł wymaga wymiany lub naprawy, mnóstwo szkód wyrządziła ta zima naszym ogrodzeniom. U Kasi, Huberta i Zosi też sporo połamanych żerdzi, słupków i sztachet. Niewesoło to wygląda, dziś jednak nie będę się tym zajmowała, zostawiam na jutro. Zosia zmartwiła się nieco płotem, ale z ulgą odetchnęła słysząc o bezśnieżnym dachu, Kasia przyjęła wieść o zniszczonym płocie wręcz na wesoło:

– Przynajmniej nie będę musiała górą przełazić, jak ty! Brama i furtka u mnie z pewnością zasypana!

Jak wspaniale było wejść do suchego domu! Z uśmiechem otworzyłam grube drzwi izby i… odskoczyłam z wrażenia. Smród gnijącego jedzenia buchnął mi w twarz i na chwilę zupełnie odechciało mi się uśmiechać.

No, tak. Krzyś uprzedził mnie, że Szymon zapomniał zabrać worek ze śmieciami, zostawił w kuchni otwarte wiadro a w nim wyrzuconą resztę spaghetti bolognese… Dodam, że reszta owa zajmowała niemal pół worka, Szymon ugotował obiad jakoś tak dla batalionu wojska. Po dwóch tygodniach stało to nadal na środku kuchni i cuchnęło. Nie przemieszczało się jednak samodzielnie, więc wstrzymując oddech zawiązałam błyskawicznie worek, wrzuciłam do kolejnego worka i wyniosłam do sieni. Izbę i tak musiałam wywietrzyć, niezastąpione kadzidełko sandałowe dopełniło dzieła i po smrodzie spaghetti pozostało jedynie wspomnienie i lekkie wyrzuty sumienia Krzycha.

Za oknem – kontrast bieli z czernią i szarością, łagodzony nieco przez wycinanki gałęzi na tle błękitno-popielatego nieba. I maźnięcie pomarańczowawego blasku w miejscu gdzie za lasem schowało się słońce. Jaki tu spokój.

Przydałoby się odkurzyć podłogę, chłopcy ostatnio nie mieli wiele czasu na sprzątanie, ale dzisiaj nie będę burzyć tej ciszy. Posiedzę, nacieszę się nią. Jutro posprzątam, jutro naprawię trochę płot, jutro też zejdę do Modrzewiska odwiedzić Martynę i pomaszeruję do sklepu. Po cokolwiek. Byle przejść te kilkanaście kilometrów oddychając górskim powietrzem i zamieniając kilka sympatycznych słów z mniej lub bardziej znajomymi sąsiadami.

Jak dobrze być w domu.  🙂


2 thoughts on “Oj, tupnęła nóżką Pani Zima… ;-)

  1. Czytam Te Twoje zimowe opowieści i …….
    Ja chyba ostatni raz tak brnęłam w śniegu ze 40 lat temu 🙂
    U nas wiosna , kwitną przebiśniegi, ranniki, ciemierniki i krokusy. Trawka zielona, drzewa zmieniają już barwę, pąki nabrzmiałe, leszczyna i brzoza ma coraz dłuższe kwiatostany.
    I muszę przyznać, że wolę ten swój klimat 🙂
    Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *