Zmagania z białym puchem… ;-)

Zmagania z białym puchem… ;-)

21 lutego 2019

Uff, parę godzin niezłej „siłki” za mną. Ręce jeszcze trochę mi się trzęsą, nienawykłe do łopaty. Ale jakoś dam radę wypić parującą herbatę, pachnie bosko. Może nie powylewam.

Nie zrobiłam dziś wszystkiego co radośnie wczoraj zaplanowałam, ale i tak zadowolona jestem bardzo. Większość przęseł płotu jest na swoich miejscach, połatana mniej lub bardziej solidnie. Izba i sień do czysta poodkurzane, nowy sprzęt wsysający paprochy spisał się na medal. Musiałam to zrobić rano, równie mocno mierziły mnie połamane kantówki jak brud na podłodze.

Przed południem, zmęczona ale pełna zapału zaopatrzyłam się w materiały przygotowane dla Martyny, opatuliłam nogi workami aż do kolan, zarzuciłam torebkę przez ramię, do plecaka wtłoczyłam szczelnie zamknięte nieszczęsne spaghetti do wyrzucenia u Prasków i zamknęłam dokładnie dom. Ciesząc się słońcem wyglądającym co chwila zza chmur, podążyłam w stronę furtki.

O, kurczę. Furtka!

Stanęłam na środku pokaźnej śniegowo-lodowej górki i przypomniałam sobie dopiero, że tędy przecież nie wyjdę! Furtka zakleszczona jest do połowy wysokości w twardej skorupie i nijak nie da się otworzyć.

Rozejrzałam się więc uważnie i wykonałam powtórkę wczorajszego przejścia: przerzuciłam plecak na drugą stronę i przegramoliłam się przez płot, próbując uniknąć zadrapania ostrymi, suchymi gałęziami przytwierdzonymi do słupków ku ochronie przed jeleniami. Akurat pochylona, w pozycji półhoryzontalnej gramoliłam się między płotem a gałęziami, kiedy zaczął mi dzwonić telefon.

Nie wiem dlaczego tak mnie rozbawiła ta sytuacja, głośno parsknęłam śmiechem i zakrzyknęłam:

– Oddzwonię!

Na szczęście nikogo w pobliżu nie było. Po chwili ekwilibrystyki przeszłam, ale uznałam, że zamiast dłuższej wędrówki doliną zafunduję sobie jednak „siłkę” w postaci odkopania ścieżki i furtki. Cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze. Nie mogę wiecznie przełazić przez płot, a na stopnienie tego białego cholerstwa nie ma co liczyć, od jutra zapowiadają znowu mrozy.

Hm, może to i lepiej, tą topniejącą gdzieniegdzie mroźną breją szło się fatalnie. Nogi zapadały mi się w najmniej spodziewanych miejscach, a ciamkające błoto pod śnieżną skorupą wciskało się w każdą szpareczkę buta.

W „Bramie Mocarnych” przystanęłam i oddzwoniłam do Gabrysi. Dłuższy temat, pogadamy jednak wieczorem. Opowiedziałam jej tylko w jakiej pozycji zastał mnie jej telefon, obśmiałyśmy scenkę i poszłam dalej.

Dobrze, że zabrałam ze sobą zapasowe skarpetki i worki. Kiedy Martyna przeglądała ćwiczenia i wyjaśniała mi swoje wątpliwości, ja chwilę siedziałam ze stopami wsuniętymi między żeberka grzejnika, a potem już nasunęłam na nie ciepłe, suche skarpety. Na stopy oczywiście, nie żeberka.

Wchodziłam z powrotem na Groń jeszcze dłużej niż wczoraj. Ale te kilka stopni na plusie zrobiło swoje, całkiem sporo śniegu zdążyło stopnieć na brzegach ścieżki. Słońce jednak zdecydowało się chyba zdrzemnąć po obiedzie, wchodziłam znowu pod siną poduchą chmur.

Nie narzekałam jednak ani biadoliłam, co to to nie. Z lasu słychać było świergolenie i nawoływanie ptactwa, dałabym głowę, że i strumyk wesoło pędził kamieniami w dół. Postałam trochę przy zwalonej jodle, teraz już widać gdzie upadła jej potężna korona. Droga niełatwa, ale i tak gębula mi się uśmiechała.

Już w domu, po kolejnej wymianie skarpet i worków, wdziałam wysokie kalosze i wyruszyłam z ostrym szpadlem na odkopanie furtki. Ot, kawałek ścieżki na jakieś dziesięć metrów, a walczyłam bitą godzinę. Nie wystarczyło wbić łopatę i odsypać śnieg, o, nie!  Musiałam wykopywać całe bloki lodowo-śniegowe i odrzucać je dopiero rękami na bok. Niewiarygodnie ciężkie to diabelstwo. Gdzieniegdzie skorupa była już tak twarda, że mocno musiałam się natrudzić, żeby w ogóle wbić w nią szpadel.

Za to teraz wychodzę co jakiś czas i spoglądam z dumą na swoje dzieło, choć kompletnie nie widać, ile wysiłku mnie to kosztowało. Ha! Tylko ja wiem i w mięśniach czuję.

Kasia przełożyła przyjazd na jutro, liczy na łatwiejsze dojście. Hm, przynajmniej nie zobaczy mnie przełażącej okrakiem przez płot.    😉


2 thoughts on “Zmagania z białym puchem… ;-)

  1. Zrobiłam sobie krótką przerwę w sprzątaniu mojego M-2 i przeczytałam Twoją „walkę z odgruzowaniem” a raczej „odlodzaniem” furtki i jakoś weselej mi się zrobiło na duszy 🙂
    Twoje opisy wprawiły mnie w dobry humor – oby utrzymał się jak najdłużej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *