Poranne kaprysy Aury… ;-)

Poranne kaprysy Aury… ;-)

22 lutego 2019

Ranek, a ja nie na progu.

Siedzę z kawulką, owszem, ale przy stole, spoglądam za okna to jedno, to drugie, ale wychodzić mi się absolutnie nie chce. Z ciemnoszarego nieba leci białe paskudztwo razem ze strugami deszczu. Całą noc tak leciało.

Wczoraj sporządziłam listę zakupów, ochoczo zaplanowałam sobie na dziś pyszny obiad: kawałek pieczonego łososia z sosem cytrynowym, do tego gotowane warzywa: kalafior, brokuł, papryka, fasola szparagowa. Mniam. Do tego pomarańcze, banany… o, i te wielkie jabłka, jak nic kupię ze dwa kilo, od środy zostało mi tylko jedno. Ha, z warzywniaka u Brańskich zwykle wychodzę z ciężkim plecakiem i lżejszym portfelem, dziś nie będzie inaczej. Dobrą zieloną herbatę jeszcze muszę dokupić, po wizycie chłopaków została marna resztka.

O trzeciej nad ranem wstałam, zarzuciłam polar i wyszłam do kibelka. Już w sieni zdziwił mnie szum deszczu na zewnątrz, w izbie go nie słychać. Nadal pada?! Sądziłam, że ta wczorajsza woda z nieba to chwilowy kaprys, cieszyłam się nawet  że zmyje mi resztki zamarzniętej skorupy uparcie trzymającej się ondulinowego dachu. Ale bez przesady, nie do rana! W dodatku zerwał się paskudny wiatr, od siekącej skośnie fali deszczu ciągnął nieprzyjemny, wilgotny ziąb.

Jak miło było wrócić do cieplutkiej izby, zanurzyć się w miękką pościel i otulić kołdrą. Ale sen wrócić już nie chciał. Leżałam więc w ciemności, od czasu do czasu zmieniając położenie, zapatrzona w jaśniejące prostokąty okien. Zegar tykał ze stoickim spokojem, uznałam więc, że i ja nie mam powodu do zmartwienia. Zasnę czy nie, rano przecież i tak nie muszę iść do pracy. A do południa pewnie przestanie padać, pewnie cała ta skorupa, podlana teraz sowicie, nie zamarznie w planowanej temperaturze minus sześć, na drodze pewnie wcale nie zrobi się lodowisko i pewnie cudownie będzie mi się szło do samej Milówki!

Oczywiście, do rana nie zmrużyłam oka, wyobrażając sobie schodzenie oblodzoną drogą. Kiedyś na takie sytuacje miałam przygotowane kijki narciarskie, ale od dawna nie były mi potrzebne. Gdzie ja je, u licha, schowałam?! Bez tego raczej nie dam rady zejść.

Ledwie świtało, kiedy przejrzałam z latarką komórkę za sienią i rzuciłam okiem na strych. Kijków ani śladu, pewnie po prostu zniknęły podczas jednego z włamań a ja nawet nie zauważyłam.

Istna zadymka dzieje się na Groniu. Z nosem przy szybie obserwuję biało-amarantowe brzozy na brzegu lasu chybocące się jak wahadła zegara, suche gałęzie orzecha gną się i podskakują jakby im dyrygowały. A wiatr świszczy i wyje tę swoją zimową piosenkę, uderzając mi w okna garściami mokrego śniegu. Wzruszam więc ramionami:

– No, dobra. Tańcz sobie, ja poczekam.

Może do południa się uspokoi? Jeśli nie, to zrezygnuję z wyjścia i łososia z warzywami na obiad. Sałatka z tuńczykiem mi wystarczy. Gorzej ze spacerem. Samotności i ciszy potrzebuję, to prawda, ale wędrówki tymi moimi ukochanymi drogami także. Cóż, obchód osady i tak muszę zrobić, obiecałam wczoraj Kostkowi sprawdzić jak trzyma się jego weranda. No i pewnie do Kasi na pogaduchy się wybiorę. Jeśli dotrze, rzecz jasna.

Ale może wietrzysko się „wypstryka”? Może deszcz i śnieg dadzą sobie spokój, Pani Aura przyśnie i skorzystam z jej chwilowej nieuwagi?     😉


6 thoughts on “Poranne kaprysy Aury… ;-)

  1. Czy masz jakies zapasy na czarna godzine? Suchary, charna kawa, czakolada? Bo gdybys tak kilka dni nie mogla wyjsc?

  2. Aż trudno uwierzyć. U mnie od rana wprawdzie mroźno, ale świeci słonko. Zawieruchy ze śniegiem i deszczem nie chcę. Brrr.
    Aura jednak ma swoje plany. Widocznie musi się wypadać deszczowo i śniegowo.

  3. Poczekaj jeszcze trochę, może się rozjaśni. Warzywka na obiad są kuszące…. Może jednak opróżnisz dziś portfel 🙂
    U mnie przestało padać i gdzieniegdzie widać błękit. Ale zimny wiatr dalej hula:(
    Pozdrawiam cieplutko:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *