A przydałby się kilof… ;-)

A przydałby się kilof… ;-)

23 lutego 2019

Tym razem ranek rozpoczął dzień jak należy: błyskaniem słońca spomiędzy gałęzi lipy za płotem Kasi, świergotaniem ptaków z lasu i bezchmurnym błękitem nieba. Wszystko od razu nabrało kolorów, kory drzew przestały być czarne i śliskie, nabrały wielobarwnej szarości. Ule za szopką Józka odzyskały swoje zieloności i czerwienie, a śnieg zrobił się złotawy i razi blaskiem w oczy przy zbyt długim patrzeniu. O, tak, dziś już poranna kawulka musiała odbyć się na progu. Miałam nawet ochotę pośpiewać, siedząc tak w kokonie z wełnianego koca, ale – zrezygnowałam… 😉

Wczoraj nie udało mi się nigdzie wywędrować, wiatr uparcie chłostał ostrym, mroźnym powiewem kiedy tylko wychodziłam z domu. Obchód osady jednak zrobiłam, choć nie wszędzie dotarłam. Między domami Kostka i Kasi natrafiłam na zaspę wysokości ponad metr, śnieg zjechał z obydwu dachów i zatarasował drogę. Usiłowałam przedostać się górą, ale powierzchnia tego przydomowego lodowca była śliska i niepewna, zamarznięta warstwa gdzieniegdzie ustępowała pod moim ciężarem i nogi zapadały się nagle bardzo głęboko. Łatwo o skręcenie czy nawet złamanie w takich warunkach, uznałam więc że nie będę ryzykować. Nie dotarłam do werandy Kostka. Przeszłam za to „Zadomiem” nad chatami Mateusza i Zosi, obeszłam malowaną chatę. Niebo już wtedy robiło się błękitne, ale wichrzysko skutecznie zniechęcało do spaceru, więc szybko wróciłam do swojej ciepłej, suchej izby, natychmiast nastawiłam wodę na herbatę i założyłam wełniane skarpetki które wcześniej przewidująco zawiesiłam nad piecem. Mhmmm, jak miło…

Kasia jednak nie przyjechała,  i ją to samo wichrzysko zniechęciło. I zwiększająca się ilość stopni poniżej zera. Szkoda, miałam nadzieję na dłuższe pogaduchy przy kawce albo przy „piesku”.

Pogadałam za to z Krzysiem i z Kaliną przez telefon, Internet poprzeglądałam, po czym zabrałam się ochoczo za rąbanie drewna przed domem. Na przekór mroźnemu wiatrowi, zaczęłam wyśpiewywać:

– „Wieeele dni, wieeele lat, czas nas uczy pogooody. Zaplącze drogi, pomyli prawdy…”

Bardzo lubiłam tę piosenkę, pani Łobaszewska ją chyba śpiewała. Może nie bardzo pasowało to do ciupania siekierą, ale co tam. Podśpiewywałam ile wlezie i wesoło przerzucałam gotowe szczapy na próg, kiedy zza domu usłyszałam wyraźnie jakieś głosy: męski i kobiecy. Ktoś ewidentnie się zbliżał, ale głosy były mi nieznane. Trochę głupio mi się zrobiło, że tak wyśpiewuję…

W końcu zza ściany domu od strony furtki wyłoniła się zziajana, opatulona postać w niebieskiej kurtce i białym szaliku. Chyba facet, pomyślałam. Za nim pojawiła się, z trudem utrzymująca równowagę, niemal identycznie ubrana kobieta. Miała tylko czerwoną czapkę pod kapturem, wystawał stamtąd długi rudy lok.

– Dzień dobry! – wysapał facet. Głos upewnił mnie co do płci, jak i do przeświadczenia, że gościa nie znam. – Ale tu ślisko, nie da się iść!

– Dzień dobry. – odpowiedziałam i zauważyłam, że żadne z nich nie ma plecaka ani torby.

– My od Mateusza. – wyjaśniła kobieta, uśmiechając się zębami jak z reklamy Colgate. – Jak to dobrze, że pani jest!

– Nie możemy wejść do domu, potrzebujemy jakiejś łopaty. Mateusz mówił, że pani na pewno ma i nam użyczy.

– O, kurczę! – westchnęłam ze współczuciem. – Tam leży cała zaspa śniegu, w dodatku zamarzniętego!

Przypomniałam sobie tę lodowcową kupę wzdłuż całego domu Mateusza, była podobna do tej sprzed chat Kostka i Kasi. Długo musiało tam nikogo nie być, wejście było kompletnie zasypane.

– Proszę wejść, napijecie się herbaty, ogrzejecie trochę przynajmniej, dawno przyszliście? – zaprosiłam gości do środka, zbierając drewno z progu i składając do wiaderka przy piecu.

– Jejku, jak tu ładnie! – na oko czterdziestoletnia kobieta z pięknym zębostanem z uśmiechem rozejrzała się po izbie, zdejmując przemarznięte rękawiczki i czapki.

– I ciepło! – dodał jej towarzysz. – Ja jestem Piotrek. A to moja żona, Agnieszka.

– Maryla – podałam mu rękę. Agnieszka uporała się z rękawicami i podała mi swoją. Była lodowata.

– O, rany, strasznie zmarzłaś. – zauważyłam. – To co? Kawa czy  herbata?

Wypiliśmy herbatę, chwilę rozmawiając. Było już jednak po czwartej, trzeba było się śpieszyć z odkopaniem wejścia, mróz z każdą chwilą robił się większy. Zaproponowałam, że pomogę im w dostaniu się do domu. Ja przecież długo odkopywałam furtkę, choć wtedy była plusowa temperatura, teraz będzie jeszcze gorzej!

Szybko się ubrałam, zawiesiłam nad piecem kolejne skarpetki do założenia po powrocie, zamknęłam dom i poszliśmy.

Odkopanie wejścia zajęło nam, przy pomocy szpadla, saperki i grabi, jakieś pół godziny. Agnieszka i Piotrek z ulgą wrzucili swoje wielkie plecaki do środka, podziękowali mi za pomoc i wzięli się za rozpalanie ognia w piecu. Pożegnałam się więc, pozbierałam narzędzia i wróciłam do siebie. Fajnie, że poza mną ktoś jest na Groniu!

Kiedy już siedziałam przy stole, pijąc kolejną herbatę, pogryzając ciasteczka i oglądając film w Internecie, rozległo się stukanie do drzwi.

Piotrek z Agnieszką, kulący się na mroźnym wietrze, stali z latarkami przed domem. Było już ciemno.

– Maryla, wybacz głupią prośbę, ale czy możemy skorzystać z twojej ubikacji? I pożyczyć jeszcze szpadel? Nasz kibelek musimy jeszcze odkopać! – wyjaśnił Piotrek.

– Ooo, faktycznie! – przyznałam. – Jasne, korzystajcie.

Wzięli szpadel i grabie, ubikacja Mateusza nie była już bardzo zasypana, więc nawet szybko dali sobie radę.

Dziś rano Piotrek przyniósł narzędzia.

– Dzięki, nawet szybko poszło, chociaż w tych warunkach lepszy byłby kilof! – zauważył. – Ale miałem problem żeby tu dzisiaj do ciebie dojść, słowo daję, istne lodowisko!

– A jak z opałem? Macie drewno? Bo ostatnio i tam ktoś zakosił. – przypomniałam sobie.

– Jest, jest, niedawno Mateusz przywiózł, zamknięte w drewutni, tam też trzeba było odkopać trochę. Długo trzeba było rozpalać, ale przed północą już mogliśmy zdjąć kurtki! – zaśmiał się. – Dobra, dzięki jeszcze raz, lecę… to znaczy ślizgam się z powrotem!

Hm, ślisko jest naprawdę strasznie, nie wiem, czy uda mi się dziś dotrzeć do Modrzewiska. Zaraz wyruszam, spróbuję, najwyżej odczekam do jutra, ma być już cieplej. Słońce jednak dodaje optymizmu, no i fakt że obok są ludzie.  🙂


 

12 thoughts on “A przydałby się kilof… ;-)

  1. Cześć, Marylo.
    Czytam lutowe teksty i z każdym następnym wyraźniej widzę obraz warunków mieszkania w zimie na Groniu. Obraz jakby nieco odmienny od potocznych wyobrażeń mieszczuchów oglądających foldery biur podróży czy strony właścicieli domków do wynajęcia. To swego rodzaju szkoła przetrwania. Urok ma, ale ten nie przez każdego może być dostrzeżony.

    1. Witaj Krzyśku. 🙂
      Fakt, praktyka czasem mocno odbiega od wyobrażeń, ale to przecież naturalne. Nawet oglądając zdjęcia nie widzimy wszystkiego jakim jest naprawdę. 🙂

      1. Zwłaszcza, że właściwie nie wiemy jak naprawdę wygląda to wszystko. Nie tylko o odmienności cech oczu myślę, ani nawet nie tylko o odmiennym podrasowaniu zdjęć, ale i o nas samych. Ileż to razy zauważyliśmy oboje, że największe różnice w widzeniu są skutkami różnic nas samych. Ty siadasz przed wejściem do domku i pijąc herbatę patrzysz i patrzysz, a inny rozejrzy się i powie, że nic tu nie ma, więc wejdzie do środka i włączy telewizornię. Bo tam coś jest dla niego.
        Marylo, życzę Ci patrzenia na świat w stanie nienasycenia widokami.

        1. O, dziękuję, taki mam zamiar. 🙂
          Tak właśnie jest, jak piszesz.
          Tak się dobieramy w przyjacielskie grupy: postrzegamy podobnie i dobrze nam w swoim towarzystwie.
          Szkoda, kiedy np. w rodzinie zostajesz „czarną owcą” bo pozostali wolą TV… OK, skoro taki jest ich wybór. Nie trzeba od razu wrogości ani potępienia.
          Fajnie jest swoje różności akceptować, przecież czasem ktoś patrzący inaczej zauważa coś, czego nie dostrzegło się samemu. 🙂

  2. Cudownie się czyta,tak ciepło piszesz.Wełniane skarpety to chyba najbardziej pożądany prezent na gwiazdke,a swoją droga ile ich masz par ? zmieniasz je jak rekawiczki ,hi,hi pozdrawiam

  3. Fajnie się to czyta siedząc w cieplutkim mieszkaniu 🙂
    Zawsze jest coś za coś. Masz widoki, ciszę, spokój, no i sporo problemów też. Kilka razy miałam przyjemność zapadać się w śniegu w górach po końce ud, miałam tak dosyć, że zastanawiałam się czy czołganie się się nie byłoby mniej męczące.
    Nie raz schodziliśmy po oblodzonej drodze, wtedy plecak zakładało się z przodu i zjeżdżało na rozłożonej reklamówce wywracając co chwilę. Gorzej z podejściem.
    Zawsze z uśmiechem wspominam te zmagania.
    U mnie tej zimy śniegu do kostek może było 5-6 dni. Pozdrawiam serdecznie i oby do wiosny!

    1. Właśnie, właśnie. Coś za coś. 🙂
      Często słyszę uwagi o „sielance”, westchnienia zazdrości, niewiele osób tak naprawdę zdaje sobie sprawę z tego jak się funkcjonuje w takim miejscu. 🙂

  4. No to widzę, że do przyszłej zimy musisz zrobić zapasy…. Tym razem -oprócz drewna na opał – przeróżnych narzędzi i innego sprzętu do odśnieżania 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *