Resztki zimy przedwiośniem… :-)

Resztki zimy przedwiośniem… :-)

9 marca 2019

W dolinach już przedwiośnie, a u nas ciągle zima.

Krzyś przywiózł mnie dziś do Modrzewiska, dotarłam więc do chatki wcześniej niż planowałam. Na dole tylko gdzieniegdzie, w zacienionych miejscach, spolegują jeszcze uporczywie zamarznięte śniegowe bryły. Stara chata „głupiego Staśka” zawalona już zupełnie po nawale tegorocznego śniegu, posępnie otworzyła mi drogę na Groń. Wokół niej, na obrzeżach poletka rudawej trawy, pod ścianą lasu gdzie nie dociera słońce, leżą jeszcze białe, grube płaty.

Ścieżka na Groń pozbyła się już lodowej skorupy, za to pokryta jest głębokim, ciamkającym błociszczem. Oczywiście, szło mi się dużo łatwiej niż po tym ostatnim lodowisku 3D, bez problemu mogłam przystawać gdzie chciałam i pstrykać zdjęcia do woli bez groźby pingwiniego ślizgu. Niebo jeszcze miejscami błyskało błękitem, ale coraz bardziej otulało się tymi samymi szarymi pierzynami które uwieczniałam jeszcze kilkanaście dni temu. Trudno.

Ptaki jakoś, niezrażone tym, tjulitały i kiwitały, aż drzewa się trzęsły. Jasne, czas na ich pobudkę. A mnie wiosennie się szło i uśmiech się przypałętał. 🙂

Ochoczo mijałam zagajnik za zagajnikiem, pnąc się coraz wyżej. Zimą przybyło mi parę kilogramów, widzę to, ale na szczęście nie czuję jakoś szczególnie i udało mi się pokonać całą drogę niemal bez zadyszki.  Nie ma co, jednak trzeba się wziąć za siebie, jutro zafunduję sobie szybszy marsz zamiast spaceru do stacji.

Za Bramą Mocarnych płaty śniegu dookoła nagle zaczęły się rozrastać i czułam się jakbym weszła przez tę bramę w inną porę roku. Pod nogami znowu śnieg zamiast błota, kurtkę zapięłam pod szyję, bo zerwał się mroźny wiatr. Znowu zima!

Szłam, patrząc pod nogi i szukając wygodnego przejścia jak najniższym śniegiem, więc o mało nie wlazłam na zaparkowany na drodze przed domem Mateusza terenowy samochód. Dodam, że zaparkowany w zaspie. Śnieg, spadły wielką czapą z dachu, nadal tarasował ścieżkę, więc ktoś kto przyjechał tym autem musiał tutaj zakończyć podróż. Sądząc po rejestracji, nie był to Mateusz ani Kostek. Pewnie Zosia albo – oj, tylko nie to! – właściciele „malowanej chaty”.

Hm, ktokolwiek to był, zatarasował całą drogę od lewa do prawa, miałam więc tylko dwa wyjścia: albo przegramolić się przez auto górą, albo przez mokry, głęboki śnieg poniżej ścieżki. Na skarpę po prawej nie miałam szansy się wdrapać.

Cóż było robić. Westchnęłam ciężko i wtarabaniłam się w spadzistą zaspę po lewej. Zanim doszłam do końca samochodu, klęłam pod nosem jako ten szewc, bo parę razy nogi objechały mi nieco niżej i spodnie miałam mokre do ud, paskudne uczucie. Dobrze że byłam już blisko domu, wiatr świszczał coraz mocniej i zanosiło się na deszcz.

Ewa, córka Zosi, powitała mnie radosnym „Dzień dobry”, trzepiąc jakiś dywanik na schodach. Odkrzyknęłam, ale nie wdawałam się w pogawędkę tylko czym prędzej otworzyłam swoje drzwi i pobiegłam do szafy zgięta wpół, rozwiązując w pośpiechu buty.

Kiedy wyszłam przed dom już w suchych spodniach, zamieniłam z Ewą parę zdań i zabrałam się za naprawę kolejnych przęseł płotu, tym razem od „rufy”, tam gdzie jeszcze ostatnio zalegał śnieg na półtora metra, zsunięty z dachu szopy po sąsiedzku, wystawały z niego tylko kawałki połamanego płotu, nie było mowy o jakiejkolwiek reperacji. Teraz już pozostały resztki zaspy, więc bez problemu mogłam zająć się tymczasową naprawą. Latem trzeba będzie wziąć się za to na serio.

Zdążyłam jeszcze porąbać trochę drewna, ledwo wsunęłam siekierę za szafkę w sieni i wniosłam szczapy do izby, lunął deszcz. Uśmiechnęłam się pod nosem: kolejny raz miałam szczęście. 🙂

Teraz już zaczyna się cichy wieczór, zdążyłam uprzątnąć co trzeba, porozmawiać z kim trzeba, zjeść obiad i wypić kawę siedząc na progu. Deszcz już się wypadał, tylko błyszczące od wody deski werandy przypominają mi, że był. I wiatr się trochę uspokoił.

Nie uspokoiła się tylko kuna na strychu, hałasuje i tupie jak stary chłop w gumiakach. Dość tego, następnym razem przywiozę pułapkę i zastawię na tę łachudrę. Tylko Krzyśka muszę namówić żeby ze mną przyjechał, trzeba to małe futrzaste gdzieś daleko wywieźć żeby nie wróciło. Nie pomaga na nią ani regularne hałasowanie sprzętem zadymotwórczym typu pogrzebacz o patelnię, ani rzucanie starych skarpetek wypełnionych watą nasączoną chamskim dezodorantem. Smród tych ostatnich dociera z mojego strychu nawet do Kasi, a kuna – nic. Przyznaję, że mam do niej słabość odkąd spojrzała na mnie tymi swoimi czarnymi paciorkami jakby niewinnie pytała „No, cio?”, ale w końcu trzeba się jej pozbyć zanim wygryzie mi dziurę w stropie, albo w dachu co gorsza.

Jest cudnie. Muzyka z pieca wystarczy, zaraz obejrzę jakiś film i pogadam z Kaliną. Dobrze tu być. 🙂


 

6 thoughts on “Resztki zimy przedwiośniem… :-)

  1. No, jeśli do podatku kuna się nie dokłada, to faktycznie trzeba ją eksmitować. W końcu tyle się mówi o równouprawnieniu.
    Tak, dobrze tutaj być.

  2. Wyjasnilo sie czyj to samochod? Odjechal o wlasnych silych czy musi wiosny czekac, zeby splynac z deszczem?
    Pozdrawiam cieplo oraz sucho

    1. Wyjaśniło się, to córka Zosi z towarzystwem. Kiedy schodziłam, auto jeszcze stało tylko trochę niżej. 🙂
      Pozdrowienia, Moniko! 🙂

    1. Dałam jej spokój na długo, Zosiu. 🙂
      Właściwie przywykłam już do tego jej hałasowania nad głową. Ale już dość, do podatku się wredota nie dokłada! ;-D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *