Pogaduchy z Algidą i facet za drzewem. Czyli prawie wiosna. ;-)

Pogaduchy z Algidą i facet za drzewem. Czyli prawie wiosna. ;-)

16 marca 2019

Noc już prawie. Dalekie pohukiwanie i popiskiwanie słychać gdzieś z lasu, a w domu ciepło i cicho, tyka zegar i w piecu ogień gada do siebie. Światło z kuchni ogarnia łagodnym łukiem i mój kąt do spania, mogę więc jeszcze popisać. Wnęka z drugim posłaniem zajęta jest przez Algidę, po kolacji postanowiła zdrzemnąć się na kwadransik i tak już zostało.

Niech śpi, wczoraj w nocy przebyła kawał drogi od siebie z Kalabrii. Gdyby nie jej przyjazd, nie byłoby mnie tu dziś, umówiłam się ze Staszkiem na kolejny weekend, więc ten chciałam przeznaczyć na porządki w domu i przy domu miejskim. Alicja zadzwoniła jednak i zaproponowała wypad w góry na pogaduchy.

– Cholercia, mam kryzys patriotyzmu, muszę pogadać. A najlepiej z tobą i najlepiej w twojej chatce.

Hm, przystałam na to z radością. Algida jest jedną z nielicznych osób z którymi lubię rozmawiać, no, może nie o polityce, ale o sprawach obywatelskich. Poza tym, nie widziałyśmy się cały długi rok, więc z pewnością nie tylko o tym nasze pogaduchy będą.

Tym razem przyjechałam pierwsza, idąc doliną ze stacji widziałam jeszcze zalegający na górach płatami śnieg. A spotkany po drodze pan Józek poinformował mnie, że w tym tygodniu „ze dziesięć cyntli nowego śniega napadało, a w groniu to i pewnikiem wincyj.” Nie spodziewałam się więc innego krajobrazu, niż ostatnio.

Rzeczywiście, niewiele się zmieniło. Gdzieniegdzie tylko było więcej błota i gnających w dół środkiem drogi  wąskich strumyczków. Niebo za mną było zachmurzone i pokryte skłębionymi chmurami, ale przed sobą miałam błękit z pojedynczymi, białymi obłokami. Wspinałam się więc raźnie i w świetnym humorze, zasłuchana w coraz śmielsze świergoty ptaków i sygnały przychodzących co chwila sms-ów, a to od Algidy, a to od Kasi, która od rana jest już w swojej chatce po sąsiedzku.

Za Bramą Mocarnych znowu śniegu na drodze przybyło, jednak już mniej przypominającego lodowiec, a bardziej – przenikliwie zimną, mokrą breję po kostki, która wciskała się nieprzyjemnie każdą szpareczką butów. Zapatrzona pod nogi, przestałam grzechotać tic-takami i z rzadka podnosiłam głowę żeby spojrzeć na te moje kochane góry.

Zaskoczył mnie więc widok – chyba młodego – człowieka w granatowej kurtce, stojącego na środku ścieżki odchodzącej na Wiśniową. Był jakieś trzydzieści metrów ode mnie. Bez plecaka, jakiejkolwiek torby, po prostu stał i patrzył jak idę. Pomyślałam, że to ktoś z sąsiadów, byłam już blisko naszej osady na Groniu. Zwolniłam żeby się przyjrzeć, wtedy on skoczył za drzewo, chowając się przede mną!

A to dopiero!

Przystanęłam zdziwiona, ale młody człowiek już się nie pokazał, musiał jednak nadal tkwić za tym drzewem. Po chwili skręciłam więc na Siwy Groń, oglądając się za siebie co parę kroków. Przyznam, że zrobiło mi się nieswojo.

Zaspa pod domem Mateusza nie stopniała, nie zmniejszyła się też, niestety, ani o centymetr. Kasia napisała, że przebrnęła tę zaspę po uda w mokrym śniegu, wgramoliłam się więc z trudem na śliską skarpę i przeszłam polami nad drogą, omijając tę i kolejną chatę pod samym szczytem.

Pod domem Zosi i Krystiana wyłożyłam się jak długa na nabrzmiałej od wilgoci starej trawie, stromo było i ślisko, więc zjeżdżałam i wdrapywałam się na powrót, żeby wreszcie dotrzeć do płotu Zosi i idąc wzdłuż niego nareszcie przedostać się do własnego podwórka. Sądząc po świeżych śladach, niedawno szedł tą samą drogą borsuk, ciekawe czy i on czepiał się tak tego płotu łapkami. 😉

Otworzyłam nareszcie drzwi Chatki, przebrałam się, pogadałam chwilę z Kasią i z zapałem zabrałam się za rąbanie drewna. Jak dobrze jednak, że przyjechałam!

Alicja dotarła dwie godziny później, kiedy w domu było już ciepło, na piecu pachniał przygotowany dorsz, a w misce aromatyczna sałatka. Uprzedziłam ją o mokrych zaspach i dziwnym człowieku chowającym się za drzewa, na szczęście ani jedno, ani drugie nie zawróciło jej z drogi i mogłam znowu powitać ją u siebie.

To Alicja dopiero zwróciła mi uwagę na zniszczone przęsło płotu niedaleko furtki. Nie zauważyłam go wcześniej, bo nie wchodziłam na podwórko od tej strony. To przęsło naprawiałam tydzień temu, myślałam więc że po prostu zrobiłam to byle jak i znowu się złamało.

Środkowa kantówka była jednak zabłocona w  dwóch miejscach, a przyschnięte błoto miało wyraźnie odciśnięte prostokąciki. Ręce mi opadły i humor zdecydowanie się popsuł. Algida też pokręciła głową, zmartwiona.

–  O, cholewcia, czyli jednak człowiek. To ewidentnie ślady butów!

– Mam nadzieję, że przynajmniej na pysk zleciał i zęby sobie powybijał. – burknęłam wściekła, niosąc elementy płotu do sieni. – Chodź, połatamy to od razu i przybijemy z powrotem.

Dobry nastrój wrócił nam jednak szybko, uznałam że w tej chwili i tak nic nie poradzę na chamskich „gości” włażących mi tu z buciorami, trzeba na to machnąć jakąkolwiek kończyną i nie dać sobie zepsuć spotkania. Popołudnie i wieczór minęły więc sympatycznie na rozmowach poważnych i wesołych, i chwilowych głupawkach ze śmiechem do łez.

Lampka pysznego, włoskiego wina miała w tym pewien udział, muszę przyznać.  😉



 

2 thoughts on “Pogaduchy z Algidą i facet za drzewem. Czyli prawie wiosna. ;-)

  1. Uff .. jak fajnie się czyta te Twoje chatkowe spostrzeżenia ( z tą swoistą i zagadkową dramaturgią 🙂 . Enigmatycznie nadmienię, że Algida od dzisiaj będzie mi się kojarzyła nie tylko z imieniem Twojej koleżanki 🙂 Pozdrawiam i czekam na roztopy i upragnioną zieloną wiosnę

    1. O, zaintrygowałeś mnie tym „enigmatycznym nadmienieniem”… 😉
      Roztopy? No, ok, ale niech to szybko przeschnie, bo błota trochę za dużo. Pozdrowienia, Młody! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *