Góry – dobre na doły. ;-)

Góry – dobre na doły. ;-)

13 kwietnia 2019

Wieczór.

Spokojnie i sympatycznie minął dzień. Pomaszerowałam do sklepów, kupiłam parę brakujących rzeczy i wypiłam herbatę z Krystyną w knajpce na dole. Miłe, krótkie spotkanie, kwadrans zaledwie porozmawiałyśmy i Krystyna pobiegła odebrać znajomych ze stacji.
Kilkunastokilometrowa wędrówka poprawiła mi nieco nastrój, jakoś lżej się oddycha.  Pogoda może niekoniecznie sprzyjała pracom ogrodniczym, śnieg stopniał dopiero koło południa, ale po powrocie ze spaceru zobaczyłam już osiem stopni na termometrze, więc posadziłam krzewy tamaryszka i bzu. Podlałam je hojnie wodą, pocieszając jednocześnie, że jutro zobaczą i poczują słońce na swoich nieśmiałych listkach. Dziś jeszcze niebo było całkowicie zasnute ciemnymi woalami, sine mgły nabijały się na czubki drzew. Widoki dla nowych krzaczków niezbyt zachęcające.  
Pogaduchy z Kasią po sąsiedzku rozweseliły mnie i myśli oderwały od przykrych spraw i przykrych ludzi. Przyjechał Kostek, przyjechał Hubert, góra się zaludniła na wesoło, ale cieszę się że nikt dzisiaj nie proponuje wspólnego ogniska ani grilla, musiałabym chyba odmówić. Lubię takie dni, kiedy sąsiedzi wesoło pokrzykują do siebie, wiem że są, ale kiedy zamykam drzwi swojej chatki, nie słyszę tych pokrzykiwań, tylko z lasu ptasie świergoty. Fajnie.
I można spać spokojniej, każdy czuje się bezpieczniej.:-)

Ostatniej nocy nikt nie stukał do drzwi, mam nadzieję, że dwa tygodnie temu to był jednorazowy wygłup „myślącego inaczej” i więcej się nie powtórzy. Doświadczenie takie nie należy do przyjemnych, słowo daję.

Już pod wieczór wyszłam podlać powtórnie tych moich świeżo posadzonych, gałęziastych lokatorów, po czym obeszłam podwórko sprawdzając jak miewają się róże i irysy. Lilii nie widać, chyba jednak nie udało jej się przetrwać, ni kiełeczka nie wystawiła nad ziemię. Stałam tak nad miejscem po lilii, z niebieskim wiaderkiem w jednej ręce a łopatką w drugiej, zadumałam się i zapatrzyłam w ciemniejący już las.

A z krzaków za płotem, jak gdyby nigdy nic, wymaszerowały trzy łanie, jedna za drugą jak po sznurku i podążyły w kierunku naszego orzecha.

Nie było sensu tęsknić za aparatem pozostawionym na stole w izbie, i tak nie miałabym szans podnieść go do oczu, każdy najmniejszy ruch spowodowałby ucieczkę pań łań. Stałam więc chwilę na bezdechu i bezmruganiu, obserwując eleganckie ruchy leśnych arystokratek. Zwolniły, przyglądały mi się uważnie, po czym chyba uznały, że dwunożne stworzenie z blond czuprynką i dziwną niebieską kończyną to jednak nie drzewo ani krzak, wzięły więc racice za pas i potętniły dalej, za dom Zosi.

Obejrzę jakiś film, poczytam i wcześniej położę się spać. Sen to u mnie ostatnio wartość mocno deficytowa.  😉


 

4 thoughts on “Góry – dobre na doły. ;-)

  1. Góry dobre na doły. Powiedzenie w Twoim stylu, Marylo 🙂 Oczywiście trafne. O terapeutycznych właściwościach gór i włóczęg między nimi przekonałem się nie raz.
    A jaki film obejrzałaś? Pytam, bo ostatnio miewam myśli o obejrzeniu filmu. Wiesz, oglądam średnio parę w roku, bo… powiedzmy, że wybór jest trudny.

  2. Przyszly dzisiaj panie lanie
    panie lanie na sniadanie
    beda jadly tamaryszek
    a na deser kompot z szyszek!

    1. Hahaha, niezłe! Szyszki mogę im podsuwać pod noski ile wlezie, nawet kompocik z nich gotować, ale tamaryszek… nie załamuj mnie… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *