Gorzko – słodkie…

Gorzko – słodkie…

13 kwietnia 2019

To był dobry  pomysł – przyjechać w piątek. Cały dzień mam tutaj dla siebie, od wstania z łóżka i wypicia porannej kawulki na progu (no, nie do końca, bo zimno jednak okrutnie!), aż do wieczornego poczytania książki w tych samych poduchach. Choć samotny weekend nie jest już pomysłem dobrym, paskudna chandra mnie dopadła i wciąga w ponurość.

Problemy w pracy, ciężka choroba bliskiej koleżanki, przedłużająca się sprawa podziału domu w mieście. Jakaś taka beznadzieja i strach o przyszłość.

Wiem, to taki moment. I wiem że minie, uporam się z tym. Ale póki trwa – nie jest dobrze.

Wczoraj w Modrzewisku spotkałam panią Agnieszkę, ucieszyła mnie wiadomością o coraz lepszych wynikach Martyny, wysokich ocenach z angielskiego.

– Pani Marylko, wszyscy jej zazdroszczą, że może tak czasem z panią pouczyć się dodatkowo. Jak my się odwdzięczymy? Tyle czasu i uwagi, a jeszcze pani te materiały przecież przygotowuje wcześniej…

Nie potrzebuję niczego ponad te słowa, miłe i ciepłe, uśmiecham się więc, ale jednocześnie czuję nadal tę gorycz która ostatnio wypełnia przestrzeń we mnie: nierobie i złodzieju, występującym przeciwko tradycyjnym polskim wartościom i domagającym się zapłaty za coś co powinnam robić dla idei. Ci, którzy nie mają pojęcia o mojej pracy, wykrzykują propagandowe cytaty o wyrachowaniu, podłości, kurestwie, grzechu śmiertelnym i antypolskiej postawie. Mimo wszechobecnego tiurlitania ptaków, wchodziłam na górę milcząco i powoli, nie tylko z ciężkim plecakiem, ale i sercem.

W mojej obecnej szkole, niepublicznej, dyrekcja z żalem tłumaczy, że dla naszego prezesa nauczyciel to zero, więc i u nas nie ma szansy na poprawę sytuacji. Pensum wynosi dwadzieścia sześć godzin tygodniowo, nie ma dodatku za wychowawstwo, praca w weekendy (często wymagana!)  jest niepłatna, umowa kończy się wraz z końcem roku szkolnego, nie ma premii, nie ma „wczasów pod gruszą” ani trzynastych pensji. Wymagane jest dokumentowanie każdej czynności, żeby było wiadomo, że pracujemy naprawdę czterdzieści godzin w tygodniu. Dokumentuję więc i – jak byk, za każdym razem wychodzi mi bliżej pięćdziesięciu, niż czterdziestu. Jeśli w tygodniu jest wycieczka – dużo więcej. Ale to już nie ma znaczenia, więcej niż „dwójka” na początku sumy wypłaty nie zobaczę.

Wiedza ta przychodziła od września stopniowo, przy przyjęciu przedstawiano mi warunki inaczej, nie ma jednak szansy na ich spełnienie. Bardzo lubię moich obecnych uczniów i pracę z nimi, ale dwudziesty pierwszy czerwca będzie dla mnie uwolnieniem od kolejnej „wtopy”. Czy naprawdę nie mam szansy na normalną, uczciwą pracę? To są chwile, kiedy chciałabym cofnąć czas do tamtego poranka w lobby francuskiego hotelu, kiedy Susan i James zaproponowali mi posadę w ich szkole w Oxfordzie. Bez namysłu odpowiedziałam wtedy, że chcę mieszkać i pracować we własnym kraju. Tak czułam zawsze.

Dziś – bez namysłu przyjęłabym tę ofertę.

Już przy ruinach chaty Józka poczułam charakterystyczny smród leśnego zwierzęcia. Ostry, nieprzyjemny, jakby cuchnący spoconym, tłustym futrem zwierzak był ciągle blisko. Zdjęłam kaptur bluzy i uważnie rozejrzałam się dookoła. Dziki? Jelenie? Niedźwiedź? Może borsuk, on też tak cuchnie. Śladów na ścieżce było mnóstwo, na szczęście żadne z nich nie wskazywały na niedźwiedzia.

W lesie po obu stronach drogi nie zauważyłam też niczego podejrzanego, wyciągnęłam więc z torby plastikowe pudełko z tic-takami, zagrzechotałam delikatnie i ruszyłam powoli dalej.

Ostra woń jednak utrzymywała się nad ścieżką aż do zwalonej ambony, wchodziłam więc stale rozglądając się uważnie i delikatnie grzechocząc, żeby uprzedzać mieszkańców lasu o swojej obecności i dać im czas na bezpieczne schronienie się.

Nieco wyżej, kiedy już szczątki ambony zostały za mną, zaczął prószyć śnieg. Nagle zrobiło się bardzo cicho, nawet ptaki zamilkły. Przystanęłam na chwilę i ja.

Białe kropki topniały natychmiast przy zetknięciu z wilgotną ziemią, jaskrawozielonymi źdźbłami traw, gałęziami drzew i słonecznymi płatkami kaczeńców.

Jak pięknie.

Nie ma wyjścia, trzeba się było uśmiechnąć, zamknąć oczy i pozwolić chłodnym płatkom roztapiać się na twarzy. A potem głęboko odetchnąć, podnieść z ziemi torbę z krzewami bzu i tamaryszka, poprawić plecak i wędrować dalej.

Do domu. 🙂


 

 

 

4 thoughts on “Gorzko – słodkie…

  1. Bardzo to przykre, ze nauczycieli nie wynagradza sie odpowiednio, nie szanuje ale za to obarcza wina za cale zlo tego swiata…
    Zdumiewajace jak natura potrafi ukoic w takich chwilach!
    Druga szansa czeka na Ciebie, jestem tego pewna!
    Pozdrawiam zimowo-wiosennie

  2. Dzień dobry !
    Mam nadzieję, że ten koszmar się zakończy w najbliższym czasie. Zastanawiam się czy sytuację polityczną w naszym kraju określić jako cyrk czy kabaret. Szczerze Pani współczuję ale bardziej życzę spokoju, wyciszenia, relaksu i w końcu chociaż małego uśmiechu na twarzy!
    Przy takiej pogodzie i wielu problemach ciężko znaleźć chęć do pozytywnego myślenia. Jednak wiem, że Pani sobie poradzi 🙂
    Miłej soboty!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *