„… bo cię sznurówki wyprzedzą!”… ;-/

„… bo cię sznurówki wyprzedzą!”… ;-/

1 maja 2019

Któryż to już raz w życiu przekonałam się, że ułamek sekundy jest w stanie zmienić wszystko. A jeśli nie wszystko, to wiele. O tym się niby wie, a za każdym razem dziwi tak samo, tak samo stawia do pionu.

Wczoraj przyjechałam, Staszek z synami dołączyli parę godzin później. Patryk i Wik dawno tu nie byli, od razu zaczęliśmy radośnie planować kolejne podchody, ognisko i wędrówki. Ale dzisiaj jeszcze dzień zorganizowaliśmy trochę inaczej: panowie poszli w trójkę na Romankę, a ja miałam sprawy do załatwienia w Modrzewisku. Za to wieczorem, przy ognisku, pogadamy do syta.

Odprowadziłam chłopaków do szlaku „Posępnym Lasem”, po czym zawróciłam i dziarsko ruszyłam w dolinę. Powietrze rześkie, lekko przymglone, trawa i drzewa jeszcze mokre po kilku dniach deszczu, nieśmiałe słońce błyskające zza chmur – szło się wspaniale.

Jeszcze zanim „odpaliłam” tic-taki, drogę przede mną przecięły dwa potężne jelenie: byk i łania. Zagłębiły się w las, zanim zdążyłam wyjąć aparat, ale co się nazachwycałam to moje. 🙂

Bardzo już potrzebowałam takiego samotnego spaceru, ostatni czas był bardzo trudny i sprawy które miały się nareszcie wyprostować pokomplikowały się jeszcze bardziej. Aż trudno uwierzyć: dlaczego to wszystko musi kosztować tyle wysiłku, tyle zawiedzionych nadziei? Jakby się przedzierało po pas przez bagno, czepiając gałęzi. Czasem zwyczajnie brakuje sił.

Nic to. Nie można rezygnować, brzeg może być tuż, tuż.

Wyszłam z lasu na wąską, stromą szosę przecinającą osadę tuż nad Modrzewiskiem od drugiej strony. Wszędzie kwitnące drzewa owocowe, ludzie krzątający się przy domach: jeden kosi trawę, drugi ścina suche gałęzie. Przywitałam się z daleka i wyszłam zza zakrętu na nieco szerszą drogę. Jakiś uśmiechnięty nastolatek pozdrowił mnie, przejeżdżając obok rowerem.

I nagle, w ułamku sekundy to przerażające uczucie: chcę zrobić kolejny krok i nie mogę! Nogi mam splątane, a całe ciało już przesuwa się do przodu w marszu. Rany boskie! Nie mam się czego uchwycić i jak długa padam twarzą na asfalt.

– Proszę pani! – krzyczy przerażony nastolatek, zeskakuje z roweru i podbiega do mnie. – Nic się pani nie stało?

– Jeszcze nie wiem. – mówię niepewnie. Czuję, że mam rozbitą wargę, siadam na drodze i przyglądam się sobie uważnie. Nie mam pojęcia, co się właściwie stało.

– Dobrze się pani czuje? – szczupły, kudłaty chłopak pochyla się nade mną z troską. – Czy mam wezwać pomoc?

– Nie wiem, chyba jestem cała. Tylko ząb wybiłam. I wargę rozcięłam. – rozglądam się i rozumiem nareszcie: pętelka sznurowadła prawego buta zahaczyła jakimś cudem o metalowy zaczep przy lewym bucie. To dlatego nie mogłam zrobić kroku.

Nastolatek pomógł mi wstać, wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Ku mojemu zdumieniu, okulary mam całe. Aparat który niosłam w ręce, upadł gdzieś daleko, ale w końcu jest. Ocieram krew z ust i brody, zmartwiony chłopiec pociesza mnie jednak:

– Nie, nie ma pani rozciętej wargi, już przestaje krwawić. A ząb jest do połowy ubity, dokleją to pani.

Ach, więc tylko tyle. Co za szczęście, mogło skończyć się o wiele gorzej.

Ciągle skołowana, podziękowałam serdecznie kudłatemu chłopcu i ostrożnie ruszyłam dalej. Cała czułam się nieco obolała, ale przede wszystkim przestraszona. Weszłam do sklepu pani Izy, kupiłam sobie lody i przyłożyłam je natychmiast do spuchniętej wargi. Oczywiście, wyjaśniłam sympatycznej sklepikarce całą sytuację, krótka pogawędka z panią Izą nieco mnie uspokoiła i skierowałam się do domu pani Zosi nieopodal. Szybko załatwiłam sprawę z jaką przyszłam i już spokojnie mogłam zjeść mój lodowy kompres. Półgębkiem zresztą.

Krok za krokiem, coraz bardziej czułam ból lewego kolana. Nie krwawiło, ale wyraźnie i ono ucierpiało podczas upadku. Zatrzymałam się w połowie Modrzewiska, zastanawiając się co robić dalej. Żaden ze znajomych taksówkarzy nie odbierał telefonu, no tak, dzisiaj pewnie nie jeżdżą, świętują. Uznałam, że dotrę do domu Marka, wczoraj wjechałam z nim „marhikułem”, może uda mi się i dziś.

Marek na szczęście pił kawę u sąsiadów, bez zbędnych komentarzy pomógł mi wsiąść na wysokie siedzenie swojego cudacznego wehikułu i przywiózł mnie na szczyt Gronia.

W chatce dopiero mogłam zdjąć spodnie i zobaczyć wielką poranioną „śliwę” na lewym kolanie i zadrapania na prawym. Oczyściłam, opatrzyłam wszystkie rany i mogę w ciszy odpocząć, wyciągnąć się wygodnie na kanapie i odetchnąć. Pod wieczór wrócą chłopaki, może jakoś uda mi się usiąść przy ognisku. Jutro spróbuję dostać się do dentysty, ponaprawiać wyszczerbiony zębostan. Krzyś przez telefon robił co mógł, żeby mnie rozweselić:

– Mamo, szkoda że nie palisz, masz teraz idealne miejsce na papierosa!

Może więc jednak zostawić, jak jest? Wykorzystać brak większości jedynki i połowy dwójki?

Z pewnością wyglądałabym interesująco…  😉


 

10 thoughts on “„… bo cię sznurówki wyprzedzą!”… ;-/

  1. Wiem o czym mówisz, bo moje sznurówki też zawarły znajomość z zaczepem drugiego buta. Walnęłam jak długa, tylko głowa mi odskoczyła. Dobrze, że to było na łące i oprócz ogromnego zdziwienia i lekkiego potłuczenia nic mi się nie stało. A najwięcej zdenerwował mnie mąż, który stał nade mną i w najlepsze rechotał.
    Musiałaś porządnie walnąć, jak masz straty w uzębieniu. Bardzo współczuję!!!
    Co z kolanem? OK?
    Bądź dzielna!!!!!

    1. O, to miałaś szczęście, że to łąka przyjęła Cię w objęcia… 😉
      Ale pewnie i tak najadłaś się strachu, to nic miłego – walnąć jak długim się jest.
      Dzięki, kolano jeszcze boli i nie mogę normalnie chodzić, ale jest tylko mocno potłuczone.
      Dłoń też, choć byłam pewna, że bez złamania się nie obeszło. Będzie dobrze. 🙂

  2. Gdyby specjalnie tak robić, żeby sznurówka się zaczepiła, pewnie nie udałaby się ta sztuka, co dowodzi upierdliwości rzeczy martwych albo istnienia pecha.
    Piękna droga na zdjęciu, piękne z niej widoki. Gdy widzę taką dróżkę, chciałbym iść nią, iść.
    Czy tą właśnie drogą szłaś do pechowego miejsca?

    1. Tak, tą ścieżką własnie doszłam do miejsca spętania nóg… 😉
      Próbowałam wczoraj odtworzyć kilka razy sytuację „na sucho”, nijak nie udało mi się zahaczyć sznurówką w ten sposób o drugi but.

  3. Miałam kilka okazji, by przekonać się o ważności tej sekundy. Na szczęście przeżyłam 😉
    Staram się pamiętać i być uważna, ale na takie przypadki chyba nie ma rady.
    Mam nadzieję, że wszystko co złe szybko minie, czego Ci serdecznie życzę.

    1. No właśnie. Każdy chyba przeżył, choć chyba nie każdy pamięta i wyciąga wnioski. 😉
      Ja do tej chwili nie mogę się nadziwić, jak takie grube sznurowadło wcisnęło się do zaczepu na tyle skutecznie i w ułamek sekundy… widać musiało tak być i tyle.
      Dziękuję, też mam nadzieję że złe minie. 🙂

  4. Współczuję nierozwiązanej sprawy , tego jak Was potraktowano.
    No i współczuję upadku …..
    Ja tak się czułam i wyglądałam po wywrotce na rowerze, nie chciałabyś mnie oglądać .
    Na szczęście nic sobie nie złamałam !
    Trzymaj się Mariol

  5. Współczuję, bo przeżyłam „rozwiązane sznurowadło” cofając się nagle. Efektem było złamane żebro. Bolało, ale Ty chyba jesteś bardziej poszkodowana, bo zęby się nie zrosną… Pozdrawiam serdecznie i życzę szybkiego odzyskania pełnej kondycji:)

    1. Dziękuję, mam nadzieję że odzyskam. 🙂
      Współczuję złamanego żebra. I strachu pewnie też…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *