Wspominki z początku remontów i odysei kawałek. ;-)

Wspominki z początku remontów i odysei kawałek. ;-)

25 maja 2019

Nie jest mi łatwo „oszczędzać nogę”. Trzy tygodnie to stanowczo za długo, więc powtarzam sobie, że mogło być gorzej i zaciskam zęby. Te moje roztrzaskane przy upadku i później odbudowane – takoż. 😉

Pracy mam huk, czasu nawet na pstrykanie zdjęć nie starcza, ale to akurat da się przeżyć. Gór i marszu brakuje mi najbardziej, rytmiczny odgłos własnych kroków to jednak najlepszy akompaniament dla myśli, łatwiej je porozkładać na właściwych półkach i te niepotrzebne za siebie wyrzucić.

Nie chcę się zatapiać w smętnych nastrojach, za to z przyjemnością podchwytuję każde wesołe, górskie wspomnienie, a okazji do nich przecież nie brakuje.

Dziś z rana analizowałam i korygowałam w skupieniu zestawienia ocen moich uczniów, odpowiadając jednocześnie na smsy i maile od ich rodziców. I nagle telefon z nieznanym numerem.

– Ahoj, Penelopo Jeden! – nie rozpoznałam wesołego męskiego głosu, nie mówiąc już o własnym imieniu.

– Yyyy… to chyba pomyłka. – zaczęłam. – z kim pan chciał rozmawiać?

– Maryla, nie poznajesz mnie? Aż tak mi się głos zmienił?

No, słowo daję, nadal nie rozpoznawałam.

– Co za czasy, Penelopy Odysów już nie czekają… – dopiero niski, urywany śmiech sprawił, że zakrzyknęłam:

– Rafał! O, rany! Gdzie ty się podziewałeś?! – usiadłam na kanapie, gotowa na dłuższą pogawędkę.

– Ja tylko na chwilkę, chciałem cię zapytać, czy jakoś jesteś albo kiedy będziesz w górach u siebie.

– Dzisiaj mnie nie ma, może za tydzień już mi się uda pojechać na Groń. Wpadniesz? Jesteś w ogóle w Polsce?

– Jestem i koniecznie chcę cię odwiedzić. Przez telefon nie pogadamy, to bez sensu. Trzeba usiąść, fajkę nabić…

– O, nie… – przewróciłam oczami. – nadal palisz?

– A wyobraź sobie, że nie. Ale wszystko ci opowiem, słuchaj, ja teraz nie mam czasu, ale jeszcze w tygodniu zadzwonię i się zgadamy, dobra? W każdym razie rezerwuj dla mnie weekend.

Rafał. No, tak. Odyseusz nasz górski, jak mogłam zapomnieć? 😉

Który to mógł być rok? Trzynaście, może czternaście lat mija? Kiedy widzieliśmy się ostatnio, został właśnie nazwany Odysem. Wytrawny wędrowiec, znawca tatrzańskich i alpejskich szlaków, wcześniej kilka razy gościł u nas wraz z resztą naszej studenckiej paczki. Wtedy jeszcze dom wyglądał inaczej, dach był stary, przeciekał i na bieżąco był poprawiany nowymi dachówkami, okno tylko jedno było nowe, drugie stare i brzydkie, prowizorycznie wstawione. I przy wejściu stara, szpetna przybudówka z wyszczerbionych, przepróchniałych dech. Ale już mogliśmy powoli zaczynać naprawy, leczenie Krzysia zakończyło się sukcesem i można było spokojnie rozejrzeć się po życiu.

Był początek lata, spędzaliśmy je z Krzysiem w naszej chatce. Iza ze Staszkiem przyjechali na tydzień, zaplanowaliśmy rozbiórkę zawalonej przybudówki. Rafał także ochoczo zaofiarował pomoc, wyznaczonego dnia miał się zjawić o dziesiątej rano i od razu zabrać się do pracy. Nocował w schronisku na Rysiance, przy dobrej pogodzie (a taka była) miał maszerować kilka godzin od samego świtu, bo tak lubi najbardziej. Cóż, „Miszcz” nie wymięka! 😉

Rzeczywiście, około dziesiątej zadzwonił, że jest blisko Wiśniowej, zaraz schodzi ze szlaku i dołączy do nas.

– A na pewno trafisz? – upewniałam się jeszcze. – Nigdy nie szedłeś od tamtej strony, w razie czego dzwoń…

– No, wiesz? – zaśmiewał się tym swoim tubalnym, urywanym śmiechem. – rozmawiasz ze znawcą gór! Trafię bez problemu, nie potrzebuję wskazówek!

My już wcześniej zabraliśmy się w czwórkę do rozbiórki, odbijaliśmy stare, nadpróchniałe dechy od grubych poziomych listew przybitych do koślawych słupów przy tylnym wejściu do domu. Krzyś był wtedy wczesnonastoletni, jaka to była radość że może normalnie ciąć, przybijać, pracować i męczyć się jak wszyscy. Zanosił też deski na trawę przy ognisku, później mieliśmy je od razu pociąć i porąbać na opał.

Słońce przygrzewało dość mocno, ale od strony zacienionej „rufy” panował miły chłodek, więc praca szła nam sprawnie i wesoło.

Koło południa Staszek wszedł do domu napić się wody i krzyknął:

– Słuchajcie, jest dwunasta, coś długo ten Rafał maszeruje z Wiśniowej, dawno powinien tu być!

– To fakt. – zmartwiła się Iza, odgarnęła włosy z czoła kawałkiem listwy. – Maryl, może jednak zadzwoń do niego.

– Próbowałam! Nic z tego, jest poza zasięgiem.

Zaczęliśmy się na poważnie martwić.

Tymczasem jednak przybudówka przestała istnieć, koło ogniska piętrzył się pokaźny stos drewna wszelakiego a pod ścianą – kilka worków zapełnionych starymi szmatami, skorupami potłuczonych dzbanków, dziurawymi garnkami i miskami, upchanymi wcześniej między belkami i dechami, wkopanymi do połowy w ziemię. Przy domu zrobiło się jaśniej i czyściej, powstało szerokie, w miarę płaskie i wygodne przejście do ogniska i reszty podwórka, co bardzo mnie cieszyło.

Po krótkiej przerwie na obiad, od razu zrobiliśmy porządek z całym drewnianym gruzem. Staszek ciął piłą deski na zmianę z Izą, Krzysiem albo ze mną, nosiliśmy je i układaliśmy w zgrabne sztapelki pod ścianą. Ptactwo różnorodne tiurlitało nam i wyśpiewywało, osy i pszczoły nieustannie kontrolowały prace oblatując nas z głośnym bzyczeniem. Od tej strony już nie było cienia, więc spoceni byliśmy i zgrzani okrutnie. Spróchniałe ścinki od razu paliły się w ognisku, stopniowo więc i tu robiło się czysto i porządnie.

– No, teraz to by się nam Rafał przydał, szybciej by szło. – zauważył Krzyś. – Mamuś, a jak jemu coś się stało? On jest tak… bezmyślnie pewny siebie. A jak trafił na niedźwiedzia?

Spojrzeliśmy po sobie z niepokojem. Wszyscy mieliśmy podobne obawy.

– Nic nie możemy zrobić, Krzychu. – Staszek rozłożył ręce. – Nawet nie wiemy gdzie go szukać, którędy idzie od szlaku. Ale zaraz to dotniemy i przejdziemy się na Wiśniową, sprawdzimy te trzy podstawowe drogi, zapytamy u pani Ani, może do niej wstąpił. Tymczasem skończmy tę robotę. Jutro jeszcze musimy zrobić okap.

Co chwilę jednak któreś z nas przystawało, rozglądając się uważnie na wszystkie strony. Rafał przepadł jak kamień w wodę, jego telefon też milczał.

Było już po piątej, kiedy Iza zawyrokowała:

– Staszek, idźcie z Krzysiem w stronę Wiśniowej, poszukajcie Rafała, wołajcie go czy jak. My już to dokończymy ciąć, przypilnujemy ogniska, przygotujemy urszulki.

– Super! A dla mnie „urszulka” też się znajdzie? – zza krzaków przy domu Huberta gramolił się do nas wysoki chudzielec, świecąc blond czupryną.

– Rafał!!! – wykrzyknęliśmy zgodnym chórkiem, aż echo się przyłączyło, drzemiące na brzegu lasu.

Co za ulga. Naprawdę, wszyscy się już o niego baliśmy.

– Normalnie, nie do uwierzenia, tu wszystkie ścieżki są takie same! W życiu mi się tak nie poplątało! – opowiadał chwilę później, siedząc przy ognisku i zajadając się pieczoną kiełbasą.

Okazało się, że wstąpił do Aneczki na herbatę, trochę tam zamarudził.

– Ale nie więcej niż godzinkę, takie fajne cztery psy tam mają, widzieliście?

Wychodząc, ambitnie zastrzegł, żeby nie tłumaczyli mu którędy iść. Jest przecież słońce no i mchy na drzewach. I tak trafił… z powrotem na szlak na Rysiankę. Zszedł więc z niego i dziarskim krokiem doszedł do… samej Milówki. I już byłby wsiadł do autobusu z plakietką „Modrzewisko”, ale ambicja się znowu odezwała i zawrócił na szlak. Dotarł do Wiśniowej i kolejny raz skierował się raźno na Siwy Groń. Tyle, że… niewłaściwą ścieżką. Chciał już nawet zapytać mnie jak iść, ale zauważył, że wyładowała mu się bateria w telefonie. Zszedł więc w dolinę i dotarł do Modrzewiska, a stamtąd, wreszcie znajomą drogą, wdrapał się do nas na górę.

– Tak, tak… – pokiwał głową Staszek. – prawdziwy z ciebie Odyseusz. A my tu czekamy w nerwach jako te Penelopy!

– Ty to chyba taki bardziej Telemach. – roześmiałam się.

– Albo Pe…loponez! – dodał Krzyś.

Śmiejąc się tak i przekomarzając, siedzieliśmy przy ognisku jeszcze trochę, wreszcie wszystkie pozgrabiane drewniane ścinki i resztki się dopaliły i poszliśmy spać ledwo o zmroku, wszyscy solidnie zmęczeni.

Nie wiem kto bardziej: nasza czwórka, czy dzielny wędrowiec Rafał, znawca górskich ścieżek. 😊

P.S. Zdjęcie zrobione jest jesienią tamtego roku. Już z okapem i nowym kibelkiem, zbudowanym nieco później przeze mnie i Krzysia. W tym miejscu była wcześniej przybudówka: od drzwi do ściany z oknem.


6 thoughts on “Wspominki z początku remontów i odysei kawałek. ;-)

  1. Dawno tutaj nie gościłem, Marylo, ale widzę, że i Tobie czasu brakuje.
    Mówi się, że pieniędzy nam brakuje, bo Fenicjanie wymyślili ich za mało, a kto wymyślił czas i kto go tak popędza?…
    Mimo że chodzę po górach sporo, nie raz zdarzyło mi się zbłądzić, bo tam, gdzie byłem pewny drogi w lewo, właściwą poniewczasie okazywała się ta prawa.
    Boże drogi, tyle pracy i serca włożyłaś i wkładasz w swoją chałupkę. Niech Ci stoi i Cię chroni zawsze, Marylo.

    1. Oooj tak, czasu mi brakuje ostatnio bardzo. Ale nic to, jeszcze tylko tydzień do końca jednej pracy i cztery dni do końca drugiej. I będę mogła trochę odpocząć. 🙂
      Dziękuję Ci, mam nadzieję że moja chatka wytrzyma jeszcze lata całe! 🙂

  2. No to „znawca ścieżek” troszkę się nachodził 🙂 🙂 🙂
    Jak chcesz sobie z nim w ten weekend pogadać przy piesku, to lepiej niech on wyłazi z Tobą:)

    1. Tu różnica jest duża, to prawda, tę „ogromną” widzą ci którzy pamiętają stan naszej chatki tuż po nabyciu… 🙂
      Pozdrowienia serdeczne, Gosiu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *