Kosić trza! ;-)

Kosić trza! ;-)

26 czerwca 2019

Spało mi się dziś wybornie, tylko moment przebudzenia owiał lekką paniką: co dziś mam do załatwienia? Egzamin? Zajęcia? Rozmowa o pracę?

Nic. Nic takiego dziś nie załatwiam, dziś jestem na Siwym Groniu i mogę wstać o dowolnej porze. Wypić kawulkę na progu, wdychając zapachy świeżo skoszonej trawy, róż i… no, tejże kawulki właśnie. Wsłuchiwać się w śpiew ptactwa wszelakiego i… bzyczenie upierdliwego fruwającego.

W efekcie już o szóstej byłam po śniadaniu i zabrałam się do koszenia.

Kawulkę sobie darowałam. Jak tu spokojnie siedzieć na progu, kiedy naprzeciwko faluje zielona armia tysięcy chudych, zadowolonych chwaściorów?! Na moim podwórku?!

Słońce od rana pokazuje na co je stać, termometr pęka w szwach.

Wykosiłam dzielnie pół podwórka: cały pas wzdłuż domu od „rufy” i ścieżkę za furtką do studni. Z radością odkryłam ocalały krzew pigwowca, nisko wygięty i gęsto obrośnięty trawami. Już myślałam, że ktoś go sobie wykopał, nie raz, nie dwa tak się zdarzało. Zadowolona, wyprostowałam delikatnie pigwowiec obsypany pięknymi, błyszczącymi listkami i wbiłam obok niego solidny palik do podparcia. Niewielki jest ale piękny, zwykle obgryziony przez jelenie, a teraz widocznie gęstwa traw skutecznie ukryła go przed żarłocznymi amatorami jego wdzięków. Bez, posadzony wiosną, też przetrwał między palikami które powtykałam dookoła, ale lichutki jest jakiś, wielkie pokrzywy go zdominowały.

Kosiłam tak dwie godziny, pot zalewał mi oczy, powiesiłam więc wilgotny ręcznik na rogu domu i co chwila przychodziłam przecierać nim twarz i włosy. Antyowadzi sprej niewiele daje, przebrzydłe ślepaki i końskie muchy siadają bezszelestnie na nogach z tyłu i nie sposób ich odegnać. Nazabijałam się ich co niemiara, ale i tak kilka różowawych bąbli zostało mi na swędzącą pamiątkę.

– No, cholera jasna! – klepnęłam się z rozmachem z tyłu za kolanem, zabijając kolejną jusznicę.

– Ano, tnom łotympnie! – usłyszałam nagle.

Na schodach do malowanego domu siedział starszy, nieznany mi facet w kraciastej, flanelowej koszuli i szarym kapeluszu, pewnie jeden z wielu właścicieli malowanego domu. Palił papierosa i dopiero teraz doleciał mnie zapach dymu.

– Dzień dobry, a tną na potegę. – odpowiedziałam. – Ale wykosić trzeba.

– Ano, trza. A sąsiadki tyj wasyj to ni ma? – papieros skierował się w stronę domu Kasi.

– Po zakupy pojechała, niedługo powinna wrócić.

– Kosiarke potrzebujem pożycyć, trowe musem tu tys pokosić. – wyjaśnił sąsiad. – A wy ni mocie?

– Nie, nie mam. – pokręciłam głową. – U mnie grunt nierówny, wolę kosę elektryczną.

– E, tako kosa to do dupy! Się ino namyncycie i napocicie! Lepij se było chłopa dobrego, łućciwego górola wybrać coby i prawom kosom pokosił, a nie takom łate co własnego syna zabocył!

Stanęłam w otwartej furtce jak wryta. Sąsiad pokręcił smutno głową, machnął ręką i wszedł do domu, zamykając za sobą drzwi. „Łata” to chyba najbardziej obraźliwe określenie dla mężczyzny w tych stronach, Janeczka też tak mówiła, kiedy ktoś jej bardzo podpadł.

Hm, nie przypuszczałam, że ktokolwiek z „malowanych” sąsiadów przejmuje się moim i Krzysia losem. Ba! Że cokolwiek wie.

W cieniu termometr pokazuje 34 stopnie, odczekam już do popołudnia, kiedy słońce przejdzie za orzech, wtedy dokończę koszenie w zadomiu małym i na poletku Huberta przed werandą. Na jutro zostanie mi tylko łączka przy ognisku i pod orzechem. Jeśli się uda – będzie super. Potem pojadę załatwić sprawy w Urzędzie Pracy i wrócę na dłużej z Tośką. Mam nadzieję, że nasza kotka szybko się tu zadomowi.

Skwar za oknem, ale w izbie jest miły chłód, choć okna i drzwi mam pootwierane. Ubrania z szafy wietrzą się na werandzie, zaraz wymienię je na koce i pościel. Drzewa za płotem Kasi szumią kojąco, a w domu unosi się zapach kadzidła sandałowego. Muchy wlatują tylko na chwilę i wypadają natychmiast razem z lekka smużką sandałowego dymu. Jak dobrze się składa, że nie znoszą czegoś co ja tak lubię.

Powoli udziela mi się klimat tego miejsca, mogę odetchnąć spokojnie.  🙂


 

 

4 thoughts on “Kosić trza! ;-)

  1. Uwielbiam, jak piszesz gwarą…
    Ps: załatwiaj sprawy w Urzędzie i wracaj, bo bardzo mi się ckni za Twymi opowieściami!!!!

    1. A ja uwielbiam słuchać moich sąsiadów mówiących gwarą. Chłonę ja z upodobaniem o wiele większym niż gwarę śląską którą przecież też mam na co dzień. 🙂

  2. Ach te owady!
    W tamtym roku roje os i pszczół, padłam ofiarą 2 os i 1 pszczoły (co skończyło się na iniekcjach dożylnych i domięśniowych). Teraz plaga komarów (nie żeby ich nie było kiedykolwiek) ale w tym roku rzucają się na mnie w ilości znacznie większej niż dotychczas. Strach iść na działkę na dłużej, więc też zarasta, a tak czekałam na lato.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    1. Oj, to niefajnie. U nas co prawda nigdy nie było i nie ma komarów, za to jusznice – to prawdziwe utrapienie. Gryzie toto bardzo dotkliwie i bąble po ukąszeniach są bolesne i zaognione, goją się czasem bardzo długo. Zużyłam dziś prawie cały repelent, jutro muszę zakupić nowy.
      Pozdrowienia! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *