Śmieciowe zmartwienia i mniej chwaściorów. ;-)

Śmieciowe zmartwienia i mniej chwaściorów. ;-)

27 czerwca 2019

Uff. Ciepło.

Wróciłam z doliny zaopatrzona w nowy repelent i owoce: kilogram okazałych, białych winogron i kilka nektarynek. Nie mogłam jednak od razu odsapnąć po trudach wdrapywania się w skwarze, oderwałam z rolki duży foliowy worek na śmieci i zbiegłam przez furtkę do „głównej” ścieżki, gdzie przy płocie Kasi stoją zgromadzone i przygotowane do wywiezienia nasze posegregowane odpady. Jakieś zwierzę najwyraźniej zwąchało coś godnego uwagi i rozszarpało worek z „plastikami”. Opakowania po parówkach, ciastkach i zielonym groszku leżały rozrzucone dookoła. Wszystko umyte, żadnych resztek w środku, obie z sąsiadką pilnujemy zawsze, żeby niczego „aromatycznego” w tych naszych odpadach nie było. Spakowałam wszystko do nowego worka, wrzucając i resztki tego żółtego, „firmowego”.

Kasia musiała wczoraj wyjechać, zamówiła wywóz śmieci już prawie dwa tygodnie temu, więc spodziewałyśmy się ekipy z traktorem lada moment. Zostawiła swoje worki u płotu, ja dodałam kilka swoich. Nie wszystkie, ledwie połowę z tego co zgromadzone jest w drewutni po ostatnich porządkach w komórce, poczynionych przez Staszka i chłopaków dwa miesiące temu, żeby nie targać wszystkiego naraz kiedy przyjadą po odbiór.

Dziś, zmartwiona tym poszarpanym workiem, zadzwoniłam do firmy od wywozów. Ku mojemu zdumieniu, pani wyjaśniła mi, że są bardzo zajęci i nie bardzo mają czas przyjechać!

– Jakoś na początku lipca panowie tam podjadą. – obiecała.

– Co to znaczy jakoś na początku lipca? Czyli drugiego czy dwunastego? – dopytywałam się, mocno już zirytowana.

– Nie wiem, to zależy jak się ułoży, jak będzie możliwość. Zadzwonimy dzień wcześniej. – usłyszałam.

No, ręce mi opadły. Czy ja mam teraz te dziesięć worów wtaskać stromą ścieżką do siebie na przechowanie? Czy na podwórko Kasi, bo bliżej? A jeśli w końcu zadzwonią, a nas nie będzie tutaj? Worki same wyjdą i ustawią się pod płotem?

Dotąd mieliśmy układ, że raz w miesiącu dzwonimy, zgłaszamy zapotrzebowanie i najpóźniej do tygodnia traktorek firmowy przyjeżdża po odpady. Trzy ostatnie lata funkcjonowało to całkiem sprawnie, my płacimy po te dwie stówki, a zamawiamy wywóz raz lub dwa razy w roku! Teraz jednak zmienił się zarząd, pracownicy takoż, stawkę podniesiono a realizacja usługi pozostaje pod znakiem zapytania. Mięsiście ujmując – szlag jasny mnie trafia.

Kasia podsumowała swoje odczucia daleko bardziej mięsiście, telefon aż zatrząsł mi się w dłoni od jej wściekłej reakcji na nowiny.

Hubert, Zosia i Kostek tylko się śmieją, oni nie płacą wcale, nikt dotąd nie przysłał im żadnego nakazu, tylko my z Kasią od dziewięciu lat jak te durne opłacamy usługi które realizowane są dopiero od trzech lat, po mojej ostrej interwencji. Ale kiedyś to były kwoty symboliczne, od tych trzech lat już nie symboliczne wcale. 🙁

Dobra, tylko spokojnie. Dzień jest piękny, dziś już nieco mniej upalny, ptaki świergolą i owady bzyczą, słońce świeci na błękitnym niebie i gałęziami drzew kołysze lekki wiatr. Powietrze pachnie latem i schnącą, skoszoną trawą. Cudnie jest, cudnie!

Jutro obiecałam wstąpić do Martyny, zdała Maturę popisowo więc podobno zasłużyłam co najmniej na ten pyszny placek z rabarbarem, który tak lubię w mistrzowskim wykonaniu pani Agnieszki. To bardzo miłe.

Dziś jeszcze czeka mnie dokoszenie podwórka pod orzechem, wczoraj wkosiłam się w tę łączkę niemal do ogniska, ale już nie miałam siły na więcej. Jak się spodziewałam, na tym kawałku gęstej, wybujałej trawy spotkałam dwie żmije. Wygląda na to, że nasza „czarna bestia” się rozmnożyła, wczorajsze pełzacze były nieco mniejsze, grubości kciuka, ale i tak robią wrażenie. Plus taki, że płochliwe bardzo, szybko zniknęły obie w trawiastym gąszczu na polu Zosi powyżej. Muszę powiedzieć Hubertowi, raczej nie będzie zachwycony, czarna żmija wyjątkowo upodobała sobie jego ogródek i grządki czosnku, między którymi zwykle się wyleguje. Jest chyba największa z tych które dotąd widziałam, większa od wszystkich żółtych, rudych i szarych, zygzak zlewa się z resztą i trudno go odróżnić, ale na próżno szukać żółtych plamek za uszami, to nie jest poczciwy zaskroniec.

Mam nadzieję, że dzisiaj już nie spotkam żadnego zygzakowatego pełzactwa, niby mam kalosze, ale jakoś skóra cierpnie na ten widok.

No, widzę, że słońce przeszło już za orzech, łączka do skoszenia jest już w cieniu. Czas się spryskać repelentem, w kalosze wskoczyć i kosę w dłoń uchwycić. Do dzieła!   🙂


 

4 thoughts on “Śmieciowe zmartwienia i mniej chwaściorów. ;-)

  1. Ha ha, Hubert pozwolił 🙂 Ryczę ze śmiechu – pytałaś sąsiada, czy możesz mu wykosić? Ty masz chyba we krwi to koszenie 🙂
    (Ale i tak Cię lubię) 🙂

    1. Ależ tak, Zosiu. Pytałam! 🙂 Mamy układ z sąsiadem co do tej łączki. Taki to mały paseczek pola wciśnięty między mój dom a płot Kasi, ten naprzeciwko werandy, bo moje pole właściwie kończy się metr poniżej werandy! Chciałam już dawno odkupić to poletko od Huberta (jest tego ze dwa ary albo mniej), ale to na razie niemożliwe, bo dom Huberta ma nieuregulowaną kwestię własności. Ale pozwolił mi po prostu używać sobie ten kawalątek, odgrodzić od lasu – tym kawałkiem płotu ukośnie schodzącym w dół do narożnika płotu Kasi. W ten sposób wygląda jak integralna część mojego podwórka, koszę więc i to, żeby nie hodować tu żmij. 🙂

    1. Hehe, nie pół góry, tylko swoje podwórko. I poletko sąsiada (przed werandą), którym to poletkiem się opiekuję. Bo wygląda jak moje i jest w obrębie mojego ogrodzenia. Hubert pozwolił. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *