Metamorfoza „człowieka gór”… ;-)

Metamorfoza „człowieka gór”… ;-)

8 lipca 2019

Oj, nie dane mi jakoś wyspać i powylegiwać się do syta. Dziś znowu bladym świtem trzeba było wstać, kolegę na dół wyprawić, jednak odprowadzać go już nie musiałam. Piąta trzydzieści zaledwie wybiła, kiedy budzik Rafała rozkukurykał się z przeciwległego kąta izby. Na szczęście już nie spałam i tak, w przeciwnym wypadku chyba bym zawału dostała.

– Nie wierzę. Koguta sobie nagrałeś do budzenia?

Rafał plasnął „koguta” w szybkę i zawinął się z powrotem w pościel. Wyglądał jak wielki krokiet z wystającym z jednej strony farszem z ludzkich stóp. W całości.

– Nie wstaję. – poinformował mnie stłumionym głosem spod kołdry. – Człowieku gór, bądź dobrą koleżanką i jedź za mnie do Frankfurtu.

– Oczywiście. – zgodziłam się. – Zaraz zejdę do Modrzewiska i powiem twojej żonie, że to ja z nią jadę. A ona pół godziny później tu będzie i zrobi z pewnością więcej hałasu niż ten twój budzik.

Rafał usiadł na łóżku i spojrzał na mnie spode łba. Zwichrzona, czarna czupryna jeszcze dodawała jego minie posępności.

– Przekonałaś mnie.  Ale tak mi się dobrze spało, wygodne to łóżko Krzyśka.

Duża, czarna kawa postawiła mojego kumpla na obie nogi, wypiliśmy ją na werandzie. Szybkie śniadanie pod chmurami i Rafał pobiegł ścieżką przez las.

Przyjechał wczoraj po południu, żona przywiozła go do Modrzewiska, dobrze się złożyło, że akurat obydwoje mieli sprawy w okolicy. Przywitałam się z panią Tereską, zamieniłyśmy kilka zdań i pojechała do Zwardonia, na spotkanie ze znajomymi.

Wykorzystałam pojawienie się dwóch dodatkowych rąk i schodząc zostawiłam przy strumyku cztery butle na wodę, po drodze napełniliśmy je z „Odysem” i zabraliśmy do domu. Spodziewana deszczówka jednak nie spadła z nieba w ilości pozwalającej na napełnienie wiaderka pod rynną, a wody w studni jest teraz bardzo mało i nie pachnie zbyt zachęcająco.

Rafał chciałby kupić tu dom albo działkę pod dom. Letniskowy jedynie i jednak nie na górze, zasapał się trochę kiedy wchodziliśmy, choć miał ze sobą jedynie symboliczny plecaczek z ubraniem na zmianę i butelką wina. Cóż, lata robią swoje, kiedyś był wręcz wyczynowcem, dumnie nazywał siebie znawcą tatrzańskich szlaków, a dziś to spokojny, stonowany człowiek z lekko melancholijnym podejściem do życia i zdeklarowany sybaryta. Duża zmiana, myślę że i pani Tereska miała tu spory wkład. Chwała jej za to, kiedyś ta brawura, niezachwiana pewność siebie i pogarda dla ludzkiej słabości była w naszym koledze dość irytująca. Wygląda na to, że i empatii można się nauczyć. 🙂

Założyliśmy wysokie kalosze i wybraliśmy się na spacer po Groniu, przeszliśmy na Wiśniową brodząc po kolana w wysokich trawach, rozmawiając o wszystkim, jakbyśmy ostatnio widzieli się przed tygodniem, a nie kilkunastoma laty. Wieczorem zasiedliśmy na werandzie przy lampce wina i sałatce z łososiem, nie mogąc się nagadać.

Drugą lampkę wina jednak wypiliśmy już przy stole w domu, wraz ze zmrokiem na Groń przypełzł nieprzyjemny ziąb. Ale i w izbie sympatycznie mijały chwile na wesołych wspomnieniach, nowinach i oglądaniu zdjęć.

Cieszę się, że nasz „Odys” znalazł tę swoją Itakę pod Frankfurtem, nawet chyba troszkę mu zazdroszczę tej bezpiecznej stabilizacji. Kto by pomyślał, że po latach to on mnie będzie nazywał „człowiekiem gór”, a nie odwrotnie.  😉


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *