Konserwacja werandy i wyobraźnia na manowce… ;-)

Konserwacja werandy i wyobraźnia na manowce… ;-)

9 lipca 2019

Wczoraj wszystko przesunęło się nieco w czasie, choć Rafał wyjechał bardzo wcześnie, jakoś nie mogłam się zorganizować sensownie i później niż planowałam zeszłam po zakupy. Chłód poranny utrzymywał się zaskakująco długo, musiałam założyć ciepłą bluzę a do plecaka spakowałam jak zwykle pelerynę na wypadek spełnienia się prognoz. Nie spełniły się jednak, ale bluza okazała się nieodzowna, maszerując doliną kilka razy musiałam zapinać ją pod sam nos i odwijać rękawy.

Chciałam wstąpić do pana Marka, zapytać o możliwość wwiezienia zapasu wody, ale z daleka zobaczyłam pusty, otwarty garaż w którym zwykle stoi „marhikuł”, nie skręciłam więc nawet w jego kierunku. Zza drzew nie zauważyłam, że pan Marek jednak był przed domem, usłyszałam dopiero jego wołanie:

– Dzień dobry pani Marylko! Jak tam zdrowie?

Nie widzieliśmy się od tego feralnego dnia, kiedy wwoził mnie na Groń po sromotnym upadku w wyniku ataku sznurówek.

– Ooo, dzień dobry! Myślałam, że pan wyjechał, garaż pusty… – zawróciłam i weszłam na podwórko, wyciągając rękę na powitanie.

– A, bo moje wehikuły stoją teraz tam, mają nowe miejsce. – za domem stała nowa szopa. – Ale widzę, że pani już całkiem wróciła do formy!

Krótko opisałam sytuację z całym leczeniem po upadku, załatwiłam też kwestię transportu wody. Okazało się, że pan Marek akurat ma urlop, więc w dowolnym momencie mogę przywieźć zakupy i wwiezie mi je na Groń. Bardzo mnie to ucieszyło, dalsza drogę więc pokonałam w wyśmienitym nastroju.

Było już dobrze po jedenastej, kiedy mijałam piękny dom z tarasem, który zawsze przykuwa moją uwagę. Dom częściowo murowany i częściowo drewniany, idealnie łączący góralski styl z nowoczesnością. Zadbane, ze smakiem i rozmachem zaaranżowane obejście, no i ten duży, drewniany taras na piętrze. Jak zwykle przyglądałam się budynkowi z przyjemnością, kiedy na tarasie pojawił się jakiś mężczyzna, nawołując do wnętrza otwartego pokoju obok:

– Skarbie, wstajemy! Pyszności ci przygotowałem!

Odruchowo spojrzałam na zegarek. Jedenasta trzydzieści pięć. Nieźle…

Oczami wyobraźni zobaczyłam zwiewną i bosą, otulającą się jedwabnym szlafrokiem piękność (przecież musiała być piękna!), leniwie wychodzącą z sypialni, a w salonie obok parujące bułeczki, truskawki i koniecznie kwiatek w szklanym, smukłym flakonie. I kawę w subtelnej filiżance.

– To ma kobitka życie… – pomyślałam z westchnieniem.

Jakież było moje zdumienie, kiedy z rzekomej sypialni wybiegł wielki labrador, a pan pochylił się, głaszcząc go i pieszczotliwie powtarzając zaproszenie na owe przygotowane pyszności. Nie mogłam powstrzymać się przed parsknięciem głośnym śmiechem z samej siebie i szybko poszłam dalej. Jak to wyobraźnia potrafi wyprowadzić na manowce. 🙂

Zresztą, czy mnie by się takie życie podobało? Dom – bez wątpienia. Ale chyba by mnie szlag trafił, gdybym miała spać do jedenastej, to jednak nie mój styl.

Obeszłam potrzebne sklepy, pan Bronek cierpliwie czekał na mnie w swojej taksówce, gdzie znosiłam kolejno zakupy: drewnochron, piętnaście butli wody, torbę owoców i warzyw, ryby wędzone i parę innych drobiazgów. Zawieźliśmy to wszystko do pana Marka, wypakowaliśmy w garażu, a że właściciela akurat nie było, zostawiłam wodę i drewnochron, a sama z wypchanym resztą zakupów plecakiem i torbą postanowiłam powędrować na Groń, do pana Marka wysłałam sms-a z informacją, że zakupy stoją gotowe do wwiezienia na górę.

Idąc, porozmawiałam chwilę z Krzysiem przez telefon i całkiem zapomniałam o grzechotaniu tic-takami…

Pomyślałam o nich dopiero chwilę potem, zbliżając się do rozdroża ze zwaloną od zimy amboną. Byłam akurat w głębokiej części drogi, po lewej i po prawej stronie miałam strome skarpy sięgające mi ramion, poczułam się więc mocno nieswojo, kiedy w gęstwinie z prawej usłyszałam głośne trzaski łamanych gałęzi. Coś dużego i ciężkiego szło prosto na mnie i szybko się do mnie zbliżało! Błyskawicznie przyśpieszyłam, pognałam drogą przed siebie i wyciągnęłam z torby dyżurną paczkę tic-taków. Kiedy byłam już jakieś dwadzieścia metrów dalej, zaczęłam nimi grzechotać, nie ustając w biegu. Plecak mi ciążył, ścieżka biegła razem ze mną stromo w górę, ale nie było wyjścia. To pewnie był zwykły jeleń, ale i on mógł być niejakim zagrożeniem, zeskakując z zarośniętej skarpy na drogę. To duże zwierzę. A zaskoczone zwierzę, nawet łagodne, bywa nieprzewidywalne. Oddaliłam się więc szybko i  głośno, żeby tego zaskoczenia uniknąć.

Zwolniłam dopiero przy strumyku, gdzie zostawiłam znowu dwie butle na wodę. Zdjęłam plecak, napełniłam czym prędzej butle i pognałam dalej pod górę. Daaawno chyba tak szybko nie przeszłam tej drogi!

Pan Marek przyjechał z wodą i drewnochronem dwie godziny później, kiedy już zdążyłam ochłonąć, umyć się, wypić kawę i prawie zapomnieć o tym szaleńczym biegu pod górę.

W prognozach na dziś znowu był deszcz, nie czekałam więc, tylko oczyściłam i pomalowałam werandę drewnochronem. Prognozy znowu się nie sprawdziły, ranek przywitał mnie pięknym słońcem, ale z przyjemnością oglądam świeżutko pomalowane deski. Dziś jeszcze nie będę po nich chodzić, niech doschnie wszystko jak trzeba. To już dwa lata, odkąd Romek i Staszek ją zbudowali, drewno gdzieniegdzie spękało pod wpływem słońca.

Się ma fajną werandę, się musi o nią dbać, nie spolegiwać do jedenastej i czekać że ktoś obsłuży jako tego labradora – skarba! 😉


6 thoughts on “Konserwacja werandy i wyobraźnia na manowce… ;-)

  1. Ech w życiu nie pomyślałbym, że to już 2 lata. Ale minęło. Trzeba pomyśleć o zbudowaniu czegoś nowego. To dotyczy chatki i życia.

  2. Och…. tak dawno mnie tu nie było 😔
    Czeka mnie dużo zaległości ale mając na uwadze jak po przeczytaniu dzisiaj rano kilku opowieści , które działają na mnie jak lek na całe zło i szary dzień staje się kolorowy, to warto.☺️
    Pękałam ze śmiechu kiedy przemieniłaś w swojej wyobraźni labradora w zwiewną i boską, otulającą się jedwabnym szlafrokiem piękność …😂
    dziekuje za poprawianie humoru i pozdrawiam cieplutko😘

    1. Haha, dzięki, Kasiu. Nie ma nic milszego i bardziej motywującego, niż słowa, że moje bazgraninki mogą działać jak lek – choćby i na kapinkę zła. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *