W oczekiwaniu na prysznic z nieba… :-)

W oczekiwaniu na prysznic z nieba… :-)

10 lipca 2019

Wczoraj nie schodziłam w dolinę, zrobiłam tylko trzy rundki do strumyka po wodę, każdorazowo przynosząc dwie pięciolitrowe butle. Zapas czystej wody do mycia i prania zwiększył mi się zatem znacząco, mogę brudzić się ile dusza zapragnie.

Po malowaniu werandy zostało mi trochę drewnochronu w puszce, „machnęłam” więc i schody, i furtkę podrapaną jeszcze przez naszą Melcię wskakującą przez nią na podwórko w czasie powrotów ze swojej kociej łazęgi. Podlałam znowu posadzone w tym roku krzewy, powędrowałam też do chaty Kostka, podlać pelargonię na tarasie. W wiadomości na fejsbuku obawiał się że uschła już zupełnie, a tu – proszę: dzielna roślinka zakwitła wręcz i wdzięcznie zapozowała mi do zdjęcia, kiedy poinformowałam ją że zamierzam wysłać je „pańciowi”.

Kiedy po raz drugi nabierałam wodę z potoku, zobaczyłam na ścieżce jakąś, objuczoną wielką torbą kobietę wchodzącą z trudem i potem na czole na Groń. Towarzyszyła jej mała dziewczynka. Siedziałam przy strumyku poniżej drogi, nie chcąc więc ich przestraszyć nagłym pojawieniem się, już z daleka powiedziałam wesoło:

– Dzień dobry! – i wyprostowałam się, sięgając głową wysokości ścieżki.

Nie doczekałam się jednak wzajemnego uśmiechu, kobieta obrzuciła mnie spojrzeniem tak wściekłym i niechętnym, jakby właśnie odkryła że wytrułam jej całą rodzinę, a ją obarczyła kosztami pogrzebu.

– Dzień dobry. – burknęła i przeszła dalej, posapując z wysiłku.

Była młoda, dużo młodsza ode mnie, ale pewnie miała zły dzień, albo po prostu nie należy do wielbicieli górskich wędrówek. Po chwili, już z butlami pełnymi wody, wyprzedziłam obie panie, rzucając współczująco:

– Niełatwe podejście, prawda?

Kobieta bez słowa postawiła torbę na ziemi i odwróciła się do mnie plecami. Wolałam więc nie kontynuować sympatycznej pogawędki i dziarsko ruszyłam w górę. Co tam, pewnie mama tej pani powtarzała, żeby nie rozmawiała z nieznajomymi.

Okazało się, że była to damska część rodzinki która przybyła na wypoczynek do domu Mateusza. Męska część , liczebnie przeważająca, jest dużo bardziej kontaktowa, na wszelki wypadek jednak trzymam się na dystans. 😉

Dziś ranek wstał jakiś ciemny, z nieokreślonym smutkiem wiszącym w powietrzu. Żaden zły sen, żadne konkretne wydarzenie, może to szaro-granatowe niebo nad Grzebykiem spowodowało, że schodziłam do Modrzewiska z dziwnie milczącą duszą. Zresztą cała natura zdawała się milczeć, nawet strumyk szemrał jakoś bezgłośnie i obyło się bez bzyczenia badziewia w postaci końskich much.

Przemaszerowałam kilka kilometrów, witając się jedynie z panią Agnieszką, wychylającą się akurat przez okno. Poza tym – pusta, cicha wieś. Ale spadł delikatny deszcz i na chwilę wszystko się zmieniło: niebo pojaśniało, odezwały się ptaki, a zapachy odzyskały intensywność. Mam wrażenie, że i ludzi na podwórkach zaczęło przybywać.

Nie chciało mi się już wracać na piechotę, zabrałam się z panem Bronkiem – taksówkarzem. I on miał dzisiaj jakiś melancholijny nastrój.

– Pani Marylko, proszę się nie gniewać, ale już dawno chciałem zapytać…

– Proszę pytać śmiało, o co chodzi panie Bronku?

– Wie pani, ja przecież pamiętam, jak ten pani chłopak mówił, że za jakiś czas gości weselnych będę wam woził. Jak się cieszył, że pani jest… no, że będzie was więcej. A potem… pani tyle lat sama z Krzysiem. A on… żyje?

Przez chwilę milczałam, zaskoczona. Pan Bronek nigdy nie był wścibski ani nietaktowny, jak to zdarzało się jego kolegom. Wiem więc, że jego pytanie wypływa z troski raczej i współczucia, niż pustej ciekawości. Rzeczywiście, on był wtedy młodym kierowcą, obydwoje z Grzegorzem bardzo go lubiliśmy, często korzystaliśmy z jego usług o różnych porach.

– Tak, żyje i ma się dobrze. Ale dzisiaj jest taki dzień, że nie chciałabym mówić nic więcej. Dobrze, panie Bronku? Obiecuję, porozmawiamy o tym. Ale teraz – ciemno znowu się robi, chmurzyska takie, lepiej nie mówić o sprawach które nigdy nie przestaną boleć.

– Dobrze, proszę wybaczyć. Między dorosłymi bywa różnie, ale ja sobie nie umiem wyobrazić, jakim to trzeba być człowiekiem, żeby własne dziecko zostawić.

– Ja też, panie Bronku, ja też. Ale teraz pędzę na Groń, bo zanosi się na jakiś solidny prysznic z nieba!

Pożegnałam się z sympatycznym kierowcą i mimo zapowiedzi pędzenia – powoli ruszyłam na górę. Plecak tym razem miałam lekki, dokupiłam jedynie kilka drobiazgów i owoce które zajadam ochoczo w ilościach sporych. Wbrew pozorom, uwagi znajomego taksówkarza nie wbiły mnie w ponury nastrój, a wręcz dziwnie uspokoiły. Jakby ktoś pogładził mnie po głowie.

Jak zwykle, zatrzymałam się przy potoku i napełniłam wodą zostawione tam wcześniej butle, zrobiłam kilka zdjęć i pomaszerowałam dalej, zapatrzona w istny teatr nad sobą. Niebo zmieniało się cały czas, raz straszyło ciemnosiną, nisko zaciągniętą powłoką, raz błyskało błękitem i wesołymi promieniami słońca spomiędzy ciemnych chmur. Jak w życiu.

Już przed samym szczytem, dwie sarenki przebiegły mi drogę i zniknęły w kozakowym zagajniku. Od domów dobiegł mnie śmiech dzieci, jakiś ptak radośnie tiurlitał. A deszcz lunął, kiedy już otwierałam drzwi chatki. I jak się tu nie uśmiechnąć?  🙂


 

4 thoughts on “W oczekiwaniu na prysznic z nieba… :-)

  1. Tak sugestywnie piszesz, że wydaje mi się, jakbym tam z Tobą była, jakbym znała tych ludzi, okolice, domy…
    Jak gdzieś będę wędrować i zobaczę butlę przy strumieniu to napełnię i pomyślę o Tobie:)

    1. Zosiu, ogromnie się cieszę, że tak odbierasz moje pisanie, dziękuję!
      Ale to świadczy także o Twojej plastycznej wyobraźni. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *