Szaleństwa panny Aury… ;-)

Szaleństwa panny Aury… ;-)

14 lipca 2019

Zostawiłam góry za sobą na chwilę, trzeba pozałatwiać parę spraw i parę osób odwiedzić. Zresztą, trochę się na naszą groniową pannę Aurę obraziłam, zabawiła się mną, paskudnica.

Przedwczoraj burze goniły jedna drugą i mocno musiałam się nawysilać, żeby w końcu przynieść te dwie butle wody ze strumyka. Cud, że nie zmokłam, choć niespecjalnie przed deszczem uciekałam, ale z pośpiesznego spaceru po wodę przyjemność miałam nieco mniejszą niż zwykle.

To nic nowego, że w górach pogoda szybko się zmienia. Ale wszystko ma swoje granice, taka zmienność też! Tym razem Aura grubo przesadziła.

Słonko świeciło na złoto, chmury wydawały się daleko od koniuszków jego radosnej protuberancji, wdziałam więc kalosze, wpakowałam telefon, aparat i klucze do torebusi na pasku i chwyciłam w dłoń dwie puste butle na wodę. Wyszłam dziarsko przed dom, zamknęłam drzwi i… kiedy się odwróciłam, już robiło się szaro i posępnie, a z nieba bez ostrzeżenia lunęła fala deszczu, spomiędzy której błysnął świetlisty zygzak błyskawicy.

– No dobra, – mruknęłam, wróciłam do domu i wyniosłam wiadro pod rynnę. – Może być i deszczówka.

Zdjęłam kalosze, powiesiłam pasek z maleńką torebką na wieszaku i zasiadłam z książką w fotelu przy oknie. A za oknem złote, jaskrawe światło zalało właśnie moje poletko pod orzechem, ule Józka zalśniły wesoło czerwienią i zielenią. Koniec ulewy, cisza po burzy.

Odczekałam więc trochę i powtórzyłam procedurę wyjścia: kalosze, torebusia, klucze, drzwi…

Panna Aura najwyraźniej miała szampański humor i także powtórzyła swoją procedurę: ledwo zamknęłam drzwi domu, przechyliła ceber i trzepnęła błyskawicą o ziemię.

Za trzecim razem nie dałam się już zagnać z powrotem do izby, usiadłam na progu od „rufy” i uparcie czekałam na koniec nawałnicy. Kiedy tylko deszcz zelżał, a burza z pomrukiwaniem odpełzła za Grzebyk, pomaszerowałam do furtki. Oczywiście, wzięłam ze sobą pelerynę, ale okazało się, że nie musiałam jej w ogóle zakładać. Wstrzeliłam się dokładnie w półgodzinną przerwę między burzami i ulewami.

Mijając chatę Mateusza zauważyłam zaryglowane na głucho drzwi i okna, okazało się że goście wytrzymali zaledwie dwa dni, szybko opuścili Groń. Niespecjalnie mnie to zdziwiło, wszak pani z córeczką i tobołami ewidentnie nie była zachwycona koniecznością wdrapywania się na górę, pewnie więc i pozostawaniem na tej górze w czasie burz i ulew – nie bardzo. Co więcej, przy trójce dzieci brak łazienki jest z pewnością uciążliwy, coraz mniej młodych osób potrafi się w takiej rzeczywistości zorganizować. Zresztą, w imię czego? Tych pięknych widoków i świeżego powietrza? To już zdecydowanie za mało.

Przy strumyku spotkałam znajomego leśnika, zamieniliśmy kilka zdań o tym co zwykle, czyli szalonej wycince lasu i szalonych decyzjach szalonych ignorantów.

– Ech, pani Marylko, od tego łapania się za głowę to ja wkrótce całkiem wyłysieję! – machnął ręką pan Wojtek. – Lecę, bo zaraz lunie!

W zadumie napełniłam butle, patrząc jak dziarsko wspina się ścieżką na Wiśniową. Chmury znowu gęstniały i burczały, więc i ja ruszyłam żwawo z powrotem do domu.

Na drodze mnóstwo kałuż i bajorek pryskających wysoko gliniastoburymi kroplami, ciężkie od deszczu łodygi wysokich traw pochylonych nad ścieżką ocierały mi się o nogi, więc spodnie po powrocie nadawały mi się już tylko do zdjęcia i wyprania. Deszczówki nabrało się już sporo, nie było z tym problemu. A kapryśnica pogoda zadbała o suszarkę.

Minorowy nastrój po krótkiej rozmowie z leśnikiem nieco mi się rozjaśnił, a już całkiem poweselało, kiedy odezwała się Marta, jedna z pań kursantek które przygotowywałam ostatnio do egzaminu międzynarodowego. Wypoczywa w dalekim kraju i poznaje ludzi, rozmawiając z nimi bez tej męczącej językowej bariery, za co jest mi „wdzięczna stokrotnie”.

Uśmiechałam się do telefonu dziękując za miłe słowa i tłumacząc, że sama sobie to zawdzięcza, sama z siebie powinna być dumna. Nauczyciel nie jest w stanie tak naprawdę nauczyć, może jedynie pomóc uczniowi, by ten nauczył się czegoś co nauczyciel już potrafi. Fakt, to ważna rola: można pomóc, można i zniechęcić.

Jakże się cieszę, kiedy słyszę że pomagam.

A teraz trzeba pozałatwiać ważne sprawy, żeby móc spokojniej odpoczywać w górach. Umówiłyśmy się z Kasią na wyprawę na Grzebyk, a niechby i w deszczu, byle błyskawice nie siekły.

Panna Aura tymczasem niech się wyszaleje. 😉


 

6 thoughts on “Szaleństwa panny Aury… ;-)

  1. przecudne kropelki i wyprawa ciekawa
    Marylka piszę tak z serca i na próbę bo nie wiedziałam
    jak mam pisać komentarze,menża pomogła

  2. Wyprawa na Grzebyk!!!!! Jakże Wam zazdroszczę, bo ja znam go tylko z Twoich zdjęć (a jest przeuroczy, mimo że łysiejący – nadal ponętny 🙂

    1. Oj tak, widoki stamtąd są bajeczne! No i jagód po drodze mnóstwo, rosną na skarpach przy ścieżce więc nie trzeba się schylać. :-)))

  3. Fuknęłaś na panią Aurę i pewnie dlatego przegoniła te swoje deszczowe rumaki na drugi koniec Polski. Też kilka razy przerabiałam wychodzenie z domu. No, nie po wodę, ale w końcu ciepnęłam sprzętem fotograficznym (nie dosłownie, broń boże) i siadłam obrażona przed oknem 🙂

    1. Wybacz Basiu, nie miałam zamiaru napuszczać panny Aury na nikogo! Sama polazła gdzie chciała, straszna z niej powsinoga.
      Dobrze, że aparat ciepnęłaś na miękkie… ;-)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *