Błądzić jest rzeczą ludzką… ;-)

Błądzić jest rzeczą ludzką… ;-)

18 lipca 2019

Jeszcze nie w górach, jeszcze w nerwowym załatwianiu spraw służbowych, ale już buty ustawiłam przy drzwiach w oczekiwaniu na wyjazd, to już za parę dni. Sama nie wiem, czy zabierać ze sobą Tośkę, mój pobyt znowu będzie mocno tymczasowy: zadzwonią zaprosić na rozmowę, wskakuję w pociąg i jadę. Z kotem to już nie jest takie proste, Melka jeździła autem Krzyśka i darła twarz wniebogłosy niemal całą drogę, niezależnie od tego czy siedziała u mnie na kolanach czy w transporterku. Strach pomyśleć, co by było w pociągu. Kiedy tylko auto naprawią, Krzyś wyjeżdża do pracy jak co roku latem, nikt więc samochodem po mnie nie przyjedzie…

Ale Kasia jakoś daje radę ze swoim Maksiem, chyba i ja spróbuję. Zresztą, może Tośka nie będzie wcale taka hałaśliwa?

Kalina walczy z remontem swojego mieszkania w Katowicach, raczej nie zjawi się więc tego lata na Groniu, ale mocno się ubawiłyśmy znowu prowadząc łzawe pogaduchy na Skype. Łzawe, bo choćbyśmy zaczęły z minami grobowymi, o poważnych sprawach, zawsze kończymy płacząc i turlając się ze śmiechu. Niezła terapia.

Tym razem opowiedziałam Kalinie o wizycie Rafała, nawiązując do jego zgubienia się w lesie przed laty. Kala parsknęła w monitor:

– Oj Maryl, Maryl… a zapomniał wół?

– Ale że co? – zdziwiłam się.

– Nie pamiętasz, jak my same osobiście wylądowałyśmy w okołosiwogroniowej głuszy i nijak nie potrafiłyśmy podać swojego położenia Staszkowi?

A to dopiero! Fakt!

Staszek wtedy przyjechał po raz pierwszy ze swoją dziewczyną, zakochany po uszy i z oczami po klapki. Trzeba było znosić jakoś dziwaczne humory i nietaktowne uwagi Beatki, ale cieszyłam się że mój przyjaciel odnalazł miłość swojego życia. Jednak na wspólną wyprawę na Grzebyk ani ja, ani Kalina jakoś nie miałyśmy najmniejszej ochoty. Wielką ochotę miał za to dziesięcioletni wtedy Krzyś, zaopatrzony w swój nowy aparat fotograficzny który zamierzał wypróbować, podzieliliśmy się więc na dwie grupy. Kala i ja zostałyśmy na Groniu, by uporządkować wymagającą tego chatkę i przygotować biesiadę ogniskową na wieczór.

Biesiada, jak wiadomo, w poważnej części składa się ze spożywania wiktuałów, trzeba było więc wybrać się po nie do Modrzewiska gdzie wówczas istniał jeszcze niewielki sklepik pani Danusi.

Środek lata, pogoda cudowna, zarzuciłyśmy więc plecaki na ramiona i najprostszą, dziś już mocno zarośniętą i zdziczałą ścieżką zwaną „sklepowiną” (jako że prowadziła niemal prosto do markeciku Danusi) zbiegłyśmy do Modrzewiska.

Kiedy już zakupiłyśmy dwa bochenki chleba, dwa kilo „urszulek”, tyleż ziemniaków, sery, piwa, pomidory i co tam jeszcze, wesoło pożegnałyśmy się z sympatyczną sprzedawczynią ale plecaki zakładałyśmy z minami wcale już nie wesołymi.

– Co ci powiem to ci powiem, ale ci powiem: ciężkie. – stwierdziła moja przyjaciółka smętnie.

Równie smętnie przytaknęłam, wyobrażając sobie ten morderczy powrót stromą ścieżką na szczyt.

– Słuchaj, a może pójdziemy przez stare wczasowisko? Droga pięć razy dłuższa, ale łagodnie, stopniowo się wchodzi. Kiedyś wjeżdżałam nią traktorem. – zaproponowałam.

– Czemu nie! – ucieszyła się Kala. – Mamy czas, możemy iść powoli. Byle nie tą stromizną!

– Tylko… ja nie pamiętam, jak ta droga idzie, wiem tylko w którym mniej więcej miejscu się na nią wchodziło. – zastrzegłam.

Kaliny to jednak nie zraziło, dziarsko ruszyła za mną.

– Hm, gdzieś tutaj przekraczało się rzekę. –  po chwili marszu zauważyłam, że podobnych brodów jest kilka, w niewielkiej odległości. Nie miałam pojęcia który wybrać.

– Dobra, chodźmy tędy, zobaczymy czy po drugiej stronie jest jakaś droga. Może rozpoznam.

Nie rozpoznałam, ale jakaś półdzika droga była, łagodnie prowadziła w górę. Rosły przy niej jagody i maliny, zatrzymywałyśmy się więc co chwila, pałaszując leśne pyszności. W końcu rzeka zniknęła nam za zielonym gąszczem, słychać było tylko popiskiwanie ptactwa i brzęczenie owadów. Droga zaczęła rozmieniać się na drobne, ale nadal prowadziła nas coraz wyżej i wyżej. Tłum drzew i krzewów zaczął gęstnieć, a droga – ni stąd ni zowąd wmieszała się w ten tłum i zniknęła.

– Tjaaaa… – Kalina rozejrzała się z rozbawieniem. – I tak zostałyśmy otoczone bogatą szatą roślinną.

Szłyśmy już dobre pół godziny pod górę, zupełnie nie chciało nam się wracać. Uznałyśmy, że kierujemy się wyżej każdą, choćby najciaśniejszą ścieżynką czy prześwitem między gałęziami. Tak byłyśmy tym szukaniem przejść zaabsorbowane, że zupełnie nie zważałyśmy na kierunek w jakim idziemy. Byle wyżej.

– Maryl, polanka! – wykrzyknęła wreszcie Kalina, gramoląc się spomiędzy gałęzi. – Zróbmy postój.

Rzeczona polanka była jedynie w miarę pustym miejscem wielkości około trzy na trzy metry, ale na środku tkwiły dwa, jakby dla nas przygotowane, pniaki. Zdjęłyśmy z ramion ciężary i rozsiadłyśmy się wygodnie. Co za ulga!

W tejże chwili zadzwonił mój telefon: wielka, cegłopodobna komórka. Staszek.

– Wiesz Maryl, troszkę pobłądziliśmy na szlaku i wrócimy nieco później. Krzyś zgubił aparat ale już się znalazł, u nas wszystko w porządku, a wy gdzie jesteście?

– My? – odpowiedziałam beztrosko, rozglądając się. – Nie mam pojęcia, gdzieś w lesie.

Kalina parsknęła śmiechem, a Staszek zamilkł na chwilę.

– To znaczy? Gdzie w lesie? Coś mi chyba przerywa!

– Serio, nie wiem. Ale nie ma obawy, dotrzemy do domu przed wami, zdążymy przygotować ognisko.

Upewniłam się jeszcze, że Krzyś ma się dobrze i nie poobcierał nóg, po czym straciłam zasięg.

– Maryl, mam świetny pomysł. –  Kala otworzyła swój wypchany plecak i wydobyła z niego dwie butelki piwa. – Pokrzepmy się przed dalszą drogą, będzie lżej!

– Z gwinta? Niech będzie, masz jakiś otwieracz? – przystałam chętnie.

– Hm. Otwieracza nie mam. Ale coś wymyślimy. – stropiła się Kalina.

– Mam! – zadarłam koszulkę i rozpięłam pasek przy spodniach.

Klamerka świetnie się nadawała, w mig poradziła sobie z kapslami. Jeden z nich upadł w trawę, podnosząc go zauważyłam mnóstwo smakowitych poziomek.

– Jest i przekąska, widziałaś? – pokazałam uradowanej Kali upstrzone czerwienią krzewinki i podałam jej butelkę z piwem.

Posiedziałyśmy trochę, gawędząc i popijając piwko, po czym schowałyśmy puste butelki do plecaka i ruszyłyśmy dalej, szukając prześwitów w leśnej gęstwinie. Na szczęście, wkrótce nie trzeba się było przedzierać, weszłyśmy w stary bór bliżej szczytu, tu już świerki, modrzewie i jodły były grubsze i wyższe, krzaków i małych drzewek pomiędzy nimi było zdecydowanie mniej. Pojawiły się za to grzyby, wypełniłyśmy nimi niewykorzystaną reklamówkę. Nadal nie wiedziałam gdzie jesteśmy, ale zupełnie się tym nie przejmowałyśmy.

Po jakichś dwóch godzinach tej naszej wędrówki nagle ściana lasu nam się skończyła i wyszłyśmy na szeroką, oświetloną słońcem drogę z młodymi brzozami i gęstymi krzakami jeżyn po drugiej stronie.

– Kala, to Drabina! Jesteśmy na Drabinie! – wykrzyknęłam radośnie.

Przyjaciółka spojrzała na mnie z ukosa i skwitowała:

– Taaa, a ja jestem motylem i mów mi bielinek kapustnik.

Zaśmiałam się i wyjaśniłam, że tak nazwaliśmy z Krzysiem drogę pod szczytem Wiśniowej, wzdłuż której kiedyś poukładane były niewielkie druciane taśmy przypominające drabinki, nie wiadomo po co ciągnęły się dobre sto metrów. Byłam pewna że Kalina zna tę naszą nazwę.

Z „Drabiny” już bez problemu dotarłyśmy na Wysoką Polanę i skręciłyśmy na Siwy Groń, śmiejąc się i ciesząc z odnalezionej ścieżki.

Zdążyłyśmy posprzątać, przygotować drewno na ognisko, ponacinać „urszulki” i pokroić chleb, zrobiłyśmy sałatkę, oczyściłyśmy grzyby i poustawiałyśmy pniaki do siedzenia, zanim Staszek z Beatą i Krzysiem wyłonili się zza domu. Miało się już ku wieczorowi, słońce schowało się za orzechem.

– Sorry, że tak długo nas nie było, – wysapał Krzyś , opadając na pieniek przy ognisku. – trochę pobłądziliśmy, to był jednak głupi pomysł iść niesprawdzonym skrótem. Ale za to wiemy, którędy już nie chodzić.

Spojrzałyśmy na siebie z Kaliną i parsknęłyśmy śmiechem. O, tak! I my coś o tym wiedziałyśmy.


 

6 thoughts on “Błądzić jest rzeczą ludzką… ;-)

  1. Zatem nie tylko ja trafiam na znikające leśne dróżki!
    Czuję się pocieszony 🙂
    Marylo, czy i w Twoich stronach widać porzucone puszki i butelki, czy tylko sudecka to specjalność?

    1. Oj, nie tylko sudecka, niestety. Często przychodzi mi zbierać po kimś butelki, puszki i inne cuda rzucone niefrasobliwie na drodze lub przy niej. :-(((

  2. Tak, jeżeli się zabłądzi na ścieżce życia to gorsza sprawa. Czasem zamiast kilku godzin można stracić całe lata. Ale ważne jest zobaczyć szlak z powrotem. Twój post przypomniał mi o tym. Poproszę teraz o porządną terapię śmiechem!

  3. Podziwiam Was, że nie wpadłyście w panikę…. Ja nie cierpię łazić w górach nieznanymi dróżkami. Za to mój mąż uwielbia i niczym się nie przejmuje…
    A co do terapii śmiechowej – może by mi się przydała…

    1. Tutaj nie było powodów do paniki, do zmroku było daleko. Nie lubię chodzić nieznanymi drogami po ciemku, brrr.
      Oj, każdemu przydaje się śmiechowa terapia, bardzo Ci jej życzę, Zosiu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *