Marysia – dowcipnisia i tęsknota za Borem Mocarnych… :-)

Marysia – dowcipnisia i tęsknota za Borem Mocarnych… :-)

3 sierpnia 2019

Muchy pchają się do domu na potęgę, niebo posiniało a słońce świeci przez mleczno-złotawy filtr, trawa w tym świetle chwilami ma kolor zielonego groszku, co w zestawieniu z tą sinością nieba i rudością wysokich traw za płotem wygląda bardzo malowniczo. Światło niby przymglone, a razi jaskrawością i zmusza do mrużenia oczu. Drzewa rozkołysały i rozszumiały liściaste czupryny a ptaki i świerszcze zamilkły. Idzie burza.

Czas wyłączyć Internet i zasiąść przy oknie w izbie, Tośka zaległa na wyścielonym rudym futrzakiem parapecie i drzemie, nie przeszkadza jej nawet latająca z głośnym brzęczeniem mucha. Dobrze, że zdążyłam wrócić z zakupów, nacieszyć się kamienistą drogą pod stopami i widokiem gór nad lasem. Lada dzień powędrujemy tam z Kasią, może dotrzemy do Grzebyka, może skręcimy gdzie indziej, wypić piwko przy schronisku i uraczyć się jagodami, pewnie gdzieś są i te czarne kurdupelki. 🙂

Wielce ubawiła mnie dziś powrotna podróż do Modrzewiska. Na postoju taksówek już z daleka uśmiechała się do mnie szeroko Marysia z leśniczówki, rozparta wygodnie na zielonej ławce, tuląc do siebie trzy pokaźne torby z zakupami. Z jednej z nich sterczała zawadiacko czuprynka selera naciowego, a z drugiej – obuch siekiery.

– Marylko, ady chodźze ku nom, Bronek juz jedzie, pomiescymy sie a i niedrogo wyńdzie.

– Dzień dobry pani Marysiu! – uśmiechnęłam się i natychmiast zrezygnowałam z dokupienia kilograma winogron, uznałam że tak sympatyczne towarzystwo nieczęsto się trafia, więc zamiast do sklepu pani Izy, podążyłam chyżo ku ławeczce na postoju. Właściwie wszystkie zakupy miałam już w plecaku, w ostatniej chwili jeszcze przeszła mi przez głowę myśl o tych winogronach, bo w domu zostało niewiele. Jedna torba Marysi powędrowała na ziemię, a ja przycupnęłam na końcu ławki.

–  Jako tam zyjecie? – spytała promiennie starsza kobieta o niezmiennie pogodnym spojrzeniu jasnych oczu. – Na Groniu niedźwiedź wom nie dokuco?

– A jakoś tego lata nic nie słychać, śladów też nie ma. Tylko wiosną jeden się szwendał.  – odpowiedziałam. – A u was w leśniczówce się pojawia?

– Ady łaziły dwie bestyje na pozimiu, ale teroz ni ma, kasik polazły. Łowiecki se zadowolone po polak lotajom.

– Tam zaroz lotajom! – odezwał się za mną basowy głos potężnego sąsiada z Modrzewiska. Jakoś rok temu ubawił mnie podejrzeniem, że jestem córką Janeczki z „nieprawego łona”. Skłonił mi się teraz z uśmiechem i  podał swoje wielkie łapsko na powitanie.

– Nie lotajom, ba biegajom. Bydziecie pani Marylce jakiesi bzdury godać. A Bronka jesce ni ma?

– A dzień dobry, sąsiedzie! – ze wstydem pomyślałam znowu, że nie pamiętam jak ma na imię. – Jak tam zdrowie?

– Ady łobleci. Ino jak wstanem, to cujem ze zyjem, bo w kościak łupie. Ba jesce si młode dziywcynta za mnom łoglondajom, to i źle ni ma!

Pani Marysia przymknęła jedno oko i spojrzała na mnie wzrokiem typu „a niech gada”…

Podjechał czarny Peugeot pana Bronka i władowaliśmy się w trójkę z naszymi zakupami. Mnie przypadło miejsce pasażera z przodu, dzierżyłam więc mój plecak na kolanach i jechało mi się całkiem wygodnie. Pani Marysia jednak z trudem mieściła się u boku wielkiego współpasażera.

– Jyndrek, ady weźze te nogi blizyj, coś sie tak rozkracył?!

– Jak blizyj, jak blizyj? Wy baby to se mozecie dować blizyj, wy ta nic we środku ni mocie, a u chłopa to nie tak prosto! – tłumaczył się sąsiad, a ja ucieszyłam się, że pani Marysia podpowiedziała mi nareszcie jego imię.

– Jyndrusiu, Jyndrusiu, ady nie róbze zamiysania o tyn kawołek siusioka! – rozbrajająco odparła Marysia, a sąsiad już bez komentarzy odsunął się, zostawiając jej nieco więcej miejsca.

Oboje z panem Bronkiem parsknęliśmy śmiechem. Po krótkiej chwili dotarliśmy pod Siwy Groń i wysiadłam, żegnając się z resztą towarzystwa. Nadal uśmiechnięta, założyłam paski plecaka na ramiona i raźno ruszyłam ścieżką pod górę.

Niebo było nadal błękitne, udekorowane gdzieniegdzie puchatymi białymi chmurami. Zakupów miałam niewiele, więc szybko i bez większego zmęczenia dotarłam do Bramy Mocarnych, tam dopiero przystanęłam, żeby odczytać esemesa i rozejrzałam się z przyjemnością dookoła.

Uderzyła mnie myśl, że przecież cały ten las kiedyś składał się z takich mocarnych drzew. Nie wchodziłam wtedy obecną drogą, a tym starym borem właśnie, niosąc małego Krzysia na ramionach albo trzymając go za rączkę. Wdrapywaliśmy się na Groń, zajadając się malinami i jeżynami, zbieraliśmy jagody i poziomki. No i grzyby, było ich tu mnóstwo. Jakaż to była radość i zdumienie, kiedy odkryliśmy polankę pełną dorodnych prawdziwków! Nie mogę sobie teraz przypomnieć jak nazwaliśmy to miejsce, muszę zapytać Krzyśka. Grzybowisko? Aaa, już wiem: El Grzybado! Wiele razy potem napełnialiśmy tam koszyki albo torby po brzegi.

Teraz nie sposób nawet tam wejść, młodniki bukowe i świerkowe na zmianę rosną jeszcze gęsto i nie odpuszczają, twardo rywalizując o dostęp do słońca. Całe długie lata muszą minąć, zanim znowu będzie można wejść do tego lasu na grzyby i przedostać się między drzewami na górę.

A tymczasem burza zrezygnowała, z nabrzmiałych siności wyciekł jedynie niewielki deszcz i znowu zaświeciło słońce. Tośka przeciąga się na parapecie, najwyraźniej wybiera się znowu na eksplorację podwórka, a ja pomaszeruję z butlami do strumyka po wodę.
Jakże tęskniłam za takim zwyczajnym dniem.  🙂


12 thoughts on “Marysia – dowcipnisia i tęsknota za Borem Mocarnych… :-)

  1. Z przyjemnością i uśmiechem poznałem rozmowę w taksówce. Jyndruś powinien wiedzieć, że dojrzałe kobiety dworują sobie z pewnych wybujałych męskich mniemań.
    A dzień nakreśliłaś ładnymi barwami, Marylo.
    Zapytałbym, jak trafić na prawdziwkową polanę, ale nie zapytam, bo wiem, że grzybiarz nie zdradza takich tajemnic.

    1. „El Grzybado” – czyli owa prawdziwkowa polana już nie istnieje, zniknęła razem z lasem wokół niej. Teraz jest tam młodnik tak gęsty, że nie sposób się przedrzeć.

  2. nie wiem jakby to…moze tak…czytam jak ludzie mnie rozczarowywuja..jak zycie wciska mnie w podloge…czytam, bo to taka bajka dla doroslych…od razu czuje sie lepiej…oddycham normalnie…to jest dokladnie to, co chcialam widziec – jak piszesz o sobie , o codziennym dniu, ludziach dookola, to JEST WLASNIE TO! Super! I nawet nie wiesz jak pomaga zyc 🙂

    1. Bardzo Ci dziękuję, wzruszyłaś mnie i onieśmieliłaś nieco tymi słowami. 🙂
      Będąc wyposażonym we Wrażliwość, nie uniknie się rozczarowań ludźmi i życiem, sama wiesz najlepiej… rzadkością jest to przysłowiowe posiadanie skóry nosorożca jednocześnie.
      Mnie pomaga żyć to pisanie właśnie. Niedawno zauważyłam, że pisząc o ludziach i wydarzeniach, jakoś łatwiej przychodzi mi powtórne przyjrzenie się im i ich obiektywna ocena, a potem poukładanie wszystkiego we właściwe szufladki – bez chaosu i niepotrzebnej złości.
      Serdecznie Cię pozdrawiam, Bo. 🙂

      1. kto to pisal „ku pokrzepieniu serc”?..aaa Sienkiewicz 🙂 Ty chyba nie wiesz, ze tez to robisz, no to musialam Ci powiedziec 🙂
        Tak trzymac 🙂 Pozdrowienia 🙂

        1. Ha, z tą „niewielką” różnicą, że pan Sienkiewicz to był prawdziwy Pisarz, Mistrz! :-)))
          Ale jeśli moje opowiastki choć troszkę Twoje serce pokrzepiają, to baaaaardzo się cieszę!:-)

  3. Jazda w taksówce ubawiła mnie setnie!!!!!
    I dobrze, że zrezygnowałaś z kupna winogron, bo nie wiedzielibyśmy jak ma leśniczy na imię i dlaczego ma taki szeroki rozkrok:)))))

    1. Haha, pani Marysia nie lubi komplikowania spraw. Jest wcieleniem pogody ducha, lubię jej towarzystwo i jej „proste prawdy”. Warto dla nich poświęcić winogrona. 🙂
      P.S. A pan Jędrek to sąsiad Marysi, nie mąż. Po prostu jechaliśmy wszyscy w tę samą stronę.

  4. Ja tez uwielbiam takie zwyczajne dni .
    Uwielbiam Twoje opowiastki, wiec pisz jak najczęściej 🙂

    1. Tak, „zwyczajne” dni są stanowczo niedoceniane. 🙂
      Dziękuję, miło mi. Pozdrowienia, Gosiu! 🙂

  5. Ano pamiętam jak las był duży i gęsty. A po wycince to nijak drogi nie mogłem odnaleźć pewnego razu. To było smutne i las stał się rumowiskiem. Może Krzysio kiedyś będzie używał tej starej drogi jako nowej?

    1. Pamiętam i ja to Twoje błądzenie… 😉
      Może i tak, może Krzysiek w wieku 60 lat pójdzie znowu do El Grzybado? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *