Burzowe widowisko i „zadyma” o poranku. ;-)

Burzowe widowisko i „zadyma” o poranku. ;-)

4 sierpnia 2019

Wczoraj burza zdecydowała się na stanowcze wkroczenie kiedy już wsuwałam stopy w kalosze, zamierzając podlać pelargonię u Kostka, jak obiecałam. Wicher szarpnął koronami drzew i w ciągu kilku sekund zrobiło się niemal ciemno a z szarych poduch nad Groniem lunęło nagłym deszczem. Tośka, przywołana przeze mnie kilka razy, wskoczyła na parapet i przyglądała się z niesmakiem ścianie huczącej wody rozbryzgującej się na brzegu werandy.

Trzeba przyznać, że burza pokazała swoją potęgę.

Co prawda, nie była to jeszcze TA, jak przed laty, kiedy podłoga chatki się trzęsła a ja siedziałam ubrana do wyjścia, z plecakiem na ramionach, na brzegu tapczanika śpiącego w najlepsze Krzysia, gotowa chwycić go razem ze śpiworkiem i uciekać z domu. Byłam niemal pewna, że w końcu piorun uderzy w nas, widziałam potężne błyskawice chlastające jaskrawo skalistą ziemię przy pasiece Józka. Dopiero o świcie wtedy zdecydowałam się przebrać na powrót w piżamę i położyć spać. Nigdy wcześniej ani później nie przeżyłam takiej burzy. Ta wczorajsza popisała się jednak kilkoma potężnymi grzmotami, trzaskającymi sucho jakby ktoś gruchotał olbrzymie mury, błyskawice przecinały sine niebo malując na nim świetliste tętnice, a deszcz siekł nieustannie, bębniąc co sił w dach. Cały widowiskowy spektakl, było co oglądać! Ech, żebym jeszcze potrafiła pstryknąć kiedy trzeba, a mój kompakcik – zareagować na czas…

W domu było jednak ciepło i sucho, czas mijał sobie obojętnie wraz z tykaniem naściennego zegara. Zrobiłam porządki w kuchni, powycierałam stojące na półkach szklanki i kubki, przetarłam półki i półeczki, popijając zieloną herbatę i pogryzając pyszne ciasteczka z wiśniową konfiturą, na które miałam zaprosić Mateusza z rodzinką. Kurczę, nawet nie zauważyłam, kiedy pudełko zostało puste. Cóż, następnym razem kupię coś mniej pysznego, może się uchowa. 😉

Dziś Tośka zorganizowała pobudkę bledziutkim świtem, pacając mnie łapką w policzek i miaucząc, po czym doskakując wymownie do pustej miseczki. Co było robić. Wiedziałam, że nie odpuści, więc w lekkim półśnie wstałam i wyplusnęłam przebrzydłej awanturnicy saszetkę jej ulubionego jedzonka do miski. Przy okazji odsłoniłam też okno, wyglądając na szarzejące o świcie podwórko.

Błyskawicznie opadły ze mnie resztki snów wszelakich na widok stadka dzików, z których jeden uparcie przeciskał się właśnie przez płot pod orzechem! Niewiele myśląc, chwyciłam mój zwyczajowy zadymotwórczy sprzęt, otworzyłam okno i narobiłam hałasu, zawzięcie waląc pogrzebaczem w patelnię.

Szczeciniaste zwierzaki pędem zwiały, dwa młode śmiesznie kiwały przy tym ogonkami postawionymi jak chorągiewki do góry. Sterczały tak nad trawą do pasieki sąsiada, potem skręciły w lewo i zniknęły w lesie. Dziwne, tylko jeden z dzików był w miarę duży, ale nie sięgał nawet metra wysokości. Trzy lub cztery pozostałe były młode. Zwykle odwiedzają nas pokaźne stada i pokaźne osobniki, które zresztą nie dają się tak łatwo odgonić. Dziś nie musiałam długo hałasować, spyliły natychmiast, nawet żal mi się zrobiło, że tak je zestresowałam. Za to na Tośkę przestałam się boczyć, ona biedula też dostała po uszach, patrzyła na mnie zza fotela zdumiona. Wytłumaczyłam jej więc krótko o co chodzi, powiesiłam patelnię  na ścianie przy piecu, odłożyłam pogrzebacz i wsunęłam się z lubością w cieplutką pościel. O spaniu jednak nie było już mowy, powylegiwałam się więc jeszcze godzinkę i otworzyłam okna na nowy dzień.

Powędruję dziś znowu troszkę, jeśli tylko panna Aura pozwoli, może w końcu przyniosę tę wodę ze strumyka.   🙂


9 thoughts on “Burzowe widowisko i „zadyma” o poranku. ;-)

  1. Opakowania z dobrymi ciastkami zawsze są oszukane, bo gdy jest się pewnym zjedzenia ledwie połowy, jest już puste. Nie wiem, jak to robią producenci, ale sztuka oszukiwania udaje się im doskonale.
    Chciałbym zobaczyć taką prawdziwą burzę, bo już chyba zapomniałem jej oblicza.
    Otworzyć okna na nowy dzień. Urocze.

    1. Haha, Twoje tłumaczenie mnie przekonuje: to wina „oszukanych opakowań”… 😉
      Hm, burza rzeczywiście ma piękne oblicze. Groźne, ale piękne.

  2. Pierwszy raz zdarzyło mi się pomyśleć o Tobie, że jesteś kobietą kontrastów 🙂 A to dlatego, że raz na dziki polujesz patelnią i pogrzebaczem a raz Tic takami. Tymi ostatnimi, to raczej kołyszesz do snu).

    1. Hm. Ani jednym, ani drugim sprzętem nie poluję przecież! Pierwszym – krzyczę: „Won!”, a drugim – uprzedzam: „Drogie dziki, idę, nie wyłaźcie przez chwilę!” 😉

  3. O rany, wystraszyłaś mnie tą burzą…… Bo wybieram się jutro na wędrówkę…
    Nie, ja uwielbiam i podziwiam ją jak jestem w domu. W górach przeżyłam już niejedną, ale po ostatnim z nią spotkaniu ( z dwa, trzy lata temu) na odgłos „bum, bum” dostaje takiego stracha, że hej!!!!

  4. Podziwiam i powiem Ci kochana że kiedyś nie bałam
    się burz teraz jest niestety inaczej. Przypomniało mi się
    jak kiedyś też zostawałam sama w małym Radkiem jak
    mąż musiał jechac do Legnicy na 2-3 dni. Do wioski było
    5km a ja sama w domku wczasowym .Nie wiem jak ja to wtedy znosiłam….. w jezioro pioruny waliły…
    Dzielna jesteś i twarda i za to Ciebie podziwiam i ściskam 🙂

    1. Danusiu, nie ma za co mnie podziwiać, ja od dzieciństwa uwielbiałam burze, wręcz wybiegałam przed dom i gapiłam się w niebo. Teraz też je lubię, nie boję się, wyjątkiem była ta jedna, jedyna noc, kiedy podłoga mi się trzęsła w chatce.
      Joj, nigdy nie widziałam piorunów walących w jezioro, to musi być niesamowity widok…
      Uściski wzajemne, Danusiu! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *