Sąsiedzka „zemsta” i tajemnicza klepsydra…

Sąsiedzka „zemsta” i tajemnicza klepsydra…

5 sierpnia 2019

Moje wczorajsze poranne odganianie dzików hałaśliwym sprzętem pewnie dało się we znaki sąsiadom z dziecięcą drobnicą, jakoś waląc tym moim pogrzebaczem w patelnię zapomniałam, że w domu niedaleko śpią ludzie… co prawda rąbnęłam tylko trzy razy, ale najwyraźniej o trzy za dużo. 😉

Całe popołudnie i wieczór dbali o to, żebym zauważała ich obecność. Rozpalili ognisko pod orzechem, parę metrów od naszego płotu i urządzili „zadymę” zaiste godną tej mojej o piątej rano: dzieci wrzeszczały i piszczały ile wlezie, ganiając się dookoła grupki dorosłych, siedzących na pniakach i turystycznych krzesełkach przy ognisku. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego odtwarzacza wydobywał się głos jakiegoś rapującego gościa, musiał być maks wkurzony na życie, bo cały tekst właściwie składał się z tego co w TV zastępuje się głośnym „piiiiip”.

Jeszcze nie zdarzyło się, żeby dzieci Zosi tak głośno imprezowały tu ze znajomymi, zwykle nawet ich nie słyszę kiedy siedzę na werandzie.

Dobra, zasłużyłam. Postanowiłam więc potulnie wytrzymać tę hałaśliwą zemstę, choć łatwe to nie było. Powtarzałam sobie, że z pewnością zbiorą się i wyjadą przed zmrokiem, ale ku mojej rozpaczy wcale nie zamierzali zakończyć wypoczynku wraz z weekendem.

Za to Tośka grzecznie dziś spała do przyzwoitej szóstej, mogłam więc spokojnie pokrzątać się i zacząć dzień tak jak lubię: kawką na progu.

Jak zmysłami sięgnąć  – cicho i pięknie. Rzadkie kikutki na łysinie Grzebyka tonęły do połowy w szarej, gęstej pierzynie która rozesłała się aż do czubka wielkiej lipy za płotem Kasi. Ale przy jej brzegu, nad lipą, już błyskało filuternie słońce, po chwili wytoczyło się triumfalnie i wielka chmura zaczęła rzednąć. Zapatrzona  w to niebo, nawet nie zauważyłabym małego ślicznego liska, który buszował przy krzakach jeżyn u płotu. Dopiero przyczajona postawa Tośki, gotowej do skoku, zwróciła moją uwagę. Odstawiłam bezszelestnie kubek z kawą i podniosłam aparat leżący na brzegu werandy, drugą ręką przytrzymując kotkę. Nie zdążyłam nawet wysunąć obiektywu, a rudy słodziak najwyraźniej zauważył jakieś poruszenie, podniósł nagle głowę wysoko, przyjrzał się nam i jednym szybkim susem zniknął w jeżynowej gęstwinie. Że też się nie pokłuł.

Po szybkim myciu i równie szybkim śniadaniu, zamknęłam Tośkę w domu i pomaszerowałam po niewielkie zakupy. To jednak wielka radość, móc tak po prostu przemierzać te kamieniste ścieżki, wsłuchiwać się w dźwięki lasu i oglądać błyski słońca migającego spomiędzy liści przy drodze. Panna Aura wyjątkowo urocza: ciepło ale nie upalnie, lekki wietrzyk, obłoki stopujące raz po raz zbyt natarczywy słoneczny blask. No, cudnie!

Od pewnego czasu nie widuję błyszczącego autka przed domem Krystyny, żadnego prania na sznurze, trawa wykoszona wyłącznie w przejściu do domu… dziś poczułam jakiś niejasny niepokój na widok kawałka papieru z charakterystycznym czarnym nadrukiem, na słupie nieopodal. Ta kartka wisi tam już od jakiegoś czasu, ale dopiero dziś poczułam potrzebę sprawdzenia co to. Przeszłam przez niewielki mostek i stanęłam przed słupem przy furtce.

Klepsydra z maja. Nazwisko ledwo odczytywalne, rozmazane przez czas i deszcz. Imię też, ale wyraźnie widać końcówkę: „… yna”. Nie wierzę.

Stałam tak chwilę, przyglądając się to zniszczonej klepsydrze, to zarośniętemu obejściu. Czyżby? A może to przypadek, może chodzi o kogoś innego. Może Krystyna wyjechała stąd, z powrotem do miasta? Może choruje?

Przecież niedawno jeszcze się widziałyśmy, jakoś wiosną piłyśmy herbatę w knajpce, pamiętam że czekała wtedy na gości. Nie znam… to znaczy, nie znałam… o rany, nawet nie wiem jak teraz mówić. Nie poznałam jej nawet dobrze, ale zdążyłam polubić. Co się stało?

Postanowiłam zapytać o Krystynę w sąsiednim domu, dzwoniłam, ale nikt nie otworzył. Może jutro kogoś zastanę.

Tymczasem na Groniu leje deszcz, dotarłam jednak długo przed nim. Po powrocie zobaczyłam terenowe auto sąsiadów obstawione torbami i walizkami, dziś już więc nie grozi mi wieczór z hałasem u płotu.
Ale jakiś smutek unosi mi się chmurą wokół głowy…


 

6 thoughts on “Sąsiedzka „zemsta” i tajemnicza klepsydra…

  1. Marylo, przyznam się do swojego zaskoczenia, czy raczej lekkiego zdumienia. Bo oto mając domek w głuszy, daleko od szosy, masz jednak bliskich sąsiadów i mogą się zdarzać takie sytuacje, jak opisana.
    A przecież wiedziałem przecież, że masz sąsiadów.

    1. Na szczęście, sytuacje takie zdarzają się bardzo rzadko, nawet nie pamiętam kiedy coś takiego miało miejsce wcześniej. Mogę więc przymknąć oko. Tym bardziej, że hałasy owe zepsuły mi dzień jeden z wielu jakie tu aktualnie spędzam, a nie jedyny. 🙂

  2. Kochana sąsiady pożegnały się z Tobą z przytupem
    i zez godnościom osobistom,odegrali się i przypuszczam
    że będą opowiadać znajomym z wielkom satysfakcjom *;*
    Smutna wiadomość co do Twojej znajomej…..ech życie ;(

    1. Sąsiadom to ja już zapomniałam wszelkie ryki i wrzaski, niech tam. 🙂
      A moja znajoma rzeczywiście odeszła.

  3. I mnie jakiś smutek ogarnął…. W „Garze” wypominam Ci przepowiedzenie pogody na dzisiejszy dzień – ale w porównaniu z tą zamazaną kartką to „pikuś”…
    A tą zgrają się nie przejmuj – codziennie bym waliła w patelnię (gwarantuję, że więcej tu nie przyjadą i obrobią Cię, że masz coś z główką :))))

    1. Yyy… to nie było przepowiedzenie, a zachęta do nieprzejmowania się raczej. 😉
      Z tą kartką… do końca nie wiem jeszcze czy to TO. Może jutro się dowiem. Ale smutno jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *