Niespodziewane spotkanie po latach i pożegnanie Krystyny…

Niespodziewane spotkanie po latach i pożegnanie Krystyny…

6 sierpnia 2019

Co za dzień!

Zaczął się wcześnie, o ósmej już schodziłam szybkim marszem w dolinę, parę spraw trzeba było załatwić i zdążyć przed zapowiadanym deszczem. Przechodząc obok domu Kasi, zauważyłam kilka worków śmieci wystawionych jak zwykle pod płotem. Czyżby zamówiła wywóz nic mi nie mówiąc? A może po prostu wyjeżdża na parę dni i w tym czasie mają przyjechać? Zrezygnowałam z dzwonienia do niej z tymi pytaniami, pora jakoby nie była zbyt odpowiednia.

Miałam plan udania się do firmy „odpadowej” na konkretną rozmowę w sprawie tych ich rzekomo nieopłacalnych wywozów, nastawiłam się bojowo i przygotowałam cała listę argumentów nie do odparcia, ale cała moja bojowość uszła jednym pyknięciem na wiadomość o odejściu Krystyny. Sąsiadka potwierdziła, dodając smętnie:

– Ano, tako bogato paniusia, a i łuna sie zebrała…

Grób Krystyny jest w jej mieście rodzinnym kilkaset kilometrów stąd, poszłam więc odwiedzić mogiłę Janeczki i starego Piotra zamiast stukać pięścią w stół w kwestii odpadów. Nadal w refleksyjnym nastroju, sprawdziłam na prośbę Majki rozkład jazdy busów, zakupiłam parę rzeczy i razem z Anią, żoną pana Marka (tego od marhikułu) wróciłam taksówką do Modrzewiska. W zadumie wspinałam się na Groń, zapominając nawet o grzechotaniu tic-takami, jednak nie mogłam powstrzymać śmiechu na widok piątego z kolei zielonego worka na szkło, leżącego w krzakach przy ścieżce. Worki były puste, ewidentnie zgubione przez przejeżdżający traktorek śmieciarzy. Hm, dlaczego Kasia nie powiedziała mi o wywozie? Zawsze dzielimy się takimi informacjami, a ja mam nadal w drewutni  kilka worów pełnych śmieci po sprzątaniu komórki! Czy i ją obudziłam tą moją poranną zadymą antydzikową?!

W efekcie dotarłam do domu objuczona całym naręczem świeżutkich, sprasowanych worów foliowych w kolorze zielonym. Uzbierało się tego chyba ze trzydzieści. Nic to, po wizycie Majki pojutrze wybiorę się jednak do tej firmy wyjaśnić sprawę, renegocjować umowę i przy okazji oddać im większość tych rozsianych po drodze worków. Swoją drogą, tak się cieszę że Majka przyjeżdża, bardzo chcę pogadać z kimś życzliwym tak „oko w ucho”, siedząc na werandzie. Szkoda, że dopiero pojutrze.

Zdążyłam ledwie umyć się i przebrać po powrocie, kiedy do drzwi od „rufy” ktoś energicznie zapukał. Pewna, że to Mateusz, krzyknęłam:

– Idę, idę! Spokojnie!

Otworzyłam drzwi i ze zdziwieniem zobaczyłam w nich obcego człowieka, na oko w moim wieku. On za to wyglądał, jakby spodziewał się radosnego powitania i patrzył na mnie z wyczekującym uśmiechem.

– Dzień dobry. – zaczęłam niepewnie, szukając w pamięci czegokolwiek co pozwoliłoby mi rozpoznać nagłego gościa.

– Nie poznajesz mnie? – spytał lekko zawiedziony.

– Przyznaję, że nie. – odpowiedziałam  z niejakim wstydem. Naprawdę nie wiedziałam, kto zacz!

– A mówi ci coś nazwisko Edamski?

– Adam?! – krzyknęłam z niedowierzaniem i rzuciłam się na szyję łysawemu gościowi. – Gdzie są twoje włosy? Zupełnie cię nie poznałam! Sam jesteś?

Jakoś naturalne byłoby, żeby za drzwiami czaił się przynajmniej Leszczu, ale Edamski był sam. Nie widzieliśmy się calutkie dwadzieścia osiem lat, a tu nagle staje w progu.

– Nie mam już ani twojego adresu, ani telefonu. Wybacz, nie miałem jak cię uprzedzić.

Zasiedliśmy z kawą na werandzie, nie mogąc się nagadać. Całe lata do opowiedzenia, nie wiadomo od czego zacząć, o co zapytać najpierw.

– Pamiętasz jak przynieśliśmy ci tu na urodziny wielki dywan? I ten transparent zwinięty z ogrodzenia w Katowicach? – cieszył się Adam na wspomnienia wariackiej młodości.

– Jasne. – zaśmiałam się. – Transparent o imieniu Stefa, trudno zapomnieć.

Teraz dopiero się zdziwiłam, że go nie rozpoznałam. Włosy włosami, i wtedy nie miał ich zbyt wiele, ale tamten świat został gdzieś bardzo daleko za mną, Adam wyjechał na stałe za granicę, nie mieliśmy więc kontaktu. Jednak kilka lat temu wrócił do Polski, teraz chciałby kupić ziemię i zbudować sobie niewielki dom w górach. Siwy Groń utkwił mu mocno w pamięci i postanowił przyjechać, choć nie był pewny czy trafi, czy jeszcze znajdzie właściwą ścieżkę, mój dom i czy ja tu jeszcze jestem.

Trafił, choć nie bez problemu. A ja – nadal jestem. Gdyby jednak nie pobłądził trochę po drodze, nie zastałby mnie pewnie, dziwowaliśmy się temu splotowi przypadków i cieszyliśmy ze spotkania po latach.

Dopiero pod wieczór wymieniliśmy się numerami telefonów i mój stary kumpel powędrował ścieżką do Modrzewiska. Pewnie jeszcze kiedyś mnie odwiedzi, a może to ja odwiedzę jego, kiedy już zbuduje sobie ten swój wymarzony dom na szczycie góry. 🙂

(O dywanie i transparencie – tutaj: http://chatanasiwymgroniu.pl/index.php/2017/12/08/podarek-wielce-uzyteczny/


 

2 thoughts on “Niespodziewane spotkanie po latach i pożegnanie Krystyny…

  1. Domek w górach…. Mnie też się marzy… Ale, fajnie jest jak ja siedzę w mieście i marzę… Nie wiem, czy miałabym tyle siły, tyle zaparcia jak Ty, gdybym już ten „wymarzony domek” miała. Nawet te „głupie śmieci” i inne problemy…
    Dopiero Ty Mariol uświadamiasz mi, że życie w tym swoim domku fajnie wygląda z daleka, albo jak Ty w niesamowity sposób to opisujesz.

    1. To prawda, Zosiu. Nawet te „głupie śmieci”…
      Czasem takie właśnie, prozaiczne i na pozór oczywiste sprawy stanowią tutaj problem. Niby w końcu udaje się go rozwiązać, ale to niejednokrotnie chwilowe i sporo nerwów kosztuje. Każda drobna naprawa przy domu, wymagająca przywiezienia materiałów – to już duży koszt. Nawet nie wspomnę o większym remoncie! Drewno na opał, woda, dotarcie zimą do domu… Dopiero kiedy się jest mieszkańcem takiego miejsca, odkrywa się te niedogodności.
      Ale „dogodności” jednak przeważają. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *