„Choć to życia, psia mać, popołudnie… ” :-)

„Choć to życia, psia mać, popołudnie… ” :-)

10 sierpnia 2019

Uch. Dom w miarę posprzątany, naczynia czyste i poustawiane na półkach, pranie suszy się w sieni i na werandzie. Słońce niemal niepodzielnie rządzi niebem, od czasu do czasu jakieś białe chmurowe kłaki przysłaniają je na chwilę, ale to niewiele zmienia: mamy upalny, letni dzień.

Jeszcze przydałoby się odkurzyć podłogę, ale nie chcę zakłócać tej ciszy grającej świerszczami i bzyczącej muchą latającą zygzakami po izbie. Zresztą zwyczajnie mi się nie chce, mam teraz ochotę na nicnierobienie po krzątliwym poranku. Majka i Ania dojechały już do Krakowa, odprowadziłam je z samego rana na przystanek i zrobiłam przy okazji zakupy na resztę weekendu.

Kapitalne były te dwa ostatnie dni. Majka była u mnie drugi raz, Anię poznałam dopiero przedwczoraj, ale zgrałyśmy się świetnie i nie musiałam wysilać się, żeby było wesoło i sympatycznie. Tak właśnie było w sposób zupełnie naturalny. Lubię to.

Pierwszy dzień, po wejściu z plecakami na górę, spędziłyśmy na obejściu szczytu i popstrykaniu wesołych zdjęć, przy czym Majka uparcie uwieczniała nie tylko statyczne obrazki naszych uśmiechniętych fizysów na tle gór, ale i półminutowe ruchome scenki przekomarzania się na tematy dowolne. Wysyłała nam filmiki na bieżąco, powodując to wybuchy śmiechu, to chwytanie się za głowę własną.

Ucieszyło mnie bardzo, że Tośka przyjęła dwie obce osoby ze spokojem, obwąchawszy z powagą stopy obu pań uznała najwyraźniej, że są godne zaufania i nie podejmowała najmniejszej próby ucieczki w krzaki, jak to było w czasie wizyty Edamskiego dwa dni wcześniej. Zresztą, dziewczyny słusznie uznały, że najrozsądniej będzie nie zwracać na kotkę uwagi, żeby mogła przywyknąć do ich obecności.

Poczęstowałam Majkę i Anię moim zwyczajowym obiadem z kurczakiem Mar-Mar w roli głównej, a południe spędziłyśmy na pogaduchach, piciu wina i śpiewaniu do wtóru pani Rodowicz „Jest cudnie”.

Bo też i było cudnie. Cudnie wędrowało się nam wczoraj na Grzebyk, dość spacerowym tempem, żadnej „napinki”, żadnego wyścigu pod górkę. Trochę w słońcu, trochę zacienionym lasem pod błyskającymi światłem liśćmi. Lekki wiatr, który łagodził upał, nieco zdradliwie pomógł słońcu poprzypiekać nam ramiona, co do tej chwili czuję na apaczopodobnej skórze. 😉

Góry jeszcze mięsiście zielone, puchate od liściastych czupryn drzew, albo kolczaste świerkowymi czubkami. Pod stopami kamienista ścieżka, gdzieniegdzie przyozdobiona kępkami trawy albo błyskającymi kałużami pełnymi kijanek i innych stworków. Do tej cudności dla samego zmysłu wzroku – jeszcze świergot ptaków gdzieniegdzie i ten  żywiczny zapach lasu tudzież słodko-kwaskowaty, soczysty smak jeżyn i jagód rosnących przy drodze…

Jasne, niektóre może i były obsikane przez leśną zwierzynę, ale weź się tu człowieku oprzyj takim pachnącym pysznościom na wyciągnięcie ręki!

Wędrowało nam się wybornie, choć w drodze powrotnej i Majka, i Ania narzekały już troszkę na zmęczenie i ból kolan. Ale tylko troszkę, nie było żadnego marudzenia ani biadolenia na upierdliwość pogody, stromizny ani podstępność kamieni pod butami. Obyło się też bez widoku żmij, co na tej trasie jest dosyć dziwne, zwykle natykam się na kilka zygzakowatych piękności wylegujących się na rozgrzanych kamieniach w poprzek lub wzdłuż drogi.

Dziś pożegnałam koleżanki serdecznie przed drzwiami busa do Krakowa, życząc im wygodnej i szybkiej podróży. Wysoki, ciemnowłosy góral w średnim wieku wsiadał za Majką lekko rozchwianym krokiem, spojrzał na mnie z uśmiechem i orzekł – w miarę wyraźnie:

– To jo tys wsiednem, jak takie…

– Jak takie fajne babki jadą? – podchwyciłam.

– Jakie babki?! – zaprotestował. – Ady to bogate (tutaj oznacza to: urodziwe) dziywcynta! Jo ich wom beźpiycnie dowieze!

Rzeczywiście, samozwańczy „bodyguard” towarzyszył Majce i Ani do samego Krakowa, choć średnio były zachwycone tym faktem, zważając na niezupełnie trzeźwy stan nagłego, gadatliwego opiekuna.

A ja wróciłam do chatki, z uśmiechem wspominając te dwa dni i mając nadzieję, że jeszcze w takim gronie się spotkamy, zagramy w remika, wypijemy winko na werandzie i zaśpiewamy „…choć to życia, psia mać, popołudnie, jest cudnie, jest cudnie”! 🙂


 

6 thoughts on “„Choć to życia, psia mać, popołudnie… ” :-)

  1. Uf…. tak było fajnie – winko, kurczaczek, akceptacja Tośki, pot koleżanek i widoczki – i tu nagle wyskoczyłaś z tymi żmijami…..
    To już wolę pijanego górala od tych Twoich „pełzających przyjaciółek” 🙁

    1. Co zrobić, Zosiu. Żmije się tymczasem pochowały, ale lepiej nie zapominać o ich istnieniu. 😉

  2. Z zazdrością i pożądliwością patrzyłem na zdjęcia dróżek. Trzy miesiące nie byłem na wędrówce, a miną jeszcze dwa, nim pójdę.
    Jest pięknie, a kalendarze i lata pochować trzeba głęboko po szufladach.

    1. Trzy miesiące – oj, dużo. Rozumiem zazdrość i pożądliwość w tej sytuacji. Dla kogoś kto kocha ten szczególny stan wędrowania, to trochę jak czyste powietrze. Przy jego braku czuje się dyskomfort w każdym oddechu.
      W każdym razie, ja tak mam.
      Ale masz już bliżej do mety, niż do startu (choć to pewnie żadne pocieszenie). 🙂

  3. Fajnie spędziłaś czas ze znajomymi i fajnymi dziewczynami.
    a teraz pewnie cicho i trochę smutno ale co tam kiedyś znowu się spotkacie. Pogoda wam dopisała i wędrowanie było ciekawe i przyjemne…..Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

    1. O, tak. To były bardzo fajne dni, a wędrówka wspaniała. Na wesoło. 🙂
      Dziewczynom bardzo się podobało, więc myślę, że staną się stałymi bywalczyniami chatki. 🙂
      Pozdrowienia, Danusiu!

Pozostaw odpowiedź anad60 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *