Lisy, osy i „łup!” – podręcznikiem. ;-)

Lisy, osy i „łup!” – podręcznikiem. ;-)

12 sierpnia 2019

Oj, plecak mój dziś postękiwał przy zapinaniu, zakupów sporo musiał pomieścić. Zwróciłam mu jednak uwagę, że on przynajmniej nie musi wchodzić na Groń, a będzie po królewsku wniesiony! Nie wiem czy moja argumentacja podziałała, ale – zamknął się.  😉

Jutro przybywa Staszek z Patrykiem i Wiktorem, trzeba było mi zaopatrzyć się w słodkie wspomaganie podchodów, misę owocami i warzywami dopełnić, a lodówkę – rybami. Dumna byłam z siebie, że jakimś cudem nie zapomniałam o torbie termicznej i zabrałam ją na zakupy.

Zamierzałam pokonać całą trasę pieszo, wstępując także do leśniczówki omówić dokładniej sprawę naszego odważnego rudzielca, minęłam więc grupkę czekających na autobus sąsiadów, witając się tylko w przelocie.

– Pani Marylko, ka to pani tak pyndzi? Autobusym sybcij bydzie! – przytomnie zauważył Kazek.

Jego żona wyręczyła mnie w odpowiedzi:

– Ady dlo sportu tys warto casem na nogak iść, nie słysoł ześ?

– O, właśnie, właśnie! – zakrzyknęłam wesoło, pomachałam im i maszerowałam dziarsko dalej.

Kiedy doszłam do leśniczówki, byłam jednak nieprzyjemnie spocona, powietrze było parne i  słońce prażyło niemiłosiernie mimo wczesnej pory. Porozmawiałam z głównym leśniczym, który niemal dokładnie powtórzył mi słowa pana Wojtka, dodając jeszcze, że szczepionki na wściekliznę na bieżąco są wykładane w całej okolicy bo lisy namnożyły się ostatnio mocno. Stawia jednak na brak ludzkiej wyobraźni i dokarmianie zwierzyny na oślep.

– To się modne zrobiło, atrakcja taka, że dzikie zwierzę podchodzi i je z ręki. Można się poczuć wyjątkowo, to ludzie nie myślą o skutkach…

Przed sobą miałam jeszcze spory kawałek marszu, z ulgą i wdzięcznością przyjęłam więc propozycję podwózki od syna leśniczego, który właśnie wybierał się swoim autem do sklepu. Sympatycznie gawędząc, szybko dotarliśmy na miejsce i pożegnałam młodego człowieka. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, o czym zapomniałam: zielone worki na szkło, które miały być moim atutem w negocjacjach śmieciowych, zostały przy drzwiach domu, ułożone ciasno w torbie i zawieszone na gwoździu – na czas zamykania kłódki.

Co tam. Może to i lepiej, atuty – atutami, ale to nieprzyjemne uczucie lepkości w zagięciach rąk nie sprzyjało spotkaniom w sprawach urzędowych. Machnęłam więc (tą lepką) ręką i pomaszerowałam do najbliższego sklepu.

Zdumiała mnie ilość os wszędzie. Wpychały się do toreb, okrążały z głośnym brzęczeniem głowy i ramiona, siadały na nogach. W sklepach, na stoiskach z pieczywem i ciastami – istne oblężenie. Nie uniknęłam więc i ukąszenia, jakaś ciekawska bzycząca jednostka uparcie usiłowała dostać się pod nogawkę moich dżinsowych spodenek, zaprotestowała kąśliwie, zanim dała się odgonić. Zabolało, kiedy dziabnęła mnie w udo.

– A dej pani pokój, wściekły się dzisiaj, bestie! – kręcił głową pan Bronek, kiedy wsiadałam razem z sąsiadką do taksówki. – Na burzę się zbiera, to takie podminowane.

– Strasznie ich dużo tego roku. U mnie to na oknie taką kulkę zrobiły, ani okna się nie dało otworzyć, bo atakowały! – narzekała pani Asia. – A w szopie, to my musieli straż wzywać, bo szerszenie wielkie gniazdo zrobiły.

Zadzwonił mój telefon i w słuchawce odezwała się pani Jola, szkolna sekretarka:

– Dzień dobry pani Marylo, czy może mi pani podać nazwę podręcznika dla maturzystów na ten rok?

Podręcznika? A co to, u licha, jest podręcznik?! Musiałam się dobrą chwilę zastanowić, zanim odpowiedziałam sensownie na zadane mi pytanie. Oj, jak murem w głowę!

Niby niewiele, dopiero półtora tygodnia tu teraz jestem, a jakoś przestawiłam się na inne myślenie, na inne życie i zupełnie inne problemy. Teraz zastanawiam się czy kupić drewno na opał w tartaku czy od sąsiada, czy iść po wodę do strumyka czy poczekać na deszczówkę i czy zjeść obiad na werandzie czy w domu, bo jednak ciągle jest straszny skwar.

Zjadłam w domu, przy oknie. Woda ze strumyka i mydło cytrusowe pomogły mi pozbyć się lepkości na skórze, wilgotne po umyciu włosy pachniały owocowym szamponem, a widok za oknem dopełniał przyjemności. Niedługo trzeba będzie wrócić do świata podręczników, matur i bezsensownego wpisywania każdych pięciu minut dyżuru i czterdziestu minut sprawdzania kartkówek – do stosownych rubryczek w e-dzienniku. Niedługo, ale póki co mam przed sobą tę górzystą, zieloną przestrzeń roziskrzoną słońcem i błękitne niebo nad nią.

Duuuużo nieba!    🙂



Szybka odpowiedź

4 thoughts on “Lisy, osy i „łup!” – podręcznikiem. ;-)

  1. Oby nie posłali w niesympatyczne miejsce !
    masz Ty kochana na głowie spraw bez liku,ale jak widzę
    dajesz radę….no bo jak nie Ty to kto ? Marylka tak se
    myślem jak u mnie codziennie motolotnie latają ….
    przydała by się Tobie taka jedna,załadowała byś bagaże
    i w górę do Chatki na pełnym gazie se poleciała.
    Już się nie mogę doczekać jak chłopcy spiszą się na
    podchodach , pisz kochana o wszystkim bo ciekawość
    mnie zżera że ho ho …..Pozdrawiam, uściski dla Marylki 🙂

    1. Chyba wolałabym jakiś wyciąg, Danusiu. Co do motolotni, musiałabym mieć pewność, że doleci tam gdzie trzeba. 😉
      Podchodów my tez nie możemy się doczekać, chłopaki już są i planujemy kolejne dni. 🙂
      Pozdrowienia od nas wszystkich, Danusiu! :-)))

  2. I tak trzymaj!!!! Góry, chmury, niebo, drewno na opał i takie sobie inne przyziemne sprawy….. Reszta, razem z Panią sekretarką niech poczekają do września 🙂
    Miłej zabawy w podchody – uważaj żebyś się nie zgubiła w lesie, bo Tośka by się zapłakała :)))

    1. Tak, te przyziemne dylematy są fantastyczne. I prawdziwe, w przeciwieństwie do tych służbowych, wydumanych i sztucznie stworzonych bez prawdziwej potrzeby.
      Mam nadzieję, że się nie zgubię, tym razem jestem w drużynie „frajerów” czyli szukających. Nie wiem, gdzie nas poślą. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *