Podchody, ognisko i samica buraka. ;-)

Podchody, ognisko i samica buraka. ;-)

15 sierpnia 2019

Powoli robi się wieczór po wesołym dniu. Nie, to jeszcze nie koniec: jeszcze będzie ognisko i pieczenie kiełbasek, pewnie jakieś „kalambury” i zgadywanki ku radości kolejnej, pewnie spontaniczne rymowanie i podśpiewywanie na zadany temat. Jak to zwykle przy ognisku, które właśnie przygotowują chłopaki.

Staszek i jego synowie przyjechali przedwczoraj, dziś zrealizowaliśmy nareszcie zaplanowane wiosną i uniemożliwione przez mój „sznurówkowy” wypadek podchody. Tym razem to Staszek z jedenastoletnim Wiktorem wyruszył na przygotowanie trasy, kiedy ja i starszy od Wika o trzy lata Patryk, zajęliśmy się zmywaniem naczyń i sporządzaniem kurczaka Mar-Mar na obiad.  Zdążyliśmy uprzątnąć nieco izbę i sień, porozmawiać o różnych sprawach a kurczak pachniał smakowicie, kiedy około godziny później wróciła, wielce zadowolona z siebie, „drużyna Spryciarzy”, wskazując nam na początek wyjście z domu od strony werandy. Stąd mieliśmy zacząć.

I zaczęliśmy od… uprzątnięcia kilku starych dachówek leżących nieporządnie przy studni, ale nie znaleźliśmy żadnej wskazówki. Żadnej przypiętej kartki, żadnego słownego naprowadzenia. Kręciliśmy się więc przed domem bez sensu, obserwując otoczenie, kiedy z okna wychylił się rozżalony Wiktor.

– O, nie! Gdzie jest nasza strzałka?!

Rozejrzeliśmy się po raz setny, zdezorientowani. Słowo daję, nie było nigdzie takowej.

Okazało się, że „strzałka” to była ta poukładana dość bezładnie kupka dachówek, w której żadną miarą nie odczytaliśmy pożądanego kształtu.

– Niczego takiego tu nie było! – oburzył się Patryk. – To było rozwalone byle co w kształcie bałaganu, to pozbieraliśmy!

Dowiedziawszy się w końcu, jaki kierunek wskazywała nieszczęsna strzałka, podążyliśmy ku furtce. Zadanie za zadaniem, znajdowaliśmy schowane pod kamieniem, zawieszone na drzewie albo słupie, kartki z zaszyfrowanymi wskazówkami. Najbardziej podobała nam się krótka wiadomość: ”Brawo! Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie… kolejna wskazówka.”

Oczywiście, odśpiewaliśmy dobranockowy przebój i pobiegliśmy pszczelim truchtem do pasieki Józka, mając nadzieję, że nie przyjdzie nam grzebać w ulach. Potem za to mieliśmy nie lada problem ze znalezieniem czegoś z czego pozyskuje się cukier a wyroby z tegoż sprzedawane są w sklepach na półkach Bio. Chodziło o brzozę, ale zmyliła nas wielka, dorodna jarzębina rosnąca nieopodal i wzmianka o kolorze z Monte Cassino. Dziwowaliśmy się cukrowi jarzębinowemu, ale dzielnie przedzieraliśmy się przez krzaki jeżyn (korzystając z okazji i posilając się nimi, rzecz jasna!), okrążając wielkie drzewo i szukając jakiejś kartki lub znaku. Na próżno.

– Wiem! – krzyknął odkrywczo Patryk. –  Zrobili strzałkę ze źdźbeł trawy, równie czytelną jak ta z dachówek! W życiu nie znajdziemy!

– A może rosną tu jakieś buraki cukrowe? – zastanowił się po chwili.- Hm, ale tam było „z NIEJ pozyskuje się cukier”…

– To może z samicy buraka? Rozejrzyjmy się! – zaproponowałam.

Zaśmiewając się do bólu mięśni policzkowych, poprosiliśmy w końcu o ułatwienie i po jakimś czasie znaleźliśmy ową cukrotwórczą brzozę. Była tam też paczuszka słodyczy ku pokrzepieniu i kolejna, tym razem banalnie prosta wskazówka typu „sprawdzian z fizyki”, kierująca nas do punktu związanego z symbolem KWh.

Świetnie się bawiliśmy do momentu konieczności wejścia na podwórko sąsiadów pod lasem, gdzie stał zaparkowany ich czarny samochód terenowy („… jadą wozy nie bardzo kolorowe…”). Sąsiedzi – nieznani mi – akurat wypoczywali przed domem, więc zrezygnowaliśmy z wkraczania na ich podwórko, zignorowaliśmy wskazówkę umieszczoną przy ich aucie i już nie szukaliśmy dalej w tym miejscu. I bez tego znaleźliśmy ostatnią kartkę kierującą nas do „siedziby kręgowca drapieżnego psokształtnego, łac. Martes.” Siedziba owa jest oczywiście strychem chatki zamieszkanym przez Kunagundę przebrzydłą, a na ostatnim elemencie schodów, tuż przy klapie na strych, schowane było pudełko z łakociami dla nas oraz karteczka z gratulacjami.

Obiad spałaszowaliśmy dość późno, ale za to ze smakiem i w wyśmienitych humorach. Nie miałam więc czasu na kolejną pogawędkę z Edamskim, dzwoniącym w niekoniecznie pilnej sprawie, zawiedzionym że goście jeszcze nie wyjechali. Szybko wykosiłam poletko wokół ogniska, a Staszek, Patryk i Wiktor organizują właśnie resztę: siedziska, gałęzie do spalenia i konstrukcje do podtrzymywania patyków z „urszulkami”.

Jak zawsze, bardzo sympatyczny to czas z nimi: niczego nie trzeba robić na siłę, niczego udawać. Wczorajsze prysznice z nieba minęły, zostawiając nam deszczówkę i ożywczy chłód rankiem, słońce świeci już spokojniej ale ciągle miło grzeje. Jutro planujemy wyprawę na Grzebyk lub w innym kierunku, spontanicznie obranym. Niezbyt daleko, żeby Tosi nie zostawiać na cały dzień w domu.

O, czas kończyć pisanie, czuję już zapach ogniskowego dymu i słyszę pogaduszki ognia w świerkowych gałęziach. Czas ponacinać kiełbaski i przyłączyć się do moich wesołych gości! 🙂


 

6 thoughts on “Podchody, ognisko i samica buraka. ;-)

    1. Danusiu, u Ciebie się dzieje tyle ciekawego, że nie masz powodu do zazdrości osobistej! Ale faktycznie, było super. ;-D

  1. Miłego zatem wieczoru przy ognisku!!!!
    Dobrze, że nadmieniłaś o Kunagundzie, bo miałam się pytać, czy jak jest Tośka, to ona dalej w Wami mieszka, czy się wyprowadziła…

    1. Zosiu, Kunagundy nie słychać odkąd zabezpieczyłam wejście… pod schodami przy werandzie. Tam musi być jakieś przejście na strych przez komórkę. Może to TO? A może po prostu kuna jest na urlopie… 😉

  2. Super ze jeszcze istnieje młodzież , potrafiąca się bawić bez przyklejonego do ręki telefonu lub iPada !!!!!

    1. Jasne, że istnieje. Trzeba tylko im pokazać coś innego i mieć dla nich czas. Wszyscy to wiemy, ale prościej jest posadzić malucha przed ekranem (dowolnej wielkości) i mieć „chwilę dla siebie”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *