Ucieczka przed pluszakiem i pożegnanie miłych gości…

Ucieczka przed pluszakiem i pożegnanie miłych gości…

17 sierpnia 2019

Pojechali.

W chatce dziwnie cicho i nagle jakby ściany trochę się rozsunęły, przybyło metrów kwadratowych. Słychać tykanie zegara i cykanie świerszczy za oknem a Tosia wskakuje na parapet i rozgląda się zdziwiona po izbie. Niby spokojnie i swobodniej jest się przemieszczać, ale jednak żal.

Nie udało nam się powędrować na Grzebyk, wczoraj zeszliśmy jedynie po zakupy najdalszą drogą przez Groń, dłuższego wyjścia nie ryzykowaliśmy. I słusznie, ledwo wróciliśmy ze świeżymi zapasami owoców w plecakach, szare i tak niebo pociemniało jeszcze bardziej, chmury skłębiły się w gęste, stalowo-sine poduchy i słońce udało się na przerwę obiadową.  No dobra, zasłużyło. Zasiedliśmy więc przy stole zastawionym owocami, a burza i siekący deszcz przygrywały nam do rozgrywek w remika i kościanego „sixera”,  na próżno usiłując zagłuszyć wybuchy śmiechu i jęki rozpaczy towarzyszące kolejnym rzutom kostkami albo rozdaniom kart. Dopiero pod wieczór słońce zakończyło sjestę, zamaszyście rozprostowało swoje protuberancje i uśmiechnęło się do nas pełną gębulą. Góry znowu się rozświetliły świeżą zielenią a trawy zaczęły rozbrzmiewać pasikonikami. Lato jest jednak cudowną porą.

Kusiło nas kolejne ognisko, ale drewniane siedziska wokół niego były zbyt mokre, przespacerowaliśmy się więc jedynie do strumienia po wodę, zahaczając o świerkowo – bukowy młodnik udekorowany wesołymi czapeczkami czerwonych kozaków, po czym wróciliśmy do naszych karciano – kościanych rozgrywek.

Ognisko poprzednie zakończyło się dość zaskakująco dla Staszka i Patryka, którzy nigdy przedtem nie mieli okazji zwiewać przed małymi lisami pałętającymi się im pod nogami, ani nie słyszeli tętentu ciężkich jelenich racic w ciemności tuż za plecami. Zostali nieco dłużej, dogaszając ogień, kiedy ja i Wiktor już zmywaliśmy po ognisku naczynia.

Wpadli do domu, tupiąc głośno na deskach werandy, aż ściany domu się zatrzęsły, a Tośka w panice umknęła z fotela za kanapę.

– Maryl, dwa lisy normalnie były tuz przy nas! Ten młody przybiegł mi wprost pod nogi, zupełnie bez strachu! Słuchaj, to jest niesamowite! – opowiadał zdumiony Staszek.

Gdyby nie sufit, wzniosłabym oczy ku niebu.

– Staszek, kot mi zawału dostanie! No przecież mówiłam ci, że tak się dzieje! – wzruszyłam ramionami. – Do mnie i Majki też rudzielec podszedł na pół metra. Ktoś je tu musi dokarmiać i tyle.

– Mówiłaś, owszem, ale słuchać to jedno, a przeżyć – to już inna bajka!

Młody lisek z mordką pluszaka przyszedł do nas już wcześniej, ledwo zasiedliśmy przy ognisku.  Nie ognisko jednak go interesowało, nic sobie nie robiąc z naszej obecności, usiłował wejść do domu. Pobiegliśmy więc i odgoniliśmy nieproszonego gościa, zamykając i wejściowe drzwi chatki, w której na szczęście zamknęliśmy wcześniej Tosię; przyglądała się wszystkiemu zza okna w izbie. A lisek zniknął w szparze między sztachetami płotu Kasi, obrzucając nas pełnym pretensji spojrzeniem. Nocą jednak wrócił z rudym kolegą i już nijak nie chciał się dać odgonić. Patryk hałasował czym popadło, ale bez efektu, wreszcie obaj z tatą przybiegli pędem do domu, szybko zamykając za sobą drzwi.

Dopiero jakąś godzinę później zabraliśmy mocne latarki i oboje ze Staszkiem poszliśmy dogasić tlący się nadal ogień. Ani lisów, ani jeleni już nie było, tylko księżyc w pełni oświetlał sąsiednie góry i słychać było pojedyncze cykanie jakiegoś „nocnego marka” w pasikonikowym ubranku.

W doskonałych nastrojach krzątaliśmy się potem po domu, ścieląc łóżka i przygotowując się do spania.

– Czy ktoś jeszcze ma ochotę na herbatkę? – spytałam. – Robię sobie zieloną.

– Mnie możesz zrobić taką samą. – odezwał się Staszek. – Chętnie się napiję. Po tych lisach i jeleniach to nie zasnę tak szybko.

– Chcesz w kubku czy filiżance? – zawahałam się, zdejmując kubek z półki.

– W kubku, ale nie tym. Mój był w róże.

Parsknęłam śmiechem.

– Masz na myśli rurę kanalizacyjną czy wodociągową?

Śmiejąc się tak i przekomarzając, siedzieliśmy jeszcze trochę na swoich łóżkach, a w końcu, kolejno, zanurzaliśmy się w morfeuszowe objęcia. Jak zwykle, ostatnia zgasiłam lampkę przy swoim posłaniu i szybko zasnęłam. Jestem pewna, że z uśmiechem.

Ależ sympatyczne i wesołe były te dni z chłopakami! Co prawda, nie zagraliśmy tym razem w „O, kurde! Country life” ani nie poszliśmy dalej w góry, ale to był dobry czas.

Dzisiaj już tylko Tosi powiedziałam „dobranoc”, zwinęła się w czarny, puchaty rogal i śpi na kremowym futrzaku, na fotelu pod oknem. Zaraz i ja rozłożę swoje posłanie i zapatulę się w miękką pościel. Pewnie jutro „z rozpędu” przygotuję cztery kubki na herbatę. 😉


 

 

13 thoughts on “Ucieczka przed pluszakiem i pożegnanie miłych gości…

  1. …a i tak mi sie nasunelo…tutaj policja przeprowadza gesi jesli widzi i jakos im tu uchodzi na sucho…to chyba nie wina gesi, ze ludzie ne umieja jezdzic? ze nie potrafia trzymac wlasciwego dystansu i reagowac na czas…a moze to gesi wina…LOL…nie tak dawno jedna z ratowniczek zatrzymala samochod na awaryjnych i wyszla ratowac potracone zwierze lezace na szosie…zaplacila wlasnym zyciem…ja robie to bardzo czesto…dla gesi tez sie zatrzymam.. 🙂

    1. Jasne, każdy ma prawo mieć swoje poglądy. 🙂
      Ja też bym się zatrzymała, ale nie zapominając o ludziach. Jednak.

  2. strrrraszne…lisy i jelenie…hahahhaa,,,,ja mam wizyty niedzwiedzia na szczescie sasiada smieci sa lepsze niz moje, rozwala systematycznie co tydzien, juz mi sie nawet nie chce z nim filmikow nakrecac, normalka…jelenie ? cudne sa, szczegolnie jak pukaja do drzwi bo nie widza kukurydzy…juz poprosilam wspolokatora, zeby dorobil im klucze…kojoty tez laza…NO TO CO? maja prawo…to ludzie zabieraja im miejsce, one byly tu pierwsze…

    1. Ktoś, kto czyta moje opowiastki dłużej, wie, jakie jest moje zdanie. Tak, to ludzie „zabierają miejsce” dzikim zwierzętom, wycinają im lasy, wjeżdżają – dla rozrywki – w ostoje.
      Dlatego nie dziwię się, że „przebrzydłe łanie” obżerają mi kwiatki, tuje i inne rośliny. Że się zżymam – robię to przecież z przymrużeniem oka.
      Lisy zwykle zbliżają się do człowieka kiedy są chore na wściekliznę, stąd były moje pierwsze obawy i konsultacje z leśniczymi. Smutne, że ktoś dokarmia je i oswaja z pobudek snobistycznych, wystawiając jednocześnie na niebezpieczeństwo. Wciąż wielu jest kłusowników, dla których taki „oswojony” lis jest łatwą zdobyczą.
      A to, że dla moich przyjaciół, na co dzień mieszkających w wielkim mieście, jest przeżyciem tak bliskie spotkanie z dzikimi zwierzętami – choćby tylko jeleniami – w ciemności, o kilka kroków za plecami, to nie jest dla mnie powodem do wyśmiewania. Wielu ludzi czułoby gęsią skórkę, zapewniam Cię. 🙂

      1. Nie kocham Ameryki, nie jestem salepiona tym co tu widze…duzo tu paskudnych rzeczy, bo wszedzie sa paskudni ludzie, ale jest cos, co pozwala mi oddychac lzej, co daje mi energie na nastepny dzien – przestrzen i zwierzeta…zawsze dusilam sie w miescie…mieszkanie w bloku, ulice, warkot i spaliny…okropnosc! Po raz pierwszy udalo mi sie od tego uciec na dobre dopiero tutaj…jade samochodem od miasta do miasta, widze gory i lasy…domy pochowane gdzies gleboko…male miasteczka, ktore da sie tolerowac, z jedna glowna ulica i takim rytmem zycia sprzed stulecia…a dzisiaj rano znow rozwalone pojemniki ze smieciam – misio byl w nocy tym razem…trudno…to bylo jego terytorium , to szosy przechodza przez jego tereny…mam nadzieje, ze rozumiesz? – ja jestem po ICH stronie…ktos musi byc adwokatem zwierzat…

        1. Tak, generalnie rozumiem i też reaguję na wizyty niedźwiedzi w podobny sposób. Wybraliśmy takie miejsca na domy, trudno.
          Na naszej górze ludzie osiedlili się ok. 150 lat temu. W dolinach jest niewiele pól do użytkowania, na górach było więcej miejsca pod uprawy.
          Ludzie i zwierzęta żyli obok siebie, rzadko wchodząc sobie w drogę. Jednak ludzie od wieków polowali na zwierzęta, żeby mieć co jeść, a w takich miejscach – dzieje się to do dziś, jeśli ktoś mieszka na stałe. Moja sąsiadka, Janeczka, oburzała się na mnie, że nie chciałam wykorzystać okazji i upolować sarny, która podeszła mi pod sam dom, niemal do ręki. Trudno tak wykorzenić te góralskie przyzwyczajenia. Ona w tej sarnie widziała mięso w słoikach na całą zimę, tak robili jej rodzice i dziadowie.
          To piękne, że pomagasz zwierzętom, że znalazłaś swoje miejsce i przestrzeń blisko Natury.
          Szkoda, że o ludziach wspominasz tylko, że są „paskudni”. Tego akurat nie rozumiem, nie wierzę, że tylko tacy Cię otaczają. I myślę, że – choć nie przeczę, także paskudni – to ludzie są naszymi najlepszymi przyjaciółmi, zwierzęta nie są w stanie ich zastąpić.
          Tak, ktoś musi być adwokatem zwierząt. I jest takich ludzi całkiem sporo, choć ogólna świadomość w tej kwestii jest przerażająco niska, więc „adwokatów” ciągle za mało. Niektórzy z nich jednak są dla mnie kompletnie niezrozumiali, jak kobieta (tak mi się przykład nasunął) która przeprowadzając stadko gęsi (?) przez autostradę spowodowała karambol, w którym zginęli ludzie. I to było OK?
          Rytm życia sprzed stulecia – można za nim wzdychać, ale chyba nie jesteśmy tu zbyt konsekwentni… 😉
          Podejrzewam, że i owa pani, troszcząca się o gęsi, posiadała łazienkę, elektryczność i parę innych zdobyczy cywilizacyjnych. Gdybyśmy tylko starali się pogodzić wszystko, a nie zwalczali. Oj, rozgadałam się, sorry.
          Pozdrowienia, Bo. 🙂

          1. Generalnie ludzie sa paskudni…ale jesli sa moimi przyjaciolmi – to wierz mi – sa to cudowne osoby!!! I mam niezla grupke takich wlasnie ludzi – tym trudniejsze, ze w koncu, ja tu „obca” jestem…tym dziwniejsze, ze nie gadalam po angielsku jak tu przyjechalam…nigdy nie lubilam tych idiotyzmow typu FB…i prosze…zycie mnie zmusilo…gadam, pisze…dzialam LOL, nawet pomagam lokalnej ACO (animal control officer) bo ona internetu nie uznaje..(dzisiaj zabralam od niej 3dniowe baby (kotek) do foster home).Mam przyjaciol, ktorych nie widzialam na oczy a rozumiemy sie jak dwa palce jednej reki…dziwne, nie? Zazdroszcze Ci troszke, bo ja kompletnie nie mam czasu na zycie prywatne, ale taki to jest moj wybor…wiec czytam sobie Twoje powiastki i wspominam czasy, kiedy tez wariowalismy przy ognisku…i dobrze…w koncu jak mi rano sarny wlaza na porch to tez jest jakas przyjemnosc, no nie? Pozdrawiam 🙂
            BTW – wsrod moich przyjaciol nie ma Polakow…ani jednego…a znam wielu…

  3. było pięknie…..nic tylko zaśpiewać Edytę Geppert
    uparcie i skrycie…..ach życie kocham cię, kocham
    cię, kocham cię nad życie….Ty to masz szczęście :))

    1. Właśnie tak. Kwestia doceniania tego co się ma i radości z małych rzeczy. Pozdrowienia, Danusiu! :-)))

  4. U Ciebie to zawsze moc emocji. Taki przystanek Alaska ale w swojskim wydaniu. Mam wrażenie, że po prostu i ludzie, i zwierzęta garną do twojej chatki. No, na szczęście selekcja na bramce jest 😀😂

  5. Jak dobrze mieć przyjaciół…. Teraz będzie Ci czegoś brak, ale dobrze, że masz Tośkę.
    Dziwna sprawa ta z liskami. Już są dwa, czyżby dwa wściekłe, czy dokarmiane?

    1. Zosiu, im dłużej się im przyglądam, tym bardziej przekonuję się do opinii leśniczych. Dziwne to, trochę straszne i trochę zabawne, ale najpewniej te lisy są dokarmiane przez kogoś. Gdyby były chore, już byłoby to widać.
      Tak, dobrze mieć przyjaciół. Nie wyobrażam sobie inaczej. 🙂

Pozostaw odpowiedź Maryla Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *