Dziki, które nie dziczą i burza, która „posła bokiem”. ;-)

Dziki, które nie dziczą i burza, która „posła bokiem”. ;-)

31 sierpnia 2019

Chyba nadciąga burza. Utrudzone słońce schowało się za szare poduchy, chyba już mu gorąco samemu ze sobą. Naświeciło się dzisiaj, że ho ho!

Jakoś trzeba było to docenić, kilka razy wylazłam i ja na te moje „dwieście” na werandę. Ba! Nawet raz wytrzymałam do czterystu! Nie cierpię się opalać, ale system liczenia do dwustu a potem zmykania do chłodnej izby jakoś mi pasuje. Wszystko, by nie wyglądać jako ta porcja twarogu na pierwszym spotkaniu z nowymi uczniami pojutrze. 😉

Zanim jednak mogłam spokojnie wyłożyć się na leżaczku, powędrowałam do tartaku załatwić sprawę opałową. Dziś miałam mieć dostawę drewna, ale powstał kłopot z transportem. Zadzwoniłam szybko na moje prywatne „Emergency” czyli do pana Marka, ale najwcześniej za dwa tygodnie będzie mógł wwieźć mi na górę cokolwiek.

Hm. Niby szkoda, ale z drugiej strony… zgromadzone przed tartakiem drewno na opał musiało być ostatnio solidnie zlane deszczem, nie było niczym przykryte. Zdecydowałam się jednak odczekać te dwa tygodnie, wtedy już będą nowe, przesuszone ścinki.

W stronę tartaku ruszyłam wcześnie rano, było rześko i pogodnie, a cisza lasu brzmiała mi jak najpiękniejsza muzyka. W zagajniku przy drodze znalazłam kilkanaście, wyglądających na zdrowe, czerwonych kozaków. Śliczne były, młode ale całkiem spore, po chwili wahania pozbierałam je do foliowego worka, który nakłułam w kilku miejscach. Zrobiłam kilka zdjęć, zadowolona schowałam aparat do kieszeni torby i wyciągnęłam pudełko z tic-takami, zmierzając z powrotem do ścieżki.

I nagle stanęłam jak wrośnięta, na podobieństwo świerczka tuż obok mnie. Dwa spore dziki stały na drodze i patrzyły na mnie niepewnie. Wielkie nie były, ale odruchowo oceniłam możliwość wdrapania się na najbliższe drzewko. Trochę liche, ale była szansa, że mnie utrzyma na jako takiej wysokości nad ziemią. Coś mi jednak mówiło, żeby pozostać bez ruchu, zwierzaki były dość daleko, dobre dziesięć lub dwanaście metrów dalej. Też stały bez ruchu.

Po chwili delikatnie poruszyłam plastikowym pudełkiem i cicho zagrzechotałam. Dziki nie wyglądały na przestraszone, ale najwyraźniej uznały, że nic tu po nich i zdecydowanie ruszyły w krzaki po drugiej stronie drogi.

Uff. Odczekałam chwilę i wygramoliłam się z zagajnika. Dopiero wtedy przyjrzałam się dokładnie świerkowi na który zamierzałam wdrapać się w razie potrzeby. Oj, gałązki to jednak miał cieniuśkie, niekoniecznie wytrzymałyby mój ciężar! Na szczęście nie musiałam tego sprawdzać.

Starając się nie machać zbyt mocno workiem z grzybami, szybkim krokiem pokonałam resztę trasy do Modrzewiska, dopiero przy zwalonej chacie zmniejszyłam prędkość.

Pani Grażynka akurat wieszała pościel na sznurze przed swoim domem, podeszłam do płotu i zawołałam:

– Dzień dobry, może przyda się trochę kozaków? Znalazłam po drodze, a mnie niepotrzebne.

– Oj, pani Marylko, jakie ładne! A pewnie że wezmę, mój wczoraj trochę nazrywał, doda się i całą rodzinę wykarmię! – ucieszyła się sąsiadka, biorąc ode mnie worek.

– A może zabierze się pani z nami? Jedziemy zaraz na targ do Milówki. Jak to mówią, lepiej źle jechać, jak dobrze iść!

– Nie, dziękuję, – uśmiechnęłam się. – Muszę wstąpić do tartaku, poza tym ja to mam odwrotnie: wolę dobrze iść, niż źle jechać. A dzisiaj to i za dobrą jazdę podziękuję, potrzebuję trochę gimnastyki.

– Aaa, jak tak, to nie przymuszam. I za grzybki dziękuję.

Już bez kozakowego obciążenia, ochoczo pomaszerowałam doliną. Niby rano, a robiło się coraz goręcej. Załatwiłam sprawy w tartaku, obeszłam sklepy, pogawędziłam ze znajomymi i z powrotem już chętnie skorzystałam z podwózki oferowanej przez Jadzię z Modrzewiska. Wracała od chorej siostry, po kilku dniach opiekowania się nią.

– A jako tam u wos w Groniu, Marylko? Burza nie dokuco? Bo wcora jaaak tam u Krysi pierun dupnął, to jo myślem, co tys to prziniesie! – ze zgrozą opowiadała korpulentna Jadzia, z trudem sadowiąc się za kierownicą.

– I co? – spytałam zaciekawiona.

– I nic. – wzruszyła ramionami. – I nic nie prziniesło. Posło bokiem.

Parsknęłam śmiechem. Spodziewałam się raczej apokaliptycznego opisu nawałnicy, ale bardzo podobało mi się lapidarne zakończenie.

Mimo dokuczliwego skwaru, wchodziłam na Groń żwawo, zatrzymałam się dopiero w Bramie Mocarnych, korzystając z ich cienia i pokrzepiając się mocno nagrzaną wodą z butelki. Co tam, ważne że mokra.

Zbliżało się południe, nie spodziewałam się w takim upale spotkać  już żadnego dzika, więc ostatni odcinek drogi pod szczytem przeszłam już tempem spacerowym, na co pozwalała zacieniona ścieżka.

Tuż przy niej zauważyłam jeszcze kilka niewielkich kozaków, ale już ich nie zrywałam. Niech je znajdzie ktoś komu się przydadzą.

Ciemnawo się zrobiło za oknami, co kilka minut słychać grzmoty, ale burza na razie krąży gdzieś dalej. Uwielbiam ją, ale nie będę miała za złe jeśli nie przyjdzie z wizytą. Mam wrażenie, że w całym tym pędzie ku nowoczesności zaczęliśmy lekceważyć Naturę. A to jest przecież Potęga, z którą nie mamy szans.

Nic to, posiedzę tymczasem na progu, na góry popatrzę i świerszczy posłucham z kawulką moją. Może uda mi się ją wypić za pierwszym podejściem? 🙂


 

2 thoughts on “Dziki, które nie dziczą i burza, która „posła bokiem”. ;-)

  1. U mnie nadal słoneczko walczy niestrudzone,o burzy nie marzę ale wody…wody chcemy….34 w cieniu w domu 29
    placka mi się zachciało piekarnik grzeje i mam małe piekiełko.Fajnie dzień spędziłaś….i niech to się nie zmienia
    Uściski dla Marylki 🙂

    1. Ooooj, dla takiego ciasta to i ja bym pocierpiała trochę – w jeszcze większym skwarze przy piekarniku. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *