Grzybiarze we mgle i skleroza, która jednak boli… ;-)

Grzybiarze we mgle i skleroza, która jednak boli… ;-)

8 września 2019

Krótki wypad po odczyt licznika.

Dotarłam do chatki przed wieczorem, trochę niespokojnie wchodziłam na Groń, grzechocząc uparcie. To już pora spacerów dzikowych i jeleniowych, szczególnie przy takiej pochmurnej i chlipawej aurze jak wczoraj. Deszcz opadał cichą mżawką a drzewa przysypiały na stojąco. I ta niesamowita cisza wszędzie.

Nawet strumyk usłyszałam dopiero z jakichś dziesięciu metrów, jakby ta snująca się mokra mgła tłumiła wszystko gęstą poduchą. Jak zaczarowana przyglądałam się wędrówce tej szarej poduchy, rozbijała się o wielkie pnie w Bramie Mocarnych, rzedła i błądziła bez celu czepiając się czubków świerków w młodniku powyżej.

Przy ścieżce nad dawnym El Grzybado znalazłam znowu kilkanaście czerwonych kozaków, jaskrawo odbijały się na szarawym tle, wprowadzając nieco zamieszania w senny, szarawy pejzaż. Zostawiłam je, niech jeszcze rosną.

Wychodząc zza zakrętu, zobaczyłam jakieś dwie postacie przy domu Mateusza, ucieszyłam się ze ktoś jest w osadzie. Ale kiedy podeszłam bliżej, nikogo nie było ani przy domu, ani w domu. Zapukałam, zawołałam. Nic. Cicho, pusto, zapadający zmierzch i mgła coraz ciemniejsza. Brr… nieswojo.

Szybko pokonałam ostatni odcinek, idąc już Zadomiem Wielkim i uważnie rozglądając się dookoła. U Zosi też pusto, nawet u Kasi i Huberta ciemne okna i ani śladu dymu nad kominami. Musiało mi się wydawać, choć głowę bym dała…

Od ostatniego włamania minęło już parę dobrych lat, ekipa „Młodych Wilków” zrobiła wtedy porządek i nie odpuszcza do dziś. Ale zawsze obce postacie tutaj budzą niepokój, zbyt wiele straciliśmy, zbyt wiele bezsensownego wandalizmu tolerowano przez lata i oceniano jako „czyny o niskiej szkodliwości społecznej”. Powybijane szyby u Zosi, wyrąbane siekiera drzwi u Huberta, pociętą na kawałeczki pościel i fotele u Mateusza, powyrywane ze ścian wszystkie kable u Kasi i mnóstwo, mnóstwo innych rzeczy.

Trudno opisać zaskoczenie, niedowierzanie i bezsilną wściekłość, jakie czuliśmy z Krzysiem kiedyś tuż przed Wielkanocą, zastając dom doszczętnie splądrowany. Poza skromnymi meblami zniknęło wtedy niemal wszystko: stary magnetofon (trzeci z kolei), garnki, sztućce, większość pościeli i ręczników, narzędzia, makaron, cukier, ryż i nawet sól, chusteczki higieniczne i zaczęte mydło. Wiem, nie były to cenne rzeczy, u sąsiadów poznikały wtedy podobne, ale trochę to trwało, zanim uzupełniliśmy to nasze gospodarstwo…

Nigdy niczego z kradzieży nie odzyskałam poza latarką i małym plecakiem, wyrzuciłam je zresztą tuż po wyjściu z posterunku, były brudne i utłuszczone. Kasia – dawno temu odzyskała telewizor i magnetowid, ale i ona szybko się tego pozbyła. Jakoś i dla niej nieznośną była świadomość, że dotykały tego brudne, złodziejskie łapy. Nawet jeśli były czyste i z pomalowanymi paznokciami.

Szybko przyniosłam trochę drewna i rozpaliłam w piecu, włączyłam cichą muzykę i zrobiłam kawę zbożową. Żeby nie zapomnieć, zapisałam od razu na kartce stan licznika, po to przecież przyjechałam. Już zmierzchało na dobre, kiedy zasiadłam z kawą na progu, uśmiechając się do tej końcówki dnia. Jak fajnie, że nasz sympatyczny Inkasent zadzwonił, już byłam zdecydowana nie przyjeżdżać w tym tygodniu.

Lisy, ani inne zwierzaki nie zakłóciły mi delektowania się kawą i ciszą wieczoru, za to w nocy zerwałam się i błyskawicznie uzbroiłam w gaz pieprzowy. „Cosie” lub „ktosie” urządzały sobie szalone gonitwy na werandzie, głośno tupiąc. Chwilę siedziałam na łóżku, nasłuchując w ciemności i zastanawiając się co robić. To jednak nie brzmiało na ludzkie stopy, a raczej łapy i… racice!?

Co mi tam. Zapaliłam światło i postanowiłam zrobić hałas. Wyszłam do sieni, stukając czym popadnie, zapaliłam światła na zewnątrz po obu stronach domu i dopiero wtedy odważyłam się wyjrzeć przez okno. Na werandzie pusto i cicho. Dwadzieścia po pierwszej. Niezła nocka, nie ma co!

Do drugiej siedziałam, analizując słyszane wcześniej dźwięki. Najbardziej pasowały mi do sarny (i teraz wyraźnie dochodziło mnie poszczekiwanie) i czegoś jeszcze, co miało łapy i było dość duże. Może borsuk? Nic się jednak nie działo, więc pogasiłam światła i położyłam się z powrotem spać.

Cicho, ciepło, bezpiecznie… nie dane mi było jednak długo spolegiwać w mojej miłej pościeli, budzik zaśpiewał, że spania dosyć, poranny pociąg nie będzie narzekał, że odjedzie beze mnie. Ja natomiast powinnam nim odjechać. Szybkie mycie, szybka kawa, szybka owsianka i po godzinie schodziłam już szybkim krokiem w dolinę. Rzuciłam jedynie okiem na ślady przed domem, niewątpliwie psy goniły sarnę. Przęsło płotu mam połamane, pewnie tamtędy przeskoczyły. W piątek wrócę, tym razem już na cały weekend, naprawię i o wszystko zadbam.

I znowu mgła, i znowu pora zwierzakowych spacerów. Ale jest inaczej, pogodniej. Niebo w połowie zachmurzone, w połowie błyska błękitem. Rześko, chłodno, ale bardzo przyjemnie. O, nie ma kozaków! Hm, pewnie to wieczornych grzybiarzy widziałam wczoraj przy domu Mateusza, może odpoczywali na schodach i mój widok ich spłoszył? Pewnie z daleka zauważyli moją niebieską kurtkę przeciwdeszczową.

Dziś już nie pada, jest spokojnie i jeszcze ciszej niż wczoraj, przy ścieżce słychać tylko moje tic-taki. Jak pięknie jest w tym lesie. Zdjęcie nigdy tego nie odda, nie ma w nim zapachu, dźwięku i tego szczególnego powietrza z lekkim, świeżym powiewem.

Pachnie jesienią. Jeszcze jej nie widać, ale już nadchodzi, piękna i delikatna. Jeszcze w pociągu podziwiałam z uśmiechem jesienniejące góry za oknem, kiedy nagle plasnęłam się w czoło.

Kartka z odczytem licznika została na kuchennym stole!

Zabolało. Czyli skleroza jednak boli… 😉


 

6 thoughts on “Grzybiarze we mgle i skleroza, która jednak boli… ;-)

  1. U mnie dziś za oknem mokro, ciemnawo. Po parapecie stukają krople deszczu, jest sennie… Super mi się czytało, rozleniwiłam się i chyba zamiast „zabrać się za jakąś domową robotę” zaglądnę do Twojego archiwum… A co mi tam….. prasowanie poczeka 🙂

    1. U mnie też mokro i ciemnawo. Taki dzień. 🙂
      Miło mi baaardzo, Zosiu, że czytasz i jeszcze zaglądasz do archiwum! Serdecznie Cię pozdrawiam! :-)))

  2. no cóż Skleroza rzecz ludzka,jakoś sobie trzeba radzić z nią,
    wyjazd był i nie był stracony. Byłaś,zobaczyłaś,las powąchałaś,licznik spisałaś, szkoda że się nie wyspałaś,ale i tak warto było….*;* Pozdrawiam 🙂

    1. Hehe, pewnie, że warto! Pan inkasent wyrozumiały jest, nie widzi problemu w kilkudniowej zwłoce. ;-)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *