Zapasy drewna są i uśmiech nadal jest. A jutro będą zakwasy… ;-)

Zapasy drewna są i uśmiech nadal jest. A jutro będą zakwasy… ;-)

14 września 2019

Już wieczór.

To fantastyczne, że dzień kończy się takim samym uśmiechem, jakim się zaczął. Co zaplanowałam – zrealizowałam, a do tego kilka spotkań i rozmów sprawiło, że dzień ten był lepszy, niż mogłabym sobie tego życzyć. Jestem totalnie zmęczona, ale co tam. Jest cudnie. 🙂

Rankiem pomaszerowałam dziarsko do tartaku zapłacić za drewno przywiezione przez Marka. Dobrze, że mu zaufali, choć właściciel tartaku nijak nie mógł po opisie skojarzyć dla kogo właściwie ten Marek drewno bierze. Dopiero kiedy wmaszerowałam z uśmiechem do biura, rozległo się wesołe:

– Aaa, to o panią chodziło! A on mi tu tłumaczy, że dla jakiejś nauczycielki, ja nie miałem pojęcia, że pani uczy… serio? Ale tu u nas w szkole pani pracuje? W podstawówce?

– Nie, nie tu, w liceum pracuję, angielskiego uczę. Serio. – roześmiałam się.

Zapłaciłam ile trzeba, ale czasu w tartaku spędziłam więcej, niż było trzeba. Zagadałam się z właścicielem. Hm, właściwie to on pierwszy się rozgadał, ale słuchałam z przyjemnością. Pogaduchy nasze pewnie trwałyby dłużej niż te dwadzieścia minut, gdyby nie dzwoniący telefon. Pożegnaliśmy się więc sympatycznie i ruszyłam w drogę.

Niewielkie zakupy, chwila odpoczynku na ławce przy skwerze i podreptałam na postój taksówek. Pogoda cudowna, niebo błękitne z paroma białymi chmurkami, właściwie miałam ochotę na powrót pieszo, ale czekało mnie sporo pracy przy układaniu drewna, więc jednak zadzwoniłam po pana Bronka. Magda z Modrzewiska też zadzwoniła, przyłączyła się do mnie po chwili i czekałyśmy razem, gawędząc o tym i owym. Jakże ja lubię jej słuchać, Magda mówi piękną, naturalną góralszczyzną. No i jest sympatyczną osobą, co też ma znaczenie.

Droga pod górę minęła mi szybko, jakoś byłam pełna energii i optymizmu, zatrzymałam się tylko na polance upstrzonej zaskakującą ilością dojrzałych poziomek. Jak to się stało, że wczoraj ich nie zauważyłam?

Dałam z siebie wszystko, żeby kolejna idąca tędy osoba nie musiała się już dziwić, starałam się nie zostawić za sobą ani jednej poziomki. W ciągu ostatnich dni, kiedy dojrzewały, musiało być sporo słońca, bo były całkiem duże i bardzo słodkie. Takie prawdziwe, leśne owoce mają naprawdę wyjątkowy smak. Tak, tak, wiem, że to lekkomyślne – jeść takie owoce prosto z krzaczków, ale zerwane do naczynia i umyte – już trochę tego smaku tracą.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy na Groniu zastałam niemal wszystkich mieszkańców naszej osady. Chyba tylko Kasi dziś nie ma, w każdym z pozostałych domów jest gwarno i wesoło. Wstąpiłam na chwilę do Mateusza i Lilki, był u nich i Marek, pili kawę siedząc przed domem przy wielkim, drewnianym stole. Zamieniliśmy kilka sympatycznych zdań, po czym poszłam do siebie, witając się jeszcze z Zosią i z Kostkiem. Doprawdy, tłumek tu dziś nie lada!

– Maryla, byłaś na grzybach? – dopytywała się Zosia, kiedy już otwierałam drzwi mojej chatki.

– Niezupełnie, ale rano widziałam dwadzieścia parę kozaków tam pod lasem. – wskazałam ręką polankę znaną sąsiadce. – I jednego prawdziwka. Ale nie zbierałam.

– O, to super. Zaraz idziemy na grzybki! – ucieszyła się, machając do mnie koszykiem.

Nawet nie odpoczywając po wędrówce, przebrałam się i ochoczo zabrałam do pracy. Ponad kubik tartacznych ścinków w większych i mniejszych kawałkach zalegał mi dużą stertą przy studni, z wdzięcznością pomyślałam o Marku, który zrzucił mi ten drewniany ładunek tak blisko miejsca gdzie go miałam poukładać. Nieźle musiał się nakręcić traktorkiem z przyczepą, żeby tu wjechać!

Kolejne pięć i pół godziny zajęło mi zbieranie i układanie kawałków drewna jeden na drugim, te zupełnie malutkie i suche powędrowały do dwóch dużych toreb na zakupy i wiaderka, stoją w sieni jako zapas podręczny. Resztę poukładałam starannie pod ścianą domu, ciesząc się z rosnącego sztapelka i zmniejszającej się stopniowo sterty. Oczywiście każdy etap uwieczniałam na zdjęciu i przesyłałam Krzysiowi, niech wie jaką ma pracowitą matulę!

O siedemnastej zgrabiłam już ostatnie ścinki i trociny, dosypałam do wiaderka w sieni i zadowolona zasiadłam z herbatą na progu. Byłam tak zmęczona, że nie chciało mi się nawet jeść obiadu, uznałam, że już na to za późno, doczekam do kolacji. Uznajmy, że na obiad zjadłam polanę pełną poziomek.

– Ooo, tak myślałem, że już wszystko będzie pozbierane! – Marek nagle wychylił mi się zza domu i z uznaniem pokiwał głową:

– Nooo, nieźle, szybko poszło! Całkiem sporo tego! A ja mam pytanie. Biega tu taki dziwny lis… przed chwilą podszedł do mnie i nie dał się odpędzić.

Wyjaśniłam co i jak, opowiedziałam o naszych spotkaniach z liskiem i przekazałam wieści od leśników. Marek kręcił głową z niedowierzaniem i troską:

– Niesamowite, jeszcze takiego lisa nie spotkałem. Biedak, pewnie długo nie pożyje.

A teraz już zapadł zmrok i z lasu rozlegają się ryki jeleni. No, tak, to ta pora, zaczyna się rykowisko. Dobrze, że w izbie niewiele słychać, chciałabym dzisiaj wyspać się do tak zwanego syta. Oj, jak chciałabym.

Jaka szkoda, że jutro muszę wracać do „cywilizacji”… ale ten tydzień minie tak samo szybko jak poprzedni. I tego się trzymajmy. 🙂


 

6 thoughts on “Zapasy drewna są i uśmiech nadal jest. A jutro będą zakwasy… ;-)

  1. No toś się napracowała!!!!
    A wszystkim się wydaje ( i mnie też), że fajnie jest mieć taką Chatkę gdzie jeździ się wypoczywać 🙂
    O tej „gorszej stronie” nikt nie pomyśli…..
    Ale dziś niedziela, pracy fizycznej nie będziesz wykonywać, więc ciesz się słońcem 🙂 !!!

    1. Hm, żeby wypoczywać, trzeba najpierw popracować. 😉
      Dziś nawet nie miałabym ochoty na jakikolwiek wysiłek, po wczorajszych przysiadach i skłonach przez pięć i pół godziny non stop – mięśnie ud i… podplecza trochę dają się we znaki. :-)))

  2. Brawo, górną warstwę drewno to z drabiny chyba układałaś 🙂
    Ja tez uwielbiam owoce prosto z krzaczka bo tylko te mają prawdziwy smak .
    Pozdrawiam

    1. Haha, mało brakowało, musiałam stawać na palce, ale udało się bez drabiny. 🙂
      Pozdrowienia, Gosiu! 🙂

  3. Jestem pełna podziwu,uwinęłaś się dzielnie z tym drewnem,stosik ładnie ułożony,będzie czym palić.
    Co do poziomek to przypomniało mi się jak byłam na
    mazurach i idąc lasem zbieraliśmy poziomki
    nie mieliśmy żadnego naczynia i wtedy się nauczyłam się
    jak sobie radzić w takiej sytuacji. Beatka mazurka miała
    świetny sposób. Zrywaliśmy długie sztywne trawy
    i nawlekaliśmy na nie poziomki,każdy niósł takich traw
    po kila w dłoni,pięknie to wyglądało….nigdy bym na to nie wpadła. Człowiek uczy się całe życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *