A jednak – nie ma jak we własnej chatce… :-)

A jednak – nie ma jak we własnej chatce… :-)

5 października 2019

Siąpi, mży, skręca włosy i spływa strużkami po twarzy, chlupoce i mlaszcze pod nogami. Jesień.

Dziś ta chłodniejsza, mokra odmiana, wiatr na szczęście jest lekki a i temperatura nie spadła wybitnie, więc jest całkiem fajnie. Nawet teraz, nocą, powietrze przyjemnie i rześko chłodzi kiedy wychodzę przed dom po drewno. W domu jest już cieplutko i ogień wesoło trzaska w piecu, w bonusie roznosząc zapach palonego igliwia. Wrzuciłam kilka suchych świerkowych gałązek.

Dopiero wieczorem dotarłam na Groń, większość dnia spędziłam u koleżanki w Ujsołach. Dawno już planowałam ją odwiedzić, nie składało się jakoś a dziś spotkałyśmy się przypadkiem w pociągu i namówiła mnie na tę wizytę. Kupiłam po drodze kremówki i dobrą kawę, no i zamiast u siebie w chatce – wylądowałam w starym, drewnianym domu Bogusi, parę wiosek dalej. Dom niemal przy samej szosie, odrobinę tylko trzeba było podejść pod górę, ale i Bogusia nie ma wielu wygód, przyznam, że nieco mnie to zdziwiło.

– A po co mi tu łazienka? – wzruszyła tylko ramionami. – Wygody to ja mam w Katowicach, na co dzień. Lubię tę moją sławojkę, wiesz? No i dzięki temu nie mam najazdów gości!

– To prawda, w takie miejsca przyjeżdżają tylko specyficzni ludzie, to plus. Ale ja ci się przyznam, że za łazienką i toaletą w mojej chatce to już bardzo tęsknię. – wyznałam.

Bogusia postawiła przede mną kubek z kawą i usiadła naprzeciwko, za masywnym drewnianym stołem.

– Maryla! Tobie się akurat wcale nie dziwię! Ja mam tu całą wieś sąsiadów, latarnie świecą w nocy, żaden problem przejść te parę kroków do kibelka za dom. U ciebie – chyba bym sobie nocnik zamontowała albo toaletę turystyczną w komórce, w życiu bym sama nie wyszła nocą!

Roześmiałam się.

– Można się przyzwyczaić, nie jest tak źle, Bogusiu. U mnie też przeważnie są jacyś sąsiedzi.

– Haha, pamiętam tych byczków z domu za studnią, ja nie wiem czy na pewno czułabym się bezpieczniej przy takich sąsiadach…

Rzeczywiście, Bogusia spędziła u mnie kiedyś Sylwestra, pijani synowie Bożeny z malowanego domu nachalnie domagali się wtedy od nas „noleznyj gościny”, bo zabrakło im alkoholu. Nasi koledzy z trudem się ich pozbyli, niemal wynosząc jednego z drugim z sieni.

– Aaa, tamte przyjemniaczki! – parsknęłam śmiechem. –  Rzadko już ich widuję, zresztą oni mają już swoje rodziny, dzieci, chyba się ustatkowali. Czasem tylko orzechy mi kradną.

– Ja też tu mam niedaleko taką rodzinkę, żyją według zasady „czego moje oczy dosięgną – to moje”! Ale uważają że to naturalne i jedynie słuszne, skoro żyjemy w chrześcijańskim kraju, trzeba się dzielić, oni więc umożliwiają innym dzielenie się z nimi! Wzory cnót i pobożności, mówię ci!

– Ech, przerażające jest to zakłamanie. – westchnęłam. – Ale i fajnych ludzi tu masz, jak widziałam…

– O tak, na szczęście najbliższe sąsiedztwo mam super, takie, wiesz: „do tańca i do różańca”. I nikt się nikomu nie narzuca. Po zajęciach na uczelni w tygodniu, czasem lubię się tu zaszyć i do nikogo gęby nie otwierać. Ale do niektórych warto. Sama zobaczysz, Władek odwiezie cię do domu.

Milo spędziłam te kilka godzin na pogaduchach z Bogusią, zdumiewająco szybko za oknami zrobiło się ciemno i uznałam, że czas najwyższy udać mi się do własnej chaty. Krótko po dziewiętnastej pożegnałam się więc z koleżanką i wsiadłam do niewielkiego, terenowego autka jej sąsiada. Władek, postawny brunet z długą, gęstą brodą, żartując i całą drogę opowiadając o swoim nowym psie, zawiózł mnie na samiuśki Siwy Groń.

Przyznam, że trochę dziwne to było wrażenie. Pierwszy raz wjeżdżałam na górę po ciemku, w dodatku podczas deszczu, który jednak utrudniał dokładne widzenie. Niby znam tę drogę metr po metrze, wiele razy wchodziłam tędy nocą, a jednak kilka razy zawahałam się, czy aby dobrze skręciliśmy. Nawet Brama Mocarnych wyglądała jakoś inaczej przez tę mokrą szybę.

– Nie ma strachu, najwyżej poczekamy do rana! Pewnie masz jakieś szamanko w plecaku? Zjemy coś, pogadamy.  – śmiał się Władek.

– Noo, nie wiem, czy twój Atos byłby zadowolony, że pańcio na noc nie wraca. – zawtórowałam mu. – Że o żonie nie wspomnę!

Dojechaliśmy jednak bez problemu, wysiadłam przy samym płocie pod orzechem. Płocie, oczywiście, połamanym, jutro muszę się temu przyjrzeć: zwierz to był, czy człowiek?

Noc jest cicha i spokojna. Jeleni już nie słychać, pasikoników też nie, jedynie deszcz czasem bębni cięższymi kroplami o dach. U Kasi pusto, tylko w domu Kostka okna błyszczą jaskrawymi prostokątami i auto stoi przed szopą.

Wypakowałam ciężkie butle z płynem do toalet z plecaka, jak fajnie się złożyło, że nie musiałam ich dźwigać na plecach. Długo się wahałam, czy je dziś obie zabierać, a tu – proszę: bez trudu z nimi dotarłam.

Czasem chyba nie doceniam tej mojej chatki, takie porównanie z cudzym domem uzmysławia mi, jaki skarb mam. Pewnie, że jest skromnie, ale przyglądam się przytulnej izbie, z przyjemnością krzątam się po niewielkiej kuchni, jednak miło i wygodnie tu mam. A jutro jeszcze zobaczę mój ukochany widok z okna na jesienne góry, może deszcz się już dziś „wypstryka” i uda mi się posiedzieć z kawą na werandzie?

Orzechy pewnie wszystkie wyzbierane i to wcale nie przez wiewiórki, ale tego przecież nie uniknę.

I tak jest świetnie.   🙂


2 thoughts on “A jednak – nie ma jak we własnej chatce… :-)

  1. „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” !!!
    Przesyłam „ciepłe” pozdrowienia w ten ponury dzień 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *