„Terapia” Reny i proste rozwiązanie Jędrka. ;-)

„Terapia” Reny i proste rozwiązanie Jędrka. ;-)

20 października 2019

Jeszcze powietrze muska ciepłem za dnia, jeszcze ciągle nocą można wyjść przed dom w spodenkach i nie trzeba wpadać do sieni kuląc się z zimna i dygocząc z głośnym „brrrrrr”. Ciągle jeszcze chuch jest niewidzialny i rankiem na progu wystarczy bluza, żeby powitać słonce wytaczające się zza wielkiej lipy. Fantastyczna jesień.

Weekend znowu za krótki i zbyt pośpieszny, miły, choć nie bardzo wesoły, bo z wizytą Reny, która ciągle do końca nie może pogodzić się ze śmiercią Jacka. Została na noc, choć nie planowała. Tym razem zadzwoniła wcześniej, że chciałaby odwiedzić mnie na godzinkę – dwie, a jakoś się przeciągnęło, nie pierwszy raz. Pierwszy raz za to pozwoliła sobie na długie zwierzenia i krótki płacz, a ja głównie słuchałam.

Polubiłam ich obydwoje od pierwszego spotkania, kiedy to zaprosiłam parę obcych – jak mi się wtedy wydawało – turystów na herbatę, widząc przez okno jak mokną pod drzewem. Natychmiast „zaskoczyło”, świetnie nam się rozmawiało i bardzo się cieszyłam, że będą moimi sąsiadami. Dzieliłoby nas jakieś sto metrów „Zadomia”, takie ambitne mieli plany przytransportowania tu barakowozu i osadzenia go na fundamentach domu na brzegu lasu. Inteligentni, dowcipni i życzliwi ludzie z fantazją i odwagą.

Nie ma sensu pytać, dlaczego to właśnie im się nie udało, dlaczego to Jacek musiał odejść, robiąc ten jeden nieuważny krok… 🙁

– Co za koszmarna rocznica. W jednej sekundzie wszystko się zmieniło. Całe życie. Ale wiesz, że my w taki sam sposób się poznaliśmy? Wpadł na mnie na ulicy, wtedy też w sekundzie wszystko się zmieniło, choć nie od razu było wiadomo. – wspominała Rena, uśmiechając się lekko.

Długo w nocy rozmawiałyśmy, najpierw siedząc na werandzie, potem w kąciku w izbie, przy stole. Ogień trzaskający w piecu miło akompaniował, kiedy rzucałyśmy kości. Nie nasze osobiste, anatomiczne, rzecz jasna: nauczyłam niedoszłą sąsiadkę grać w „Sixera”, choć nie była to rozgrywka tak wesoła i głośna jak bywa zazwyczaj. Zjadłyśmy ciastka przyniesione przez Renę i w efekcie kolacja okazała się zbędna, jedynie około północy przekąsiłyśmy lekką sałatkę z tuńczykiem.

Poranną kawę piłyśmy siedząc na schodach, na rozłożonych futrzakach. Zapowiadał się kolejny słoneczny dzień i nawet Renie twarz się rozjaśniła.

– Mówiłam ci już, że powinnaś tu urządzać warsztaty terapeutyczne? Aż mi głupio, że znowu ci się tak zwaliłam na noc.

– Zwaliłaś się? Bez przesady. – zaśmiałam się. – Gdybym nie chciała twojego towarzystwa, to bym ci przypomniała, że wkrótce się ściemni i czas w drogę, nie sądzisz? Masochistką nie jestem.

Rena zeszła do Modrzewiska przed południem, a ja, dwie godziny po niej, ruszyłam dalszą drogą przez Groń prosto na stację. Chciałam jeszcze powędrować trochę, pomilczeć i poprzyglądać się jesiennym górom. Niebo czyste i błękitne, ptaki jakieś zapracowane przelatywały z drzewa na drzewo, jakiś lis mignął mi na łące za Wysoką Polaną. Skręciłam na chwilę w zagajnik, sprawdzić czy kozaki już naprawdę przestały rosnąć i zdumiałam się wielka ilością przerośniętych, przyschniętych maślaków, które swobodnie można było wysiec kosą.

Kosy nie miałam, nie wysiekłam. Oczy napasłam tylko i zasoby endorfiny uzupełniłam uśmiechem. Nieco niżej trafiłam na syna Aneczki, spieszącego swoim dżipkiem na Wiśniową, zatrzymał się akurat i wyskoczył z samochodu. Sprawdził coś pod brzozą i przywitał mnie z zawiedzioną miną.

– Cześć Maryla. Głowę bym dał, że prawdziwek, a to krowiak, łachudra!

– Cześć Jędrek. Jak chcesz, to tam w zagajniku pod Wysoką masz całe mnóstwo maślaków, ale głównie starych, podsuszonych.

– Serio? Stare są, to i młode między nimi się znajdą. Dzięki. A ty na stację? Nie żal ci jechać?

Westchnęłam ciężko.

– Jeszcze pytasz. Ale za coś trzeba żyć, nie?

– Chłopa byś se znalazła, górala fajnego, dawno ci mówiłem! Nic byś nie musiała robić, tylko dobrze gotować a potem się stroić i telewizor oglądać.

– Jaaaasne. Trzymaj się, pozdrów mamę!

Poprawiłam plecak i z uśmiechem ruszyłam dalej, chrupiąc butami po dywanie z liści. Tak, Andrzej i jego żona od dwudziestu paru lat namawiali mnie niezmiennie na intratny mariaż z jakimś bogatym, fajnym góralem, według nich są tu takich dziesiątki, nic tylko wybierać!

Oni przynajmniej na namawianiu kończyli, nie zapraszali mi absztyfikantów na kawę bez mojej wiedzy, jak to robiła Janeczka, tłumacząc przy tym: ”Pije nieduzo, poli nieduzo, robote casem mo a casem ni mo… Skół ni mo, no bo ni mo… ale – ładny!”  😉

Tymczasem znowu czas zagłębić się w książki, kartkówki i przestawić na tryb miejski. Ciekawe, jak długo jeszcze Pani Jesień pozostanie cała śliczna, oby jak najdłużej.

Aj, jak ja marzę o łagodnej zimie!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *