Przedzimowe porządki w domu i na niebie… ;-)

Przedzimowe porządki w domu i na niebie… ;-)

3 listopada 2019

Noc po smutnym dniu minęła spokojnie, tylko Kunagunda postukiwała obcasami na strychu, goniąc pewnie jakieś myszy albo inne smakołyki. Ileż to razy obiecywałam sobie solennie pozbyć się futrzaka, nabyć to zachwalane ustrojstwo w formie klateczki, z którą później wystarczy pojechać parę gór dalej i wypuścić hałasująco-niszczący kłopot do lasu. Jakoś nie mogę tego planu zrealizować, ewidentnie odzywa mi się tu prokrastynacyjna  cząstka osobowości.

Ciekawa-m jednak, czy są ludzie, którzy takiej cząstki nie posiadają, którzy nigdy-nigdutko niczego nie odwlekają. Jeśli tak – to szacun!

Swoją drogą, przedwczoraj wyjaśniła mi się przypadkiem kwestia mojego rzekomego posiadania ruiny do sprzedania. Jak podejrzewałam, chodziło o zawaloną chatę po „głupim Staśku”. Kiedy zapytałam Kazka, czy nie wie kto podesłał do mnie tę parę nachalnych intruzów, nieco się stropił:

– Ady juzek nie wiedzioł co im pedzieć, nijak sie nie kcieli łodpyndzić, a ino zeby im przedać i przedać. To zek pedzioł, ze to już waso chałpa. Ba zek nie myśloł, ze z rania w Groń pudom i wos sukać bedom!

– No, tak się składa, że długo szukać nie musieli, już kiedyś u mnie byli, bez zaproszenia zresztą.  – bąknęłam z przekąsem.

– Do chałpy wom wleźli?! – oburzył się Kazek, zmarszczył czoło na podobieństwo kalafiora, a szary kapelusik odsunął zabawnie na tył głowy.

– Aż tak to nie, przez furtkę na podwórko sobie weszli i na werandzie zasiedli.

– Jakiesi dziwacne ludzie, chamidła takie. Ady wy się nie gniewojcie, Marylko!

– E tam, nie gniewam się przecież. – machnęłam ręką. – Byłam tylko ciekawa, skąd taki pomysł mieli. Ale mam nadzieję, że już tu nie wrócą.

-Jo tys, jo tys! – przytaknął Kazek. – Ta ziemia dlo bratanicy zostanie, przedować nie bedem.

A dziś niebo znowu ściągnęło brwi, świetlista smuga tuż nad garbatym horyzontem jaskrawo odcina ciemnoszare zbocza gór, upstrzone gdzieniegdzie czerwonawymi i złotymi akcentami drzew którym zapomniały spaść liście, od sinego jednostajnie nieba. Trochę cieplej jest, ale przenikliwy wiatr sprawia, że wychodząc przed dom kulę ramiona i dopinam polar po brodę. Myślałam, że dziś zafunduję sobie wędrówkę górami, wczorajszy pogrzeb jeszcze snuje mi się szarą chmurą wokół głowy, a łazęga przez pochyłe lasy i pola to najlepsze na to lekarstwo. Przy takim wietrze jednak chyba sobie odpuszczę i pójdę doliną.

Długo dziś czekałam na poranną kawę, czajnik elektryczny już wczoraj odmówił współpracy, gotuję wodę w garnku na płycie pieca, więc trochę to trwa. Ale w tym czasie można podoceniać zjawisko diodowo – transformatorowe, kapelutkiem w myślach pozamiatać przed panem Voltą. Jak ja kiedyś mogłam tu funkcjonować bez mojego dzbanka bezprzewodowego?!

To chyba czekanie sprawiło, że kawa smakowała wyjątkowo, delektowałam się nią siedząc na progu, wtulona w kąt przy szorstkiej, drewnianej futrynie drzwi, więc wiatr mnie omijał. Jego muzykę słychać jednak wszędzie, wymiata czuprynami drzew i przegania chmury z kąta do kąta nieba. Gnają biedulki na łeb, na szyję. A mają i łby, i szyje, i skrzydła, przybierają niesamowite kształty, odkąd porozbijały się z jednej szarej masy w mniejsze, brzegami postrzępione poduchy.

Takie to było naturalne, że z komina domu poniżej unosił się leciutko zauważalny dym, że słychać było charakterystyczne tupanie wielkimi kaloszami i skrzypienie drzwi zaraz potem. Hubert codziennie doglądał swoich grządek, sprawdzał czy nic nie „poryło czosnku” i czy ule są nienaruszone. To na jego podwórko, otoczone z trzech stron lasem, najczęściej podchodziły niedźwiedzie, większość jego pola zwykle jesienią zmieniała się w buchtowisko z powodu kilku śliw i jabłoni. I Hubert przepędzał dziki hałasem, stukał grubym kijem o blaszane nasadki przy płocie. Na chwilę pomagało.

Nic to, trzeba mi jeszcze dom do zimy przygotować, wodę z butli w sieni uporządkować, poprzelewać, żeby żadna nie została pełna i mogła bezkarnie zamarznąć w razie kaprysu Aury. Auto Kostka już odwarkotało w dolinę, a na niebie zaczyna prześwitywać… słońce! Wichrzysko swoje przedzimowe porządki już zaprowadziło, chmury trochę pozamiatało.

No, tak, w życiu też tak bywa. Musi czasem porządnie powiać i czupryną potargać, zanim to słońce się przebije. 🙂


 

2 thoughts on “Przedzimowe porządki w domu i na niebie… ;-)

  1. Prokrastynacja jest wynikiem rywalizacji między układem limbicznym a korą przedczołową. U Ciebie więc prym wiedzie kora przedczołowa :).

    I proszę, daj spokój Kunagundzie – idzie zima, nie żal Ci wyrzucać biedactwa na mrozy???

    1. Hm, Zosiu, na mrozy?! Mnie przecież żal wyrzucać ją na upał, na deszcz, na wiatr, na słońce, na brak słońca, itd… 😉
      Dzięki, nie znałam mechanizmu powstawania prokrastynacji, ale niech mi będzie ta kora… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *